Samolot do tego ponoć cudownego miasta ma być o godzinie trzynastej.
W sobotni poranek wstałam o ósmej. Poszłam do łazienki, wzięłam prysznic, uczesałam się i ubrałam w dżinsy oraz bluzkę z dzianiny.
Nie zbiegłam od razu na dół, aby zjeść śniadanie, postanowiłam najpierw wszystko spakować. Pakowanie zaczęłam już wczoraj wieczorem, ale byłam już zmęczona i postanowiłam zostawić to na dzisiaj.
Przeglądałam właśnie letnie ubrania, gdyż w Dubaju jest ciepło, gdy do pokoju weszła Ewa.
- Hej, kochana - powiedziała - jak tam? Pakowanie?
- Do dwunastej się muszę wyrobić - powiedziałam - taksówka ma wtedy przyjechać.
- Rozumiem - powiedziała Ewa - może Ci w czymś pomóc?
- Pewnie - powiedziałam. - A Łukasz i Sara co robią?
- Jedzą śniadanie - powiedziała Ewa. - Mam nadzieję, że też coś przekąsisz przed odjazdem.
- Jak zdążę, to oczywiście - powiedziałam.
Wyciągałam zatem rozmaite rzeczy niezbędne do zabrania, Ewa pomagała mi je układać w walizce.
- Tylko pamiętaj, żeby do podręcznej torby nie zabierać żadnych ostrych narzędzi - powiedziała. - Niestety, nawet pilnika nie można wziąć.
- Pamiętam - powiedziałam. - To nożyczki do paznokci w takim razie muszę schować w walizce.
- Racja - odparła Ewa.
Na szczęście mam kilka torebek, więc wybrałam największą, by móc zabrać ze sobą jedzenie i picie na drogę.
- Tylko nie jedz za dużo w samolocie, bo Cię zemdli - powiedziała Ewa.
- Oj wiem, Ewcia, wiem - roześmiałam się. - Czasem jesteś dla mnie jak rodzona matka, wiesz?
- Owszem - odparła Ewa. - Bo wzbudzasz czasem we mnie takie uczucia.
Do pokoju zajrzeli nagle Łukasz z Sarą.
- Sara, chyba tosty z Nutellą jadłaś... - westchnęła Ewa, spoglądając na umorusaną twarz córki. Wzięła chusteczki z mojego biurka i wytarła jej buzię.
- Przynajmniej jej smakowało - uśmiechnął się Łukasz.
- Łukasz, Ciebie to zawsze uśmiech się trzyma - skomentowałam, dorzucając do torebki paczkę solonych orzeszków. Uwielbiam je, podobnie jak mój ukochany.
- No a jak! To przecież podstawa - wyszczerzył się Łukasz.
- Lidia, nie mów że się wyprowadzasz... - Sara posmutniała.
- Nie, kochanie - powiedziałam i podeszłam do małej. - Ja tylko jadę na wakacje.
- Z wujkiem Marco? - zapytała dziewczynka.
- Tak!
- Obiecaj, że wrócisz - powiedziała Sara.
- Obiecuję - powiedziałam i przytuliłam małą.
Sara naprawdę się przywiązała do mnie, ja też ją pokochałam jak rodzoną młodszą siostrę. Ale pewnie nadejdzie kiedyś ten dzień, że się w końcu wyprowadzę od Piszczków. Sara to mądra dziewczynka i na pewno to zrozumie i zaakceptuje, zwłaszcza, jak obiecam częste odwiedziny.
Ale to jeszcze, jak to mówią, "na wodzie jest pisane" . Teraz trzeba się skupić na tym dniu i wakacjach w Dubaju.
W końcu spakowałam wszystko, co trzeba, upewniłam się dwa razy, czy aby o czymś nie zapomniałam. Zdążyłam nawet nieco ogarnąć w pokoju, oczywiście z pomocą Ewy.
Zostało pół godziny do przyjazdu taksówki, Łukasz zniósł mój bagaż na dół, a Ewa zaprosiła mnie do kuchni.
- Mam coś smacznego - powiedziała. - Co powiesz na pizzę? Mam mrożoną. Akurat będzie też na lunch dla tych dwóch pozostałych żarłoków - zaśmiała się.
- Mmm, dobrze usłyszałem? Czyżby pizza? - Łukasz nagle wkroczył do kuchni.
- Pizza! Uwielbiam pizzę! - zawołała Sara, która wparowała za swoim tatą do kuchni.
- Oni pizzę wyczują z kilometra - zaśmiała się Ewa. - Łukasz, ciesz się, że teraz treningów nie masz, bo siły raczej niezbyt wiele byś z tego miał.
- Oj wiem, wiem, Ewcia - powiedział Łukasz.
Po jakichś dziesięciu minutach obiecana pizza się upiekła, zdążyłam zjeść dwa kawałki. Łukasz i Sara zajadali, aż im się uszy trzęsły, Ewa również się skusiła na ten przysmak.
I niebawem, nie zdążyłam się obejrzeć, a pod dom podjechała taksówka. Wyszliśmy wszyscy przed dom, Łukasz wziął moją walizkę i zaniósł do bagażnika. Ewa w tym czasie przytuliła mnie na do widzenia, powiedziała, iż życzy mi udanych i miłych wakacji. Z Sarą także się pożegnałam.
- Ej, a ze mną to się nie pożegnasz? - powiedział Łukasz, zamykając bagażnik.
- Jak mogłabym tego nie zrobić? - odparłam. Przytuliłam się z prawym obrońcą Borussii, który również życzył mi udanego urlopu.
Wskoczyłam do taksówki, usiadłam z tyłu, gdyż przednie siedzenie okupował już Marco.
- Cześć, Lidia - powiedział - gotowa na wakacje?
- A jak - powiedziałam zadowolona. - Nie mogę się już doczekać!
Łukasz, Ewa i Sara stali przed domem, odjeżdżając, machałam do nich, póki nie zniknęli mi z oczu.
- A dokąd państwo wyjeżdżacie? - zainteresował się młody kierowca pojazdu.
- Do Dubaju - odparł Marco.
- No proszę! - powiedział przewoźnik. - Wspaniale!
Udało nam się przebić na czas przez miasto, dotrzeć na lotnisko.
***
No i już jesteśmy w samolocie. Trzeba przyznać - luksusowy samolot, bardzo wygodne siedzenia, duża przestrzeń, miła obsługa.
- Marco, przyznaj się, ile zapłaciłeś za bilety - uśmiechnęłam się. - Pewnie niemałą sumkę.
- Masz rację, ale jaką, to nieważne - zaśmiał się. - Bezpieczeństwo jest najważniejsze, jak latać, to dobrym sprzętem.
- Każdy samolot się może rozbić... - powiedziałam cicho.
- Chodziło mi o to, że tu prawdopodobieństwo jest malutkie - powiedział. - Poza tym, nie kracz, tylko pokaż, co tam masz dobrego do jedzenia w tej swojej torbie.
- To sobie zobacz - powiedziałam, podając mu torbę. Sama wzięłam za to do ręki jego podręczny plecak z herbem Borussii.
Marco wrzucił tam jedną butelkę napoju izotonicznego, jedną butelkę wody, kilka batoników muesli oraz bagietkę z serem.
- O, orzeszki solone! Mniam! - ucieszył się.
- Poczęstuj się, ale nie zjedz mi wszystkich, błagam - powiedziałam.
Miałam głębiej schowane także orzeszki w czekoladzie... o, jakby do tych się dorwał, to ja już pewnie ani jednego bym nie zjadła!
Marco ma ogromną słabość do słodyczy i niezdrowego jedzenia, mimo to stara się, zwłaszcza podczas sezonu, w miarę zdrowo jeść, by mieć siłę i trzymać formę. Mówił, że nie cierpi warzyw, ale zmusza się, aby je jeść. Ja w sumie też nie jestem ich wielką fanką, ale nie mam odruchu wymiotnego na ich widok.
- Dobra, masz je z powrotem - powiedział, podając mi paczkę.
- Ale mi zostawiłeś, tyle że ho ho - powiedziałam z ironią, zjadając resztkę orzeszków, które Marco zostawił.
- Jak już dolecimy, to obiecuję zasypać Cię tymi orzeszkami - powiedział Marco, wyciągając wodę ze swojego plecaka.
- Okej!
Lot przebiegał spokojnie, siedziałam sobie wyluzowana, z głową opartą na ramieniu blondyna. Aż nagle komunikat od stewardessy musiał wszystko popsuć...
- Proszę państwa, proszę zapiąć pasy - usłyszeliśmy. - Wchodzimy w poważne turbulencje.
- O nie! - jęknęłam, pośpiesznie zapinając pas. - Co teraz?!
- Spokojnie, Lidia, będzie dobrze - powiedział Marco, chcąc mnie uspokoić, ale sam wyglądał na zdenerwowanego. Zapiął pasy i chwycił mnie za rękę.
Samolotem zaczęło faktycznie trząść, było jak w sokowirówce. Usłyszeliśmy oboje głosy innych przerażonych współpasażerów.
Wydawało mi się, że turbulencje trwają całą wieczność, aż w końcu się okazało, że potrwały z dziesięć, góra piętnaście minut... W końcu wszystko się uspokoiło i spokojnie lecieliśmy dalej.
Stewardessa obwieściła, że już możemy odpiąć pasy. Z ogromną ulgą czule przytuliłam się do blondyna, ciesząc się, że nic groźnego się nie wydarzyło.
- Mówiłem, że wszystko będzie ok - powiedział Marco, głaszcząc mnie po włosach.
- Całe szczęście - powiedziałam. - Nie mogę sobie wyobrazić, iż mogłoby być inaczej!
***
I w końcu, około godziny dziewiętnastej czasu arabskiego, wylądowaliśmy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, w mieście Dubaj.
Wychodząc z samolotu, od razu zauważyłam urodę tego miasta. Było cieplutko, słońce świeciło, znalazłam się w zupełnie innym świecie. Zawsze marzyłam aby wyjechać gdzieś na wakacje poza Europę, ale póki żyłam z ojcem pod jednym dachem, mogłam sobie jedynie pomarzyć.
A teraz to moje marzenie zostało spełnione. Odebraliśmy nasze bagaże, i taksówką pojechaliśmy do hotelu, który załatwił nam blondyn. Na szczęście, w Zjednoczonych Emiratach Arabskich da się porozumieć po angielsku. A Marco, na szczęście miał już wszystko obcykane, gdyż nie pierwszy raz tu przyleciał.
Jadąc taksówką, z zapartym tchem patrzyłam na miasto, na ulice. Wszystko było takie inne niż w Warszawie czy Dortmundzie.
Gdy zobaczyłam hotel, w którym mieliśmy się zatrzymać, i jego otoczenie, aż mnie coś zatkało.
- No i jak? Podoba się? - uśmiechnął się Marco, który najwyraźniej zobaczył moje bezbrzeżne zdumienie i radość.
- No jasne! - powiedziałam. - Mogłoby być inaczej?
- No to chodźmy - powiedział Marco.
Po zameldowaniu, ruszyliśmy do naszego pokoju. Również bardzo mi się spodobał, przecudna sypialnia.
- Fuj, się spociłem - powiedział Marco. - Idę się teraz umyć.
- Tylko żwawo, bo ja też chcę - powiedziałam.
- To chodź ze mną... - oczy Marco aż zabłysły.
Oj, doskonale wiedziałam, o co mojemu ukochanemu chodzi. Ostatnio sporo nad tą kwestią myślałam...
Wcześniej absolutnie nie byłam w stanie mu się oddać, on to rozumiał i akceptował. Może teraz już bym mogła, po tym dłuższym czasie, w tym magicznym miejscu... Blondyn jest zawsze taki czuły, że zabiłoby to każdy ból i każde złe wspomnienie. Jednak teraz, zmęczona po locie, nie mam ochoty na igraszki.
Wygrzebałam z walizki letnią sukienkę na przebranie, Marco natomiast wziął zwykłą białą koszulkę oraz niebieskie spodenki.
Poszliśmy do łazienki. No i zgodnie z zamiarem wzięliśmy wspólny prysznic, dobrze było się odświeżyć po tym nieco stresującym locie. Te turbulencje można nazwać "piętnastoma minutami grozy" .
Marco patrzył na mnie takim wzrokiem... nie, aż tego opisać się nie da.
- Ślicznie wyglądasz w tej sukience - powiedział, gdy założyłam ubranie. - A nogi to masz po prostu piękne.
- Nie przesadzajmy - powiedziałam. - Jest wiele dziewczyn, które...
- Nieważne, jakie są jeszcze - mruknął. - Dla mnie Ty jesteś najpiękniejsza i tyle w temacie.
Wróciliśmy do sypialni, rozpakowaliśmy nasze rzeczy.
- Wiesz, że aż czasem bywam o Ciebie zazdrosny? - powiedział Marco po skończonej robocie.
Zaskoczyło mnie to. Marco nigdy tego nie okazywał.
- Nigdy tego nie okazujesz - powiedziałam zaskoczona.
- Owszem. Scen nie mam zamiaru robić - powiedział Marco. - Ani zabraniać Ci nosić krótkich sukienek... ja lubię, jak tak się ubierasz.
Położył swoją dłoń na moim kolanie. A mnie zalała kolejna fala ciepła.
- Mario i reszta będą w tym samym hotelu jutro? - zagadnęłam.
- Oczywiście - powiedział Marco. - Nie mogę się doczekać, jak pośmigam z chłopakami na wodnych skuterach.
- Nie potopcie się tylko tam - zaśmiałam się.
- Ale spokojnie, Tobie też poświęcę sporo czasu - odparł mój luby. - Aż mnie pogonisz na cztery wiatry... - zaśmiał się.
Później zeszliśmy do hotelowej restauracji zjeść kolację. A gdy wróciliśmy do pokoju, za oknem już był wieczór. Słońce powoli zachodziło.
- Chodźmy na balkon - powiedziałam do Marco.
Ten zgodził się w milczeniu, wyszliśmy na balkon podziwiać okolicę. Z balkonu było widać plażę, słońce chowające się za horyzontem... Po prostu obrazek jak z pocztówki.
Zawsze będę wdzięczna mojemu ukochanemu za to, że mnie zabrał w to bajeczne miejsce. Spojrzałam mu z wdzięcznością w oczy. Nie potrzebowaliśmy już słów, aby się porozumieć. Marco popatrzył na mnie z czułością, aby po chwili zatopić swoje usta w moich i mnie mocno objąć. W takiej scenerii pocałunek smakował jeszcze lepiej...
__________________________
Oj, teraz to dałam czadu z tą słodyczą i czułością, mam nadzieję, że nie rzygniecie tęczą ;>
Ale oni przeżyli tyle ciężkich chwil, tyle się napłakali, niech teraz mają trochę radości :)
Im też się przecież należy!
Już 74 rozdział, jak ten czas leci... za jakiś czas trzeba będzie już kończyć tego bloga, nic w końcu nie trwa wiecznie.
To dzięki Wam, kochane, tyle tego napisałam, gdyby nie Wasze wsparcie, dawno już dałabym sobie z tym blogiem spokój.
A tymczasem, tyle wyświetleń i obserwatorów, gdy zakładałam tego bloga, naprawdę się nie spodziewałam czegoś takiego. Jestem bardzo, ale to bardzo pozytywnie zaskoczona. I bardzo Wam wdzięczna!
Zapraszam do czytania, obserwowania i komentowania mojego drugiego bloga http://life-is-sometimes-cruel.blogspot.com/
Mam nadzieję, że zajrzycie i że się Wam spodoba tamtejsza historia :)
Co by tu jeszcze powiedzieć? Ech... szkoda, że Lewy jednak podpisał ten kontrakt z Bayernem. A do końca po cichu liczyłam, że jednak skusi się na Real. Oj... oby kiedyś nie pożałował tej decyzji. W Borussii jest (jeszcze!) gwiazdą, a tam będzie jednym z wielu.
Dobra, nie zanudzam już Was więcej! To co? Do następnego!
Buziaki! :***
Jesteś tu już? Zostaw komentarz! Bardzo mnie tym zmotywujesz! Z góry dziękuję :*