środa, 21 sierpnia 2013

Rozdział 57.

2 miesiące później 



Powoli dochodzę do siebie. Zakończyła się już moja terapia, która bardzo mi pomogła. Czuję się teraz silniejsza. Ewa, Łukasz i przede wszystkim Marco bardzo mnie wspierali, byli przy mnie. 
Oczywiście, nie obyło się bez zgrzytów - miewałam koszmary nocne, kilka razy Marco złapał mnie na paleniu, kiedy to dopadały mnie nie najlepsze dni. 
Było mi bardzo ciężko. Zwłaszcza wtedy, kiedy musiałam jeszcze raz spotkać się z tym bydlakiem Albertem, na sali rozpraw. Skazano go na piętnaście lat więzienia. Kiedy po zakończonej rozprawie policjanci odprowadzali go do celi, poczułam ogromną ulgę. 

Zadowoleni z wyroku wyszliśmy z sali sądowej. Ja i mój ukochany rozmawialiśmy z moją prawniczką, podczas gdy policja wyprowadziła skazanego Alberta. 
- Ty suko! Pożałujesz! - krzyknął do mnie. 
- Proszę się uspokoić - powiedział policjant, który go prowadził.
- Oboje tego pożałujecie! Gnidy! - Albert nie ustępował. 
- Obyś zgnił w więzieniu, bydlaku - odparł na to Marco.
W końcu Albert zniknął nam z oczu. Wtedy to odetchnęłam z niebywałą ulgą. 
Podziękowałam za wszystko mojej prawniczce, która zaraz się z nami miło pożegnała. 
Marco uśmiechnął się do mnie i przytulił mnie mocno.
- Już dobrze, skarbie, już po wszystkim - powiedział cicho. - On już nigdy nie zrobi Ci krzywdy! 
- Marco, ten człowiek mnie po prostu przeraża - powiedziałam. - Jak dobrze, że już go zamknęli!
- Nawet kiedy wyjdzie na wolność, i przypadkiem go spotkam, nie odezwę się do niego ani słowem - powiedział Marco. - Nie chcę znać tego typa. 
- Chodźmy już stąd - powiedziałam. Chwyciłam blondyna za rękę i opuściliśmy gmach sądu. 

Tak, idealnie pamiętam to, co było przed rozprawą, w trakcie i po. Pamiętam, jak się stresowałam przed rozprawą, jak mnie Marco uspokajał... 
Przeżyłam koszmarne dzieciństwo, to, jak ojciec znęcał się nade mną fizycznie i psychicznie. Ostatnimi dniami leczyłam się, ponieważ zostałam podle zgwałcona. Przeżyłam kolejny koszmar. Musiałam często zażywać tabletki uspokajające przepisane przez moją terapeutkę. 
Może to, co przeżyłam w dzieciństwie, sprawiło, iż teraz jestem silniejsza? Może zostałam w pewien sposób zahartowana? Nie wiem, nie to jest teraz najważniejsze. Ważne jest to, że powolutku dochodzę do siebie. 
Wczoraj Borussia grała z Hannoverem 96. Spotkanie zakończyło się wynikiem 3:1 dla żółto-czarnych. Oczywiście Marco wpisał się na listę strzelców. Oprócz niego gole strzelili Kuba i Marcel. 
Co do Marco, przyjechał go odwiedzić jego przyjaciel Andre Schurrle, który gra w Chelsea. Biedak złapał kontuzję, która wyklucza go z gry na kilka miesięcy. Miałam przyjemność z nim rozmawiać, wczoraj siedział obok mnie i Ewy na trybunach, wspólnie kibicowaliśmy Borussii. 
Dziś Marco spędza czas z Andre, natomiast ja później wybieram się z Łukaszem na zjazd motocyklistów. Kuba, niestety, przeziębił się i nie może jechać. Ewa ma zamiar spotkać się z Agatą. 
Terapeutka powiedziała mi, że powinnam znaleźć sobie jakieś hobby. Albo zająć się jakąś pracą, jak sama wolę. 
Wcześniej wpadłam na dobry pomysł - iść do jakiejś roboty i... zarobić na prawo jazdy. Tak, chętnie nauczyłabym się jeździć autem. Wprawdzie uzbieranie takich pieniędzy nieco by mi zajęło, w końcu mogłabym pracować jedynie jako sprzedawczyni lub sprzątaczka pokoi hotelowych. Ewentualnie "na zmywaku". Zajęłabym się czymś. Nie ma mowy, żebym szła na jakieś studia. Nie byłabym w stanie się uczyć. Mam wstręt do tego przez mojego ojca. Zresztą, czy zależy mi na wysokim wykształceniu? Nie jest to zawsze w życiu takie ważne. Pracy się nie boję. 

- Marco, mam pewien fajny pomysł - powiedziałam. 
Było słoneczne, urocze popołudnie, które spędzałam w towarzystwie Marco, w jego domu.
- Jaki, kochanie? - zapytał.
- Może poszłabym do jakiejś pracy. Całymi dniami siedzę w domu - powiedziałam. - Nie, nie, nie chodzi o to, że Ewa czy Łukasz mówią, że jestem na ich utrzymaniu. Wręcz przeciwnie, gdy wczoraj z nimi o tym mówiłam, powiedzieli zgodnie, że utrzymaliby jeszcze moje dzieci, jakbym je miała. Ja bym chciała wyrobić sobie prawo jazdy. Gdybym podjęła jakąś pracę, zarobiłabym na nie po jakimś czasie... 
- Jakiej pracy? - zapytał Marco. - Kochanie, co Ty...
- Na przykład, mam ukończony kurs na ekspedientkę - powiedziałam. - Ale mogłabym także sprzątać w hotelach. Możliwe, że zostałabym przyjęta. Widziałam także ostatnio w gazecie ogłoszenie, że jest poszukiwana kelnerka w pubie. 
- Skarbie, Ty chyba sobie żartujesz - powiedział Marco. - Nie ma mowy! Będziesz tyrać za psie pieniądze całymi dniami?! 
- Marco, żadna praca nie hańbi - powiedziałam.
- Nie o to mi chodzi - powiedział. - Sprzątanie w hotelu, Ty wiesz, jaka to praca?! Cały dzień ciężkiej roboty, a płaca jest naprawdę niska. Mats mi opowiadał, jak to jego siostra pracowała w pobliskim hotelu, jak to wracała późnym wieczorem do domu przemęczona. Co do pracy w pubie, to już na pewno nie wchodzi w grę! Będziesz nocami denaturat pijakom rozcieńczała?!
- Marco, sprzedaż denaturatu jako drinku jest zabroniona - powiedziałam.
- No tak, rozpędziłem się - powiedział. - Nie, kochanie, nie pochwalam tego, żebyś Ty szła do takiej czarnej roboty. 
- Ale ja chcę zrobić sobie prawo jazdy - powiedziałam. Odezwał się we mnie bunt. - Nie chcę namawiać Ewy i Łukasza, żeby mi to fundowali. Nie chcę czuć się jak pasożyt. Poza tym, wczoraj powiedzieli, że jeżeli chcę, mogę sobie znaleźć pracę, jeśli tak pragnę tego prawa jazdy. Co do utrzymywania mnie, nie przeszkadza im to w ogóle, tak przynajmniej mówili. 
- I jeszcze Twoja terapia się nie skończyła - powiedział Marco. - Kochanie, mam pomysł. Chętnie sam zafunduję Ci prawo jazdy, nawet Ci jakiś samochód mógłbym kupić... ale na wiosnę. Bardziej dojdziesz do siebie, będziesz w stanie się uczyć jeździć. 
- Marco, ale ja nie chcę Cię wykorzystywać - powiedziałam.
- To zazwyczaj facet utrzymuje kobietę, prawda? - odparł Marco.
- Nie jesteśmy jeszcze małżeństwem - zachichotałam. 
- Ale ja się czuję, jakbyśmy nim byli - powiedział Marco. - Póki co, dochodź do siebie i nie myśl o nauce. Skup się przede wszystkim na terapii i na sobie. 
- Jakbym zaczęła pracować, nie myślałabym o tym wszystkim. Chociaż na trochę bym się oderwała - powiedziałam z żalem. - I zarobiłabym coś. Może chcesz mi powiedzieć, że do żadnej roboty się nie nadaję? 
- Kochanie, pochwalam to, że jesteś taka pracowita i sumienna. Ale nie wyobrażam sobie Ciebie sprzątającej całymi dniami pokoje w hotelach czy spędzającej całe wieczory w pubie, sprzedając alkohol! Skarbie, jesteś taka delikatna i drobna, w końcu byś się zamęczyła na śmierć... 
- Doceniam Twoją troskę, ale też nie przesadzaj - powiedziałam. - Nawet jakbyś mi załatwił prawo jazdy i ewentualnie jakieś autko, ludzie zaczęliby gadać, że jestem z Tobą tylko dla kasy, czy coś w ten deseń... 
- Przecież oboje wiemy, że to nieprawda - powiedział Marco. - Ludzie zawsze będą gadać, i niekoniecznie słuszne rzeczy. Taka to już ludzka natura. Nic na to nie poradzimy, skarbie. Trzeba po prostu być odpornym. 

I taka to była moja rozmowa z Marco. Ostatecznie zgodziłam się na to zrobienie prawa jazdy podczas wiosny przyszłego roku. Marco, pomimo wrodzonej czułości, potrafi być stanowczy i uparty. Tego samego dnia bez uprzedzenia przelał mi na konto jakieś pieniądze. Potem powiedział, że to na "drobne wydatki". 
Natomiast Łukasz namawia mnie do... jazdy skuterem. Powiedział, że można wyrobić sobie kartę motorowerową za bardzo niską opłatę. Powiedział również, że kupiłby mi jakiś skuter, jeżeli nauczyłabym się jeździć i zdobyłabym tę kartę. 
Cóż, skuter to o wiele tańszy wydatek. Zwłaszcza, że nie potrzebowałabym jakiegoś wypasionego. Poza tym, mam jakieś oszczędności na koncie, mogłabym się dorzucić. 
Łukasz wczoraj zaczął tę rozmowę. Ewa również o tym wie. Powiedziała, że nie miałaby nic przeciwko temu, iż jeździłabym skuterem, tylko musiałabym jeździć ostrożnie, z rozwagą. 
Powiedziałam im, że dziś pójdę na ten zlot motocyklistów z Łukaszem i zobaczę, jak to jest. Możliwe, że warto spróbować. A może taka jazda by mi się spodobała? 
Łukasz opowiadał, że na tym zjeździe będę mogła popróbować jeździć jego skuterem. Będą wyznaczone specjalne ścieżki. Żeby pojeździć na terenie tego zlotu, nie trzeba mieć karty, w końcu to nie ulica. 
Łukasz i Ewa, podobnie jak moja terapeutka, są zdania, że powinnam faktycznie mieć jakieś hobby. Gdy im powiedziałam, że hobby często kosztuje, Łukasz machnął ręką. 
Ewa zawsze powtarzała, że Łukasz to człowiek o złotym sercu. Jednak ja bym wolała tego nie nadużywać. 
Jednak dziś oboje idziemy na ten zlot, który zacznie się o godzinie piętnastej. 







*** 







- Hej, Lidia - Łukasz wszedł do mojego pokoju. - Czas się już zbierać. 
- Już? Okej - odparłam. 
Poszłam do łazienki, przeczesałam moje włosy, poprawiłam nieco mój lekki makijaż. 
Byłam ubrana w czarne dżinsy i niebieską, dżinsową koszulę, którą zamieniłam na ciepłą bluzę z herbem Borussii. Już październik, więc jest dość chłodno. 
- Jestem gotowa - powiedziałam, gdy zeszłam na dół. Łukasz już wiązał swoje buty. 
- To dobrze - powiedział. 
Założyłam swoje trampki i wyszliśmy. Ewa z Sarą już godzinę temu wyszły na spotkanie z Agatą i Oliwią. 
Marco, jak dotąd, nie dzwonił dzisiaj ani nie pisał. Spędza bowiem czas z Andre, który przyleciał do Dortmundu w piątek. Nie wiadomo, do kiedy tu będzie. 
Nie mam Marco za złe, że nie pisze czy dzwoni, jeszcze z pewnością będzie to nadrobione. 
Pojechaliśmy w końcu na ten zjazd motocyklistów. Mnóstwo osób na niego przyszło, w różnym wieku, i kobiety, i mężczyźni. Stała cała masa motorów, skuterów. Niektórzy oferowali swoje pojazdy na sprzedaż. Było także kilka straganów z żywnością czy gadżetami związanymi z jednośladowymi pojazdami. Było wszystko, co powinno być na takim zlocie. 
- To co, Lidia? Idziemy na tor? - uśmiechnął się Łukasz. 
- Mam lekkiego cykora - wyznałam. - Ale chodźmy.
- Nie ma czego się bać, dziewczyno - Łukasz poklepał mnie po plecach. - To proste jak dwa razy dwa. 
- Ha, zobaczymy - powiedziałam. 
Zasiadłam na skuterze, Łukasz zaczął mi dokładnie objaśniać, co do czego służy. Słuchałam go z zapartym tchem. 
- Tylko za dużo tego gazu nie dawaj, póki co - uśmiechnął się. - Ale na szczęście, tu nie ma o co się rozbić. Dobrze, jakbyś miała odruch zaciskania hamulca, to bardzo pożyteczne.
- Mam taki odruch, podczas jazdy rowerem przydawał mi się - powiedziałam. 
- Cieszę się - powiedział Łukasz. - No to akcja! - roześmiał się. 
Odpaliłam pojazd, zaczęłam powoli jechać przed siebie. W pełni skupiałam się na wykonywanej czynności. Byłam dość ostrożna. 
Łukasz okazał się dobrym nauczycielem. Postanowił nauczyć mnie więcej. A ja poczułam, że chciałabym wyrobić sobie tę kartę motorowerową. Mogłabym jeździć takim skuterem, jaki ma Łukasz. Karta motorowerowa daje uprawnienia do jazdy motorowerami i skuterami. Gdybym miała normalne prawo jazdy, nie musiałabym wyrabiać sobie karty... 
Marco nie wie, że ćwiczyłam jazdę skuterem. Nie mam pojęcia, jak by na to zareagował. A zresztą... Mam prawo mieć jakieś zajęcie, które będę z pasją wykonywać? 
- Bardzo dobrze Ci to wychodzi, jestem pod wrażeniem - powiedział Łukasz.
- A myślałam, że będzie gorzej - powiedziałam. 
- Jest dobrze, będzie coraz lepiej - powiedział Łukasz. - To wyrobisz sobie tę kartę? 
- Myślę, że tak. Podoba mi się jazda skuterem - powiedziałam powoli. - Nie mam nic do stracenia. 
- Piątka! - ucieszył się Łukasz. Przybiliśmy sobie piątkę, po czym Łukasz powiedział, że pójdzie po coś do picia. Przyniósł nam po papierowym kubku Pepsi, po czym obwieścił, że pójdzie się rozejrzeć, jakie to pojazdy tu ludzie przyprowadzili, i żebym nieco odetchnęła, bo on zaraz wróci i dalej będzie mnie szkolił. Widać było, że spodobało mu się uczenie mnie. 
Łukasz poszedł, ja zostałam obok ścieżek, po których niektórzy, nawet młodsi ode mnie, jeździli sobie, ja stałam oparta o skuter Łukasza i popijałam colę. Zaczęłam bawić się swoją komórką. 
- Przepraszam, która godzina? - zapytała mnie nagle jakaś młoda dziewczyna, która sobie również jeździła, obok mojej alejki. Zdaje się, że również była początkująca.
- Szesnasta trzydzieści - powiedziałam.
- Dziękuję - powiedziała. 
- Ty również trenujesz jazdę? - zapytałam przyjaźnie.
- Tak, dopiero co zaczynam - powiedziała. - Moje dwie koleżanki mnie uczą. 
- Mnie przyjaciel uczy - powiedziałam. - Nieźle mu to wychodzi.
- Hej, Alice, z kim rozmawiasz? - do mojej rozmówczyni podeszły dwie dziewczyny. 
- Podobnie jak Wasza koleżanka, uczę się jeździć skuterem - powiedziałam. - Mam zamiar wyrobić sobie kartę. 
- To tak jak nasza Alice - powiedziała jedna z nich. - Nazywam się Emilie Sarr, miło mi - podała mi rękę. 
Dziewczyna, która dopiero uczyła się jeździć, nazywała się Alice Krause, a jej druga koleżanka przedstawiła się jako Louise Wagner. 
- Hej, chyba Cię skądś kojarzę, Lidia... - powiedziała Louise, gdy się przedstawiłam. 
- Właśnie! Ty jesteś dziewczyną Marco Reusa, prawda? - zapytała Emilie. 
- Tak - powiedziałam, uśmiechając się. 
- Tak się składa, że jesteśmy wiernymi fankami Borussii od dziecka - powiedziała Alice. - Uwielbiamy piłkę nożną.
- A ja kocham także skutery i motoryzację - powiedziała Emilie. 
- Ona jest świetna - powiedziała Louise - Lidia, żebyś Ty widziała, co ona potrafi na tym skuterze... 
- Pozwolę się pochwalić - powiedziała Emilie, nałożyła kask i usiadła na skuter. Zaczęła jeździć jak zawodowiec, nawet na jednym kole! Zrobiła na mnie niemałe wrażenie. Okazało się, że Emilie ma dwadzieścia jeden lat i już od sześciu lat jeździ. Louise, podobnie jak Emilie, umie jeździć, ale już nie tak jak Emilie, tak mi powiedziała. 
Alice, jak się okazało, jest w moim wieku, podobnie jak Louise. 
- Mój skuter, jest niestety w naprawie - powiedziała Louise. - Gdyby nie to, wzięłabym go na ten zlot.
- Trzeba było tak nie szaleć - zażartowała Alice. 
Dziewczyny, które poznałam, okazały się bardzo miłe i sympatyczne. 
- No to nas zaszczyt kopnął, porozmawiać z samą dziewczyną Reusa - powiedziała Emilie.
- Oj tam - machnęłam ręką. 
- Nie ma go tu z Tobą? - zapytała Alice. 
- Nie - odparłam - on pewnie nawet nie wie, że jest tu zlot. Jestem tu z moim przyjacielem, Łukaszem Piszczkiem. 
- Kojarzymy - powiedziała Louise. - Marco nie będzie zazdrosny? - uśmiechnęła się.
- Przecież Łukasz ma żonę - powiedziałam. 
- A to skuter Łukasza? - zapytała Emilie. 
- Tak - odparłam. - Jeżeli zdobędę kartę motorowerową, będę miała swój własny. 
- To tak jak ja - powiedziała Alice. - Rodzice obiecali mi kupić. Póki co, trenuję na skuterze Emilie, a zdawać też będę mogła na jej skuterze. 
- Żeby zdać egzamin praktyczny, trzeba mieć własny sprzęt - powiedziała Louise. - Jest jeszcze teoretyczny, ale to łatwizna - machnęła ręką. 
- Dopiero niedawno zainteresowałam się jazdą na skuterze. Jak dotąd, tylko Emilie i Louise były tym zainteresowane - powiedziała Alice.
- W końcu Cię w to wciągnęłyśmy - zaśmiała się Emilie. - Chodź lepiej jeszcze trochę pojeździć, kochana. 
Emilie zajęła się Alice, ja zostałam z Louise, która zaproponowała mi, żebym pod jej okiem jeszcze nieco pojeździła. Łukasz zapewne przepadł w tym oceanie skuterów i innych jednośladów. 
- Im lepiej się teraz przygotujesz, tym łatwiejszy będzie dla Ciebie egzamin praktyczny - powiedziała Louise. - Jeśli oba testy przejdziesz pomyślnie, od razu otrzymasz kartę, uwierz. 
Usiadłam na skuter, nałożyłam kask, postanowiłam nabrać nieco odwagi i samej poćwiczyć. Na szczęście, nie było żadnych drzew na tych alejkach, nie było w co stuknąć. 
- Nie jestem taką profesjonalistką jak Emilie, ale całkiem nieźle sobie radzę z jednośladami, nie chwaląc się - powiedziała Louise. 
- Wierzę Ci - powiedziałam. 
Odpaliłam pojazd, ruszyłam przed siebie. Można było też jeździć slalomem, były w ziemię wbite gałązki. 
Przejażdżka całkiem sprawnie mi poszła, oczywiście nie forsowałam tempa. Gdy wróciłam, obok Louise stał Łukasz.








*** 







- No proszę! - uśmiechnął się Łukasz - szybko się uczysz! 
- Staram się jak mogę - powiedziałam. 
- Dobrze jej idzie - wtrąciła Louise.
Emilie i Alice również zainteresowały się moją gadką z Łukaszem, przedstawiłam je zatem prawemu obrońcy Borussii. 
- Lidia, mam taki pomysł, pójdziemy jutro razem się zapisać - powiedziała Alice. - Emilie i Louise nam pokażą, gdzie jest ten ośrodek nauki jazdy. Tam nam powiedzą, co, gdzie, jak i kiedy. 
- Dobry pomysł - powiedział Łukasz. 
Bardzo mnie ucieszyło, że poznałam takie miłe dziewczyny. Złapałam z nimi wspólny język, zwłaszcza z Alice, z którą się wymieniłyśmy numerami telefonów i adresami zamieszkania. 
- Mnie to się wydaje, że będą jakieś praktyki, ale skuter trzeba mieć własny - powiedział Łukasz. 
- Raczej tak - powiedziała Emilie. - Będzie dobrze, na pewno zdacie - poklepała mnie po plecach panna Sarr. 
- A jak to jest z opłatą? - zapytała Alice.
- Opłata? Prawie że symboliczna - Łukasz machnął ręką. 
- To Łukasz mnie namówił na tę jazdę - zaśmiałam się. - Teraz jestem mu wdzięczna.
- Słusznie - pokiwała głową Louise. 
Podyskutowaliśmy wszyscy jeszcze trochę, po czym ja i Alice zaczęłyśmy dalej jeździć. Ona na skuterze Emilie, ja na skuterze Łukasza. Emilie, Louise i Łukasz stali i dopingowali nas. 
Nikt z nas nie spoglądał na zegarek, nieźle się bawiliśmy. Aż w końcu nadszedł wieczór, ludzie zaczęli się rozchodzić. Zerknęłam na komórkę, była godzina dziewiętnasta. Łukasz powiedział, że już musimy wracać. 
- Zdzwonimy się, prawda? - zapytała Alice - naprawdę miło było.
- No pewnie - powiedziałam. - W takim razie do zobaczenia! 
Poznałam też nieco owe dziewczyny. Alice i Louise są na ostatnim roku technikum, obie są na gastronomii. Natomiast Emilie ukończyła technikum ekonomiczne, nie podjęła dalszej nauki. Dzięki znajomości, zdobyła posadę w jednym z dortmundzkich banków. 
- Wspaniały początek znajomości - pomyślałam, gdy jechaliśmy do domu. 
Jak się okazało, Ewa i Sara już tam były, wróciły ze spotkania. 
- O, wreszcie jesteście - powiedziała Ewa. - Jak było? 
- Fajnie - powiedziałam zachwycona - będę się starać o kartę motorowerową! Poznałam też trzy fajne dziewczyny!
- No proszę - Ewa klasnęła w ręce. - Super! 
- Trzeba naszej Lidii jakiś fajny skuterek znaleźć - powiedział Łukasz. - Byle czego przecież jej nie damy, prawda? 
- Prawda, prawda - powiedziała Ewa z uśmiechem. - Oby tylko zdobyła tę kartę!
- Zdobędzie, wspaniale jej ta jazda szła - powiedział Łukasz. - Lidia, szkoda, że Cię nie nagrałem - zaśmiał się.
- Nie przesadzajmy, jeszcze trochę się muszę podszkolić - powiedziałam.
- No tak - powiedział Łukasz - ale początek naprawdę niezły. 
- Też mnie to cieszy - powiedziałam.
- Okej, skoro już wszyscy są, to ja idę robić kolację - powiedziała Ewa. 
Poszłam do siebie, do swojego pokoju. Położyłam się na łóżku i zaczęłam analizować wydarzenia tego dnia. 
Czyżby wreszcie los zaczął się do mnie uśmiechać? Oby to była prawda. 
Ciekawe, na jak długo Andre zostanie u Marco, i co dziś porabiali. Mam nadzieję, że dobrze się razem bawią. 
Ewa niebawem zawołała mnie na kolację, usmażyła naleśniki. Sara z zapałem je jadła, suto smarując je Nutellą. Ja również się skusiłam na ten dodatek. Po kolacji postanowiłam spędzić nieco czasu z Ewą i Łukaszem przed TV. 

_________________________________ 



Mam nadzieję, że Wam się podoba. Trochę weselszy rozdział. :) 
Akurat naszła mnie wena na tego bloga. Tak bardzo się do niego przywiązałam, że masakra :3 

Cóż tu więcej pisać? Liczę na motywujące komentarze. :) 

Buziaki!
WildChild 





niedziela, 18 sierpnia 2013

Rozdział 56.

Obudziłam się w ramionach mojego ukochanego. Otulała nas ciepła kołdra, od Marco biło takie niesamowite ciepło. Jeszcze spał. Postanowiłam jeszcze nie wstawać, tylko jeszcze nieco poleżeć przy nim. 
Obiecałam mu, że pójdę na terapię. Jednak teraz zaczęło mnie to nieco przerażać... mimo to ufałam, że on będzie cały czas przy mnie, nie da mi opuścić skrzydeł. Nie mogę teraz zrezygnować - w nocy, gdy mu powiedziałam, że pójdę na tę terapię, w jego oczach pokazała się wyraźna radość. 
Nie mogę teraz tego popsuć - za bardzo go kocham... 
- Kochanie, nie śpisz już? - wyszeptał Marco, który niespodziewanie się obudził.
- Nie - odparłam. - Jak samopoczucie? 
- Nie masz pojęcia, jak mi ulżyło, gdy się zgodziłaś na terapię - powiedział Marco i pogładził moje włosy. - Teraz musi być tylko lepiej! 
- Nie wiem, zobaczymy - powiedziałam. - Boję się. 
- To Ci pomoże, zobaczysz - powiedział Marco. - Na pewno Ewa i Łukasz również się ucieszą. Ewa mogłaby z Tobą dziś pójść i...
- Już dziś? 
- Najlepiej jak najszybciej to zacząć - powiedział Marco. - Chętnie bym poszedł z Tobą, ale mam trening. 
- Rozumiem - powiedziałam. - O której? 
- O dziesiątej - powiedział Marco. 
- Dopiero wpół do ósmej - powiedziałam. - Poleżymy jeszcze trochę? - zapytałam i czule wtuliłam się w tors Marco.
- Chętnie - powiedział Marco. - Lidia, kocham Cię, wiesz? - wyszeptał.
- Ja Ciebie też, Marco - odpowiedziałam. - Gdyby nie Ty, załamałabym się.
- Nie pozwolę Ci - szepnął Marco. 
- Jest jeszcze coś, co mnie dręczy. Może ja już nigdy nie będę mogła zajść w ciążę? A nawet jeżeli dalej jestem płodna, to wiesz, że i tak... 
- Wiem, o co ci chodzi - powiedział Marco. - Nie będę Cię zmuszał do współżycia. 
- Tobie tak zależało na tej kruszynce, a nawet miesiąc jej nie ponosiłam pod sercem... 
- Ty jesteś moją kruszynką - wyszeptał Marco i przytulił mnie jeszcze mocniej. Jego czułość sprawiała, że słabł ból, który odczuwałam w moim wnętrzu. 
- Ja? Twoją kruszynką? Czemu? - Marco aż wywołał leciutki uśmiech na mojej ostatnio non stop zasmuconej twarzy. 
- Bo jesteś taka delikatna, niewinna, i w ogóle... 
- Marco, jak to jest? To normalnie nie zdarza się w tych czasach, że faceci są tacy - powiedziałam. 
- Jacy? - uśmiechnął się Marco.
- No tacy... czuli - powiedziałam. - Jesteś taki czuły, ale też twardy, kiedy trzeba. Po prostu ideał faceta. 
- Staram się być perfekcyjnym facetem dla Ciebie, bo Cię kocham nad życie - powiedział Marco. - Zwłaszcza teraz, w tym trudnym dla Ciebie czasie, wiem, że muszę być przy Tobie. 
- Racja - powiedziałam. - Tak bardzo Cię kocham, i Cię potrzebuję...
- Moje kochanie - rozczulił się Marco i ucałował mnie w skroń. 
Poleżeliśmy tak jeszcze, aż w końcu postanowiliśmy się ogarnąć. Chociaż oboje najchętniej byśmy przeleżeli cały ten dzień wtuleni w siebie. Jednak Marco musiał iść na trening, a ja... postanowiłam powiedzieć o swojej decyzji Ewie i poprosić ją o pomoc. 
- Najchętniej to zostałbym z Tobą - powiedział Marco.
- Ja też - powiedziałam. - Ale nie możesz olewać treningów przeze mnie. 
- Wieczorem się spotkamy, prawda? - odparł Marco, ubierając się. 
- Nie ma problemu - powiedziałam. - Ciekawe, jak zleci ten dzień...
- Kochanie, teraz musi być tylko lepiej - powiedział Marco. 
- Zobaczymy - mruknęłam.
Ja również się ubrałam i uczesałam, po czym oboje zeszliśmy na dół, gdzie już siedzieli wyspani Ewa i Łukasz, konsumując śniadanie. 
- Jak tam? - zapytała Ewa cichym głosem. 
- Ewa, mam nadzieję, że Ty i Łukasz wybaczycie mi moje ostatnie zachowanie - powiedziałam, siadając do stołu. Łukasz nalał mi soku pomarańczowego do szklanki. 
- Mamy nadzieję, że zrozumiałaś, jaką krzywdę sobie robiłaś - powiedział Łukasz.
- Słuchajcie, ja... ja pójdę na terapię, tylko ktoś z Was musiałby mi pokazać, gdzie i co...
- Oczywiście, kochana - Ewa objęła mnie ramieniem i przytuliła mocno. - Tak bardzo mi ulżyło, gdy to powiedziałaś! To oczywiste, że służę Ci pomocą. 
- Nasza Lidia - rozpromienił się Łukasz. 
Marco siedział ze wzrokiem wbitym w podłogę, na jego policzkach malowały się wyraźne rumieńce. 
- Lidia, jesteś rozsądną dziewczyną. Bardzo dobra i słuszna decyzja - powiedział Łukasz. - Prawda, Marco? 
- Prawda - powiedział Marco. - Bardzo mnie to cieszy. - uśmiechnął się mój ukochany. 
- Lidia, odprowadzimy chłopaków na trening, a Sarę do przedszkola i pójdziemy do jakiejś poradni psychologicznej, dobrze? - zaproponowała Ewa.
- Mi pasuje - powiedziałam. - Nie ma problemu. 
- No to załatwione - powiedział Łukasz. W jego głosie usłyszałam ulgę. 
Byłam wdzięczna losowi, że zesłał mi takich wspaniałych przyjaciół jak Ewa i Łukasz, a potem Marco, w którym się bez pamięci zakochałam. Z wzajemnością. 








*** 








Odprowadziliśmy małą Sarę do przedszkola, która zawsze chętnie tam chodziła, pobawić się i spotkać ze swoimi koleżankami i kolegami. Następnie miałyśmy odprowadzić naszych ukochanych na trening. 
- Trzymam kciuki za Ciebie, Lidia - powiedział Łukasz. - Wierzę, że wszystko zacznie się polepszać.
- Łukasz, to nie nastąpi tak szybko - powiedziałam. - Jednak to zawsze zostanie ze mną. Tak do końca, nie wyleczę tego. 
- Łukasz jest urodzonym optymistą, kochana - powiedziała Ewa. 
- Ty też - powiedziałam - wiele razy tak mówiłaś.
- Prawda - powiedziała Ewa. - Potrzebujesz sporo czasu, ale ja podobnie jak Łukasz wierzę, iż będzie dobrze.
- Dołączam się do Ewy i Łukasza - powiedział Marco. 
- Jesteście po prostu wspaniali - powiedziałam poruszona. - Kocham Was! 
- Oj, my Ciebie też - powiedziała Ewa i objęła mnie ramieniem. 
Doszliśmy do ośrodka treningowego Borussii. Łukasz objął Ewę, a Marco dał mi buziaka w policzek. 
- Do zobaczenia wieczorem - powiedział. - Albo może nawet wcześniej!
- Do zobaczenia - odparłam - miłego treningu. 
- Dzięki - powiedział. 
Łukasz i Marco poszli na trening, natomiast ja i Ewa wsiadłyśmy w miejski autobus i pojechałyśmy do poradni terapeutycznej. Na szczęście, Ewa wiedziała, gdzie co jest. 
Pomogła załatwić różne formalności. Byłam jej niezmiernie wdzięczna za tę pomoc, chociaż zaczęłam nieco bać się tego spotkania z psychologiem.
Trafiła mi się bardzo młoda, miła psycholożka. Zaprosiła mnie do swojego gabinetu. 
- Masz komórkę przy sobie? Zadzwonisz później i przyjdę po Ciebie, dobrze? - zapytała Ewa na odchodnym. 
- Dobrze - odparłam. - Do zobaczenia później.
- Trzymaj się - Ewa posłała mi ciepły uśmiech i poszła. Ja natomiast weszłam do gabinetu pani psycholog. 
- Nie stresuj się, nie gryzę - posłała mi ciepły uśmiech. - Usiądź, proszę. 
Zrobiłam, o co mnie poprosiła. Przedstawiłyśmy się sobie i zaczęłyśmy rozmowę. 
Nie było mi łatwo. To było czymś strasznym, otworzyć się przed obcą osobą. Jednak pani Isabel, gdyż tak się nazywała, nie naciskała, była bardzo miła i cierpliwa. 
Powoli wyrzuciłam wszystko z siebie, roniąc przy tym kilka łez. Później głos zabrała pani Isabel... 
Rozmowa w końcu zaczęła się jakoś w miarę wartko toczyć, nawet nie spoglądałam na zegar wiszący nad drzwiami. 








*** 






- Jest pani bardzo dzielną osobą - powiedziała pani Isabel.
- Nie powiedziałabym - stwierdziłam.
- Widzę, że coś chce w Pani walczyć. Wierzę, że Pani poradzi sobie. Wprawdzie Pani potrzebuje czasu, ale to normalne - powiedziała moja rozmówczyni. - Terapia zajmie co najmniej miesiąc czasu. 
- Ach, rozumiem - powiedziałam. - Mam nadzieję, że to kiedyś się wszystko ułoży... - po moim policzku spłynęła łza. 
- Wszystko będzie dobrze - powiedziała pocieszająco pani Isabel, podała mi chusteczkę. 
- To na mnie już czas - powiedziałam.
- W takim razie, do zobaczenia jutro o dwunastej - powiedziała pani Isabel. 
- Do widzenia - odparłam i opuściłam gabinet. 
Zerknęłam na zegarek w moim telefonie, wskazywał już godzinę szesnastą. Na pewno Marco skończył już trening, podobnie jak Łukasz i reszta zawodników Borussii. 
Zauważyłam również, że przyszedł do mnie SMS, od Marco. 

Hej, kochanie! Dziś wyjątkowo skończyliśmy trening o czternastej. Jak skończy się Twoje spotkanie z psychologiem, daj znać, to ja po Ciebie przyjdę, wiem, gdzie to jest, bo Ewa mi powiedziała. Całuję :* 

Lekko się uśmiechnęłam i zaczęłam pisać odpowiedź.


Już się skończyło, możesz przyjść. Czekam :* 


Marco wysłał mi jeszcze jeden SMS.


Już pędzę, odpalam skuter i jadę. 


Schowałam komórkę, podeszłam do ławki stojącej nieopodal i przysiadłam na niej. 
Nie usłyszałam wcześniej, że dostałam SMS, gdyż podczas rozmowy z panią Isabel miałam wyciszony telefon. 
Siedziałam i czekałam na mojego ukochanego, gdy nagle spostrzegłam jakiegoś faceta kręcącego się w pobliżu. Poza nim, nie było wokół żywej duszy. 
- Dziwnie się zachowuje - pomyślałam - co to za jeden?! 
Miałam nieodparte wrażenie, że on cały czas ukradkiem zerka na mnie. 
- Niech ten Marco już przyjedzie - pomyślałam. 
Postanowiłam nieco się oddalić. Wstałam z ławki, ruszyłam swoją drogą. Nagle ten facet... zaczął biec za mną. Naturalnie i ja zaczęłam biec, uciekać przed nim... ale on był o wiele szybszy. I silniejszy. Złapał mnie od tyłu i zasłonił dłonią usta... 
Próbowałam krzyczeć, ale to było niemożliwe... 
- Pakuj się do wozu - wysyczał, ciągnąc mnie do stojącego obok auta... 
Zaczęłam się wiercić, stawiać opór, ale on miał więcej siły niż ja...
- Hej! Zostaw ją! - nagle usłyszałam Marco. Po chwili również go zobaczyłam, jak rzuca się na porywacza...
- Masz jakiś problem, gościu?! - ryknął typ. 
- Zaraz Ty będziesz miał problem - powiedział Marco i zaczął kopać tego psychola, aż w końcu mnie puścił. Marco odsunął mnie na bok i spojrzał prosto w oczy temu typowi. 
- Jeszcze raz Cię przy niej zobaczę, to jeszcze gorzej oberwiesz - powiedział i strzelił z liścia tego człowieka. - Porywaczu! 
Ten typ wyglądał na zboczeńca. Ale okazał się zwykłym tchórzem, gdy zjawił się Marco, i nie próbował dalej walczyć. Wsiadł do swojego auta, natomiast ja roztrzęsiona przytuliłam się do Marco.
Ten typ chciał mnie porwać. Uświadomiłam sobie, że gdyby Marco nie nadszedł, ten koleś wywoziłby mnie teraz nie wiadomo gdzie. I co by się ze mną stało?! 
Ta myśl przepełniła mnie grozą. Łzy zaczęły mi spływać po policzkach, gdy o tym pomyślałam. 
- Spokojnie, kochanie - powiedział cicho Marco - już dobrze, już jestem przy Tobie! 
- Marco, on chciał mnie porwać - powiedziałam roztrzęsiona.
- Już ja mu dam - powiedział Marco ze złością w głosie. - Nie pozwolę nikomu Cię porwać! 
- Marco, jak dobrze, że jesteś - powiedziałam. - Gdybyś nie przybył w porę, byłoby naprawdę źle...
- Nie pozwolę nikomu zrobić Ci krzywdy - powiedział Marco i pogładził moje włosy. 
Wtuliłam się mocno w blondyna, objęłam go w pasie. Tak, przy nim zawsze czułam się bezpieczna. Może nie jest napakowany jak zapaśnik, ale jednak to silny chłopak. 
- Jedźmy do mnie - powiedział Marco. - Potem odwiozę Cię do domu.
- Dobrze - powiedziałam. 
Marco dał mi kask, usiedliśmy na skuterze i pojechaliśmy do domu mojego lubego. 
- Co za stary dziad - denerwował się dalej Marco na tego kolesia, który mnie napadł. - Przywaliłbym mu jeszcze bardziej, ale nie chcę kłopotów z prawem. 
- I tak mu przywaliłeś - powiedziałam. 
- Musiałem mu Cię wyrwać - powiedział Marco. - To było najważniejsze. 
- Nie mówmy już o tym - poprosiłam. - Chcę o tym zapomnieć jak najszybciej.
- No dobrze - zgodził się Marco. - Chcesz coś do picia? 
- Nie, dzięki - odparłam. 
- Jakby co, to mów - powiedział Marco. - Wreszcie mamy trochę czasu dla siebie...
Usiadłam na kolanach blondyna, który od razu objął mnie ramionami. Siedzieliśmy wtuleni w siebie, rozmawiając o wszystkim i o niczym. 

___________________________________ 



Wybaczcie, że dopiero teraz wrzucam, ale nie miałam wcześniej weny. Do tego mam dość użerania się z domownikami, zwłaszcza ojcem, który ciągle próbuje nastawić matkę przeciwko mnie -.- wytrzymać się nie da w tym domu. 
Taki krótki, głupi i wymęczony ten rozdział. Następny nie wiem kiedy. 

Bardzo proszę, zaglądajcie na mojego drugiego bloga


Czytajcie, obserwujcie i komentujcie. 


Buziaki!
WildChild 



środa, 14 sierpnia 2013

Rozdział 55.

*oczami Marco*




Miotany wściekłością, ale i wielkim smutkiem, zbiegłem ze schodów. Chciałem od razu iść do drzwi, ale zaczepiła mnie Ewa. 
- Marco, co to za krzyki były? - zapytała. - Dlaczego Ty na Lidię krzyczysz? Dobrze wiesz, w jakim stanie jest ta biedna dziewczyna! A Ty jeszcze... 
- Ona znów się upiła, jakbyś nie zauważyła - powiedziałem. - Jakby tego było mało, zaczęła się okaleczać. Ma dwie pokaźne sznyty na ręku. To jest nie do opisania! 
- Mój Boże - Ewa złapała się za serce. - Zaraz pójdę do niej! Ale Marco, proszę Cię bardzo, nie uciekaj od niej w takich trudnych momentach! Ona Cię potrzebuje, nawet jak tego nie mówi. Nie masz pojęcia, jak bardzo Cię kocha i jak jej na Tobie zależy. Postaraj się być opanowanym i nie krzycz nigdy więcej na nią. To taka wrażliwa dziewczyna...
Zrobiło mi się głupio, że nawrzeszczałem na Lidię. Poniosły mnie emocje, nie ma co. Ale ona po prostu musi zrozumieć, że postępuje źle! 
- Źle zrobiła, że się znów upiła i do tego pocięła, ale my musimy o nią walczyć. Żeby wyszła z tego - powiedziała Ewa. - Ja i Łukasz wyciągnęliśmy ją już z jednego koszmaru, poradzimy sobie i z tą sytuacją! Tylko trzeba wiary i wytrwałości! Zależy nam na Lidii, prawda?  
- Prawda! Masz rację, Ewa - powiedziałem. - Wiesz co? Mógłbym dziś u niej nocować? Ja się boję, że ona może mieć jeszcze gdzieś schowany alkohol albo jeszcze bardziej się okaleczy... 
- Oczywiście, Marco - powiedziała Ewa. - Nie ma najmniejszego problemu! 
- Tylko poszedłbym po kilka swoich rzeczy, torbę treningową - powiedziałem. - Wiesz co? Póki co, nie mów jej, że mam tutaj nocować... 
- Okej - odparła Ewa. 
Wyszedłem i skierowałem się w stronę swojego domu. Niebawem tam dotarłem, spakowałem parę niezbędnych rzeczy. Jednak zanim ruszyłem z powrotem do Lidii, postanowiłem zadzwonić do Mario. 
- Halo? Marco? - usłyszałem głos mojego przyjaciela. 
- Mario? Masz chwilkę? Możemy pogadać? - zapytałem.
- Oczywiście, właśnie wróciłem z treningu - powiedział Mario. - Marco, co się stało? W Twoim głosie słychać, że...
- Mario, to jest po prostu tragedia - powiedziałem łamiącym się głosem. 
- Coś z Lidią? - zapytał mój przyjaciel.
- Tak - powiedziałem. - Ona się znów upiła. Do tego zaczęła się okaleczać. Mario, co ja mam począć? 
- Jak to?! Znów się upiła?! Nie wierzę! - powiedział zszokowany Mario. - Okalecza się?! 
- Tak - powiedziałem. - Ja już nie wiem, co robić. Zależy mi na niej tak bardzo. Chciałbym, aby poszła do jakiegoś psychologa, a nie niszczyła swój organizm alkoholem, papierosami lub cięciem się. Po prostu serce mi się kraje. Mario, taka szkoda, że Ty jesteś tak daleko.
- Chciałbym być teraz przy Tobie. Ty również potrzebujesz wsparcia - powiedział Mario. - Nie masz pojęcia, jak Ci współczuję. Marco, ale też Ci przypominam, nie poddawaj się! Proszę, uwierz w to, że jeszcze będziecie szczęśliwą parą. Może teraz wydaje Ci się to nierealne. Mówię Ci, walcz do skutku! 
- Mam zamiar dziś przenocować u Lidii - powiedziałem drżącym głosem. - Bo chyba bym zwariował z nerwów o nią, a tak będę miał okazję dopilnować, aby nie zrobiła sobie czegoś... 
- Całkowita racja - powiedział Mario. - Dobry pomysł, Marco. 
- Nerwy dziś mi puściły, nakrzyczałem na nią - przyznałem - teraz mi głupio z tego powodu.
- W takiej sytuacji nerwy są całkiem zrozumiałe - powiedział Mario. On, jak zawsze, był po mojej stronie. 
- Niby tak - odparłem - jednak teraz idę do niej i jeszcze raz z nią postaram się pogadać.
- Dobrze - powiedział Mario - w razie czego, dzwoń! Pamiętaj, jestem z Tobą! 
Pożegnałem się z moim przyjacielem i rozłączyłem się.
Nim jednak wyszedłem, zerknąłem jeszcze na fotografię stojącą na komódce. Na tym zdjęciu byłem ja i Mario. Przez chwilę spoglądałem na to zdjęcie, poczułem, że Mario jest blisko mnie, czułem jego wsparcie. Nieco mnie to pokrzepiło i pośpieszyłem do mojej ukochanej. 







***







Siedziałam zapłakana w swoim pokoju, gdy nagle drzwi się otworzyły, to Ewa i Łukasz przyszli.
Spojrzałam na przybyszy pustym, smutnym wzrokiem. 
- Kochana, chyba musimy Ci rewizję zrobić - powiedział Łukasz.
- Marco powiedział, że znów piłaś - powiedziała smutno Ewa.
Łukasz zaczął przeszukiwać moje szafki. Nie miałam siły już się kłócić. Miałam schowaną jedną butelkę wódki, którą wkrótce znalazł. Łukasz pozostawił ten fakt bez komentarza, tylko wyniósł alkohol z mojego pokoju, podobnie jak wino, które odnalazł Marco. 
- Na litość boską, Lidia, co Ty ze sobą robisz? - zapytała mnie smutnym głosem Ewa. - Chcesz się zniszczyć?! Proszę Cię, nie rób tego więcej! Nie tylko sobie robisz krzywdę, ale i Marco! Nie masz pojęcia, jak on się czuje, gdy Cię widzi w takim stanie. On tak mocno Cię kocha, i...
- Ewa! - przerwałam jej - on w końcu mnie zostawi! Kto chciałby być z taką smutną i znerwicowaną dziewczyną?! 
- Lidia, to nieprawda - wtrącił się Łukasz, który wrócił do mojego pokoju i usłyszał, co powiedziałam. - On Cię kocha jak nikogo innego. Nie zostawi Cię! Ale Ty musisz dać sobie pomóc! Nie wolno Ci więcej tknąć alkoholu!
- Łukasz ma rację - powiedziała Ewa, obejmując mnie ramieniem. 
Do pokoju nagle przybiegła Sara. 
- Co się stało? - zapytała - Lidia, czemu płaczesz? 
- Nic się poważnego nie stało. Nie martw się - powiedziałam do małej.
- Na pewno? - drążyła temat Sara.
- Na pewno - powiedział Łukasz i wziął córkę na ręce. - Nie przejmuj się, córeczko. Wszystko będzie z Lidią dobrze.
Łukasz wyszedł razem z Sarą, Ewa pozostała przy mnie. 
- Wszystko będzie dobrze - wyszeptała i mnie mocno przytuliła.
- Nie byłabym taka pewna - powiedziałam cicho.
Po paru minutach poprosiłam Ewę, żeby zostawiła mnie choć na chwilkę samą. 
- Tylko nie rób niczego głupiego, mam nadzieję, że naprawdę już nigdzie nie chowasz alkoholu - powiedziała i wyszła. 
Nie, nie mam już żadnych trunków. Pozostały mi tylko papierosy. Postanowiłam zapalić jednego. Liczyłam, że już nikt mnie nie zobaczy, a już na pewno nie Marco... 
Stałam przy oknie, gdy nagle usłyszałam pukanie do drzwi i do pokoju wszedł... Marco. Miał ze sobą torbę.
- Lidia, znów palisz?! - przywitał mnie takimi słowami. Wyrwał mi szluga z ręki i zgasił. 
- A co Ty tu robisz? Po co Ci ta torba? - zapytałam.
- Dziś nocuję u Ciebie - powiedział Marco. - Żeby Cię przypilnować... żebyś nie zrobiła niczego głupiego, żebyś nie paliła - podkreślił ostatnie trzy słowa.
- Marco, ja nie jestem małym dzieckiem - powiedziałam. - Najpierw nawrzeszczałeś na mnie, a teraz...
- Poniosły mnie emocje - powiedział Marco. - Zdenerwowałem się.
- Może i dałam Ci do tego powód - powiedziałam - ale źle znoszę, gdy ktoś na mnie krzyczy, zapamiętaj to sobie!
- Przepraszam. 
- Nie mam i tak ochoty na rozmowy - odparłam.
- I tak zostanę - powiedział Marco. 
Marco był na mnie zapewne dalej zły. Niemożliwe, żeby tak szybko mu przeszło. 
Nie wiedziałam, jak mu powiedzieć to, co leżało mi głęboko w sercu. Nie wiedziałam, jak wyrazić obawę, że mnie w końcu zostawi, że będzie miał dość zadawania się z znerwicowaną, smutną i teraz jeszcze bardziej nieśmiałą dziewczyną. 
Zatem milczałam. Marco przysiadł sobie na moim dużym rozkładanym łóżku, ja siedziałam odwrócona, ale czułam na sobie jego spojrzenie. Co jakiś czas zagadywał, ale ja odpowiadałam, że nie jestem w stanie rozmawiać... 
Moje zachowanie mogło być nieco wkurzające. 
A czas leciał, i leciał. W końcu zaczęła dochodzić godzina dwudziesta druga, a ja dalej siedziałam przy oknie, wpatrywałam się zapłakanymi oczami w niebo.
- Skarbie, nie siedź już tak przy tym oknie - powiedział Marco. - Chodź do mnie... 
- Wygodnie mi tu - powiedziałam. - Poza tym, nawet mnie nie uprzedziłeś, że chcesz tu nocować! A może ja potrzebuję samotności?! 
- Nie! Nie pozwolę Ci palić czy się okaleczać... czy pić alkoholu - powiedział Marco. - Nie mogę Cię zostawić samej. 
- Łukasz zrobił mi rewizję. Nie mam żadnego alkoholu - powiedziałam.
- Bardzo dobrze zrobił - powiedział Marco. - Kochanie, czy Ty jesteś obrażona na mnie? Ja tylko pragnę Twojego dobra. To, że nie pozwalam Ci upijać się czy palić, nie znaczy, że...
- Wtedy chociaż na chwilę zapominałam o wszystkim - wycedziłam i schowałam twarz w dłoniach.
- Kochanie... - westchnął smutno Marco. 
Nic nie powiedziałam więcej. W końcu położyłam się na łóżku, poczułam zmęczenie, ale nie wtuliłam się w blondyna. Położyłam się na drugim brzegu i podjęłam próbę zaśnięcia. 








*** 







Nie mam pojęcia, co mnie obudziło... Otworzyłam oczy, za oknem panowała ciemność. W dodatku usłyszałam, że leje deszcz. 
Paliła się mała lampka. Zauważyłam, że Marco stoi przy oknie...
Zegar wskazywał wpół do drugiej w nocy. 
Nie wiem, co mnie tchnęło - postanowiłam wstać, i jeżeli to tylko możliwe, wygadać się Marco, powiedzieć, co czuję, co mi na sercu leży... 
Podeszłam do mojego ukochanego. Spojrzałam na jego twarz - zdołałam dostrzec w nich łzy... on płakał?!
- Marco, czy Ty płakałeś? - zapytałam cicho.
- Lidia, dlaczego Ty mi to robisz? - odpowiedział mi na pytanie pytaniem. - Czemu tak postępujesz? 
Jego głos również zdradzał, że Marco płakał. Mi również łzy się nasunęły do oczu. 
- Marco, to wszystko mnie przerasta - powiedziałam. - Ja po prostu nie daję sobie rady z tym, co przeżyłam. Nie masz pojęcia, jak mnie to mocno dręczy. Tak bardzo chciałabym zapomnieć o tym koszmarze. Właśnie alkohol i papierosy pozwalały mi na to. Marco... - nie wytrzymałam, rozpłakałam się. Widok zapłakanego blondyna tak bardzo mnie poruszył... zwłaszcza, że on płakał przeze mnie! 
- Ja wiem, że źle robiłam - ciągnęłam, szlochając - wstyd mi za samą siebie! Nie chcę już więcej tykać alkoholu. Ale ja żyję w takim smutku, w takim strachu... Ja się boję, że Ciebie stracę - wykrztusiłam.
- Skarbie, skąd Ci to przyszło do głowy?! - zapytał zszokowany Marco.
- Nie wiem, czy będziesz chciał trwać przy takiej smutnej, znerwicowanej dziewczynie z porysowaną psychiką - powiedziałam. - Jest tyle dziewczyn na świecie, ty możesz mieć każdą! O wiele weselszą, ładniejszą i nie tylko...
- Kochanie... - Marco położył mi palec na ustach. - Jak mogłaś tak pomyśleć? Przecież wiesz, że ja Cię kocham jak nikogo innego! Nie wyobrażam sobie siebie u boku jakiejś innej dziewczyny. Ja Ciebie kocham i zrobię wszystko, żebyś znów była szczęśliwa. Wierzę, że uda Ci się wyjść z tego koszmaru! Ale skarbie, Ty musisz dać sobie pomóc... zapomnieć, że alkohol istnieje, pójść na terapię, która naprawdę może skutecznie pomóc. 
Teraz wszystko do mnie dotarło. To, że robiłam sobie krzywdę, i nie tylko sobie. Zrozumiałam, że potrzebuję terapii. Marco zapewnił mnie o swojej miłości, że mogę zawsze liczyć na niego, na jego wsparcie. Zrozumiałam, że mój stan w ogóle się nie poprawi, jeżeli będę pić alkohol. Wszystko do mnie dopiero teraz dotarło, dopiero teraz! 
- Marco, ja już wszystko zrozumiałam - powiedziałam cicho. - Pójdę na terapię. Do Ciebie mam tylko jedną prośbę... po prostu przy mnie bądź! 
- Obiecuję - wyszeptał. - Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że chcesz dać sobie pomóc i wyjść z tego. 
- Nie będzie to łatwe... - powiedziałam - ale ufam, że przy Tobie, Ewie i Łukaszu jakoś dam sobie radę...
- Dasz sobie radę, ja w Ciebie wierzę - powiedział Marco. - Nie masz pojęcia, jaki kamień mi z serca spadł! Pamiętaj, że Cię bardzo kocham, obiecuję, że razem przebrniemy przez te trudne chwile. 
Zrobiło mi się ciepło w środku. Otarłam spływające po moich policzkach łzy. Marco był po prostu niesamowity... takiego kochającego chłopaka chciałaby mieć każda kobieta. 
- Chodź do mnie - Marco wyciągnął ramiona i przytulił mnie mocno. Wczepiłam się w jego nagi tors, nie miał bowiem na sobie koszulki, miał na sobie tylko spodenki. 
Chwilę tak przytulaliśmy się, panowała cisza, słychać było tylko padający deszcz. 
- Chodźmy się położyć - wyszeptał Marco.
Zgodziłam się w milczeniu, położyliśmy się. Wtuliłam się w Marco, objął mnie swoimi umięśnionymi ramionami. Biło od niego niesamowite ciepło. 
Dobrze postąpiłam, że zdecydowałam się na rozmowę. I wszystko w końcu zrozumiałam. Dałam tym radość dla Marco. 
Przyłożyłam głowę do klatki piersiowej blondyna, usłyszałam bicie jego serca. Ukołysana tą muzyką powoli usnęłam... 


___________________________________ 


No i jest 55 rozdział. :) 
Będę pisać to opowiadanie, dopóki będę miała pomysły na nie. :> Bardzo się przywiązałam do niego. 
Mam nadzieję, że powyższy rozdział się Wam podoba. Lidia to rozsądna dziewczyna, więc w końcu zrozumiała, co musi zrobić. :> 
Mam pomysł na jeszcze jedną poważną akcję. :) 

Grrr... czy Wy też macie ciągle konflikty z rodzicami lub jednym z nich? Ja mam. Mianowicie z tatą... 
To jest po prostu masakra. Nie szanuje mnie, często zdarza mu się nazywać mnie debilką, idiotką itp itd, krzyczy, ciągle się czepia, często są to po prostu pierdoły (np. uważa, że jestem zbyt "smarkata" żeby pić prawdziwą kawę) . A potem czegoś chce ode mnie. Ja już zaczęłam się jakoś stawiać, najpierw on mnie nie szanuje, a potem chce, żebym coś tam zrobiła, no jak to może tak być? Jeszcze matkę buntuje przeciwko mnie. To już jest nie do zniesienia. Poza tym, nigdy nie miałam z nich dobrych relacji. 
Nigdy nie pochwali, nawet jak matka na zakończeniu roku szkolnego dostała list gratulacyjny to nic nie powiedział miłego na ten temat. 
Mam nadzieję, że nie wkurza Was to, że się tu tak kolejny raz żalę? Po prostu jakoś mi jest lżej, gdy się wygadam....


Czekam na komentarze! :) 

Buziaki! 
WildChild


+ bardzo Was proszę, zaglądajcie na mojego drugiego bloga 

Nothing's gonna change my world. 

Czytajcie, obserwujcie i komentujcie :) Gdy będę miała taką motywację, rozdziały na tamtym blogu na pewno będą jeszcze lepsze, postaram się o to. :] 


poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Rozdział 54.

Nastało poniedziałkowe popołudnie. Marco prosto z treningu przyszedł do mnie i wziął mnie do siebie. 
Nie zauważył moich dwóch sznyt na ręku, które udało mi się ukryć. Powstrzymałam się również dzisiaj od picia czy palenia. Zajadałam smutek słodyczami, które wygrzebałam w kuchennej szafce. 
Siedzieliśmy razem w salonie. Siedziałam na kolanach mojego ukochanego blondyna, który nie szczędził mi czułości. Jednak ja nie czułam się zbyt dobrze... Marco wyczuł to. 
- Skarbie, co się dzieje? Mam wrażenie, że znów...
- Słabo po prostu się czuję - powiedziałam.
- Jadasz coś ostatnio? - zapytał - może po prostu głodna jesteś...
- Dziś trochę słodyczy zjadłam, i to wszystko. Ja w ogóle apetytu ostatnimi dniami nie mam - powiedziałam.
- Na litość boską, jednak powinnaś coś zjadać, ze względu na zdrowy rozsądek - powiedział blondyn. 
- Oj, Marco, Marco...
- Coś Ci bym przygotował, i sobie przy okazji, ale chyba nic w lodówce już nie mam - powiedział Marco. - Musiałbym skoczyć do marketu. 
- Chcesz, to idź, ale ja poczekam. Nie mam siły nigdzie chodzić - powiedziałam. 
- Rozumiem - powiedział z czułością Marco - postaram się niebawem wrócić. 
Marco wkrótce pojechał zrobić zakupy, ja zostałam sama w jego domu. Położyłam się na kanapie i wpatrywałam się w sufit, gdy nagle moje rozmyślania przerwało czyjeś raptowne wejście do domu i trzask drzwiami. Przerażona poderwałam się z sofy... i w tej samej chwili do salonu wparował... Albert! Jakim cudem?! Przecież go policja zamknęła! Uciekł z celi?! 
- I co, suczko? - roześmiał się podle. - Myślałaś, że jak policja mnie złapie, to już koniec? 
- Uciekłeś z więzienia?!
- A nawet jeśli, to co?! Nie, nie próbuj ruszać tego telefonu - Albert od razu rzucił się na mnie i złapał mnie za szyję. 
- Puść mnie! - krzyknęłam.
- Zamknij się - Albert uderzył mnie otwartą dłonią w twarz.
Po moich policzkach spłynęły strumienie łez. Albert znów mnie dopadł! Jak oni robią te cele?! Te kraty to chyba z miękkich drutów tworzą! 
Zanosi się na to, że koszmar się powtórzy! 
- Jak nie będziesz siedziała cicho i robiła tego, co chcę, to pożałujesz - wysyczał. 
- Zaraz przyjdzie Marco, nie radzę Ci - wychrypiałam.
- A na tego mięczaka mam już tu coś - i wyciągnął z kieszeni... nóż. - Niech tylko tu wróci!
- Nie, nie zrobisz tego! - krzyknęłam.
- Obiecuję, że zrobię - wysyczał Albert i zaczął mnie... rozbierać. Bałam się krzyczeć. Tylko cały czas się trzęsłam ze strachu. Nie tyle o siebie, co o Marco. Śmiertelnie się bałam, że ten psychol spełni swoją obietnicę i potraktuje nożem mojego ukochanego. 
Po chwili... zrobił mi to, co tamtej pamiętnej, okropnej nocy. Potworny ból przeszył moje ciało, moja twarz była przemoczona od gorzkich łez. 
- Jesteś moją własną dziwką - wysyczał zadowolony Albert. 
- Nie! Zostaw mnie! - krzyknęłam.
- Przesadziłaś - Albert chwycił jedną ręką nóż, drugą moje rozczochrane włosy i chciał mnie nim potraktować, gdy nagle ktoś wpadł do domu, a następnie do salonu... To Marco! 
- Co tu się dzieje?! - krzyknął Marco. - Albert?! Co Ty tu robisz?! 
Rzucił się na swojego ojca, ale ten był szybszy.... rzucił się z nożem na mojego ukochanego... i wbił mu go w szyję, aż po samą rękojeść. Marco tylko pisnął z bólu i osunął się martwy na ziemię.
Wybuchłam płaczem na ten widok, w głowie zaczęło mi się buzować... 
I nagle... zerwałam się z łóżka. Byłam u siebie w pokoju, a nie u Marco. Był środek nocy, a nie popołudnie. 
Stanęłam przy oknie, ciężko oddychając. Nie zerwałam się z krzykiem, gdyż coś zdławiło mój głos... 
Uświadomiłam sobie, że to był tylko koszmarny sen. Bardzo koszmarny sen! 
Byłam przez ten sen cała roztrzęsiona i przerażona. Był taki realistyczny. 
Ręce mi się trzęsły, zrobiło mi się gorąco. 
- Nie wytrzymam - pomyślałam - muszę zapalić!
Wyciągnęłam ukryte papierosy, otworzyłam szeroko okno i odpaliłam sobie jednego. Paliłam jak najęta, spaliłam z kilka sztuk. 

Wreszcie poczułam jakąś ulgę. Zostawiłam uchylone okno, schowałam papierosy, popryskałam w pokoju odświeżaczem powietrza i położyłam się. Nie zasnęłam od razu, z jakieś dziesięć minut leżałam wznak i wpatrywałam się w sufit. Jednak w końcu powieki mi się skleiły same... 








*** 







Nie mam pojęcia, jakim cudem usnęłam... zmęczenie jednak wygrało. Wreszcie nadszedł poranek.  
Zerknęłam na zegarek, wskazywał godzinę wpół do dziewiątej. Postanowiłam jednak nie wstawać od razu... nie miałam ochoty. Na nic nie miałam chęci. Zaczęła mnie boleć głowa. Postanowiłam pozostać w łóżku. 
Przewróciłam się na drugi bok i zaczęłam wpatrywać się tępo w ścianę. Miałam ochotę rozpłynąć się i zniknąć... okropnie się czułam.
Na nowo zaczęłam analizować swój sen, co wprawiło mnie w jeszcze podlejszy nastrój. 
Nie patrzyłam na zegarek. Moją zadumę w niespodziewanym momencie przerwało pukanie do drzwi. Po chwili się otworzyły, w progu stanęła Ewa. 
- Jak tam, kochana? Przyszłam zobaczyć, czy wszystko u Ciebie w porządku - powiedziała i przysiadła na łóżku.
- Dzięki za troskę - powiedziałam - po prostu głowa mnie boli i nie mam chęci wstawać. 
- Rozumiem - pokiwała głową Ewa. - Chcesz może tabletkę przeciwbólową? 
- Możesz dać - odparłam.
Ewa przyniosła mi tabletkę i szklankę wody. Zażyłam lekarstwo z nadzieją, że szybko zadziała. 
- Moja Ty biedna - Ewa westchnęła. - Zdaję sobie sprawę, jak tragicznie się czujesz po tym, co Cię spotkało. 
- Ewa, czy Ty masz pojęcie, jaki koszmarny sen miałam tej nocy?! - niewiele myśląc, opowiedziałam mojej rozmówczyni o śnie. Słuchała z przerażeniem. 
- Lidia... to jest po prostu nie do opisania - wykrztusiła, gdy skończyłam swoją opowieść. 
- Żebyś wiedziała! - odparłam - koszmar znów powrócił! Ty najlepiej wiesz, co przechodziłam w dzieciństwie. Teraz znów...
- Kochanie, nie rozpamiętuj tego - próbowała mnie uspokoić Ewa. - Bo tylko jeszcze gorzej się poczujesz. 
- Nigdy o tym nie zapomnę - powiedziałam ze łzami w oczach. - To zawsze będzie we mnie siedzieć. I jedno, i drugie... 
- Zdaję sobie sprawę – powiedziała smutno Ewa. – Kochana, Ty naprawdę…
- Naprawdę powinnam iść do psychologa, prawda? – dokończyłam za nią. – Na litość boską, ani Ty, ani Łukasz, ani Marco nie rozumiecie, że ani nie chcę, ani nie potrafię otworzyć się przed obcą osobą? To byłby dla mnie dodatkowy stres i udręka. Nie zmuszajcie mnie do tego! Nie chcę słyszeć o żadnych…
- Nie unoś się, Lidia – powiedziała Ewa, próbowała mnie wciąż uspokoić. – To nie pomoże. Przynieść Ci jakąś herbatę?
- Możesz przynieść. Zieloną – poprosiłam.
- Nie ma problemu – powiedziała Ewa i wyszła, ja opadłam na poduszkę.
Niebawem wróciła z parującym kubkiem. Siedziałam sobie w łóżku i popijałam herbatę, moje myśli wciąż krążyły wokół ostatnich dni.
W domu była, jak się okazało, tylko Ewa, Sara została zaprowadzona do przedszkola a Łukasz poszedł na trening, spotkać się z chłopakami, sam nie mógł jeszcze trenować z powodu kostki. 
W końcu zwlokłam się z łóżka, było już południe. Zerknęłam na termometr wiszący za oknem, wskazywał dwadzieścia stopni Celsjusza. No tak, jeszcze sierpień, więc jest jeszcze w miarę ciepło... 
Wyciągnęłam z szafy dresy, koszulkę i poszłam do łazienki zrobić ze sobą porządek. 
Gdy już to zrobiłam, wróciłam do pokoju i nieco ogarnęłam w nim klamoty. Poczułam, że mam znów chęć zapalić. Jednak w każdej chwili mogła tu wejść Ewa. 
- Później pójdę na spacer - pomyślałam. - Może lepiej mi to zrobi? 
Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Nieco czasu spędziłam, przeglądając Internet na laptopie, a późniejszym popołudniem obwieściłam Ewie, że wychodzę na przechadzkę.
- Tylko nie zajdź za daleko - poprosiła. - Uważaj na siebie, kochana. O, już niedługo szesnasta, niebawem chłopaki powinni skończyć trening.
- Co ten Łukasz tam robi, skoro nie może trenować? - zapytałam. 
- O to się nie martw - uśmiechnęła się Ewa. - On po prostu chce być z drużyną. Chłopaki są dla niego jak druga rodzina. 
- Wspaniała jest ta drużyna - powiedziałam, wiążąc buty. Nałożyłam bluzę, wzięłam torbę i skierowałam się do drzwi.
- Do zobaczenia! - rzuciłam.
- Do zobaczenia - odparła Ewa. 
Wyszłam na świeże powietrze. Pogoda była dosyć dobra, nie padało, świeciło słońce. Powiewał wiaterek, ale na szczęście moja bluza dawała sporo ciepła. 







*** 






Skierowałam się w stronę parku. Lekki wiatr rozwiewał moje włosy. Szłam zamyślona, tysiące myśli przebiegało przez moją głowę. 
Przysiadłam na jednej z ławek w parku, żeby zapalić w spokoju papierosa. Tak, zabrałam całą paczkę ze sobą. 
Zasmakowały mi te papierosy, i to bardzo. Zwłaszcza te miętowe. Ku mojemu zdziwieniu, Ewa niczego nie wyczuła, a przecież w nocy paliłam w moim pokoju. Widocznie odświeżacz powietrza zabił cały ten zapach, no i okno było uchylone. 
Teraz, nim wrócę do domu, na pewno zapach ze mnie zejdzie, a poza tym mam jeszcze mgiełkę truskawkową w torbie. A nawet jeśli ktoś wyczuje... stwierdziłam, że niewiele mnie to obchodzi. 
Paląc papierosa, czułam ulgę. 
- Ciekawe, co Marco by zrobił, jakby teraz mnie zobaczył z tym papierosem - pomyślałam.
Od Marco już mi się raz dostało za palenie. Jednak wtedy byłam w ciąży... więc to było zrozumiałe. 
Spaliłam jeszcze jedną sztukę i ruszyłam dalej. W pewnym momencie zebrało mi się na łzy...
Zobaczyłam jakąś szczęśliwą, młodą parę, prowadzącą wózek z dzieckiem. 
- Gdyby nie ten sukinsyn, za pewien czas ja i Marco też byśmy urządzali takie spacery z wózkiem - pomyślałam rozgoryczona. - Inne kobiety mają prawo do szczęścia, dlaczego ja nie?! 
Marco tak bardzo zależało na tym dziecku, pragnął stworzyć ze mną rodzinę. Wprawdzie to dziecko nie było planowane, ale skoro się stało... Marco przekonywał, że będzie wszystko dobrze. Chociaż początkowo nie chciałam tego dziecka, bałam się bycia matką, próbowałam je usunąć, w końcu je bardzo pokochałam i chciałam, aby przyszło na świat. 
Jednak nawet pełnego miesiąca nie ponosiłam go pod sercem... 
Nie wytrzymałam. Łza stoczyła mi się po policzku. Wyciągnęłam chusteczki i postarałam się szybko opanować.
- Nie wytrzymam - pomyślałam - po prostu nie daję już rady! 
Zaszłam do sklepiku na rogu. A kupiłam w nim... wino. Tak, znów kupiłam alkohol. 
Było to najtańsze wino, tzw. jabol. 
Usiadłam na ławce wśród krzewów, żeby nikt mnie nie widział sączącej tanie wino. 
Otworzyłam butelkę i zaczęłam pić. Smak nie był zły, malinowy, ale też poczułam wstyd przed samą sobą, że robię takie rzeczy. Jednak z drugiej strony te procenty dawały mi ulgę, pozwalały choć na trochę zapomnieć o straszliwych przeżyciach. 
- O mój Boże... ale mi się w bani kręci - pomyślałam.
Cholera! Już z pół butelki wyżłopałam, jak nie lepiej. Już chyba wystarczy. 
Zapaliłam jeszcze papierosa. Wyciągnęłam z torby mgiełkę i się popryskałam. 
Mam nadzieję, że nikt się nie zorientuje, że znów piłam. 
Ruszyłam w drogę powrotną. Poczułam, że alkohol wszedł mi w nogi, bo zaczęły się nieco plątać. Jednak jakoś dałam radę iść. 
Powolnym krokiem szłam do domu. Na szczęście dotarłam na moją ulicę, nie zgubiłam się. 






*** 






Dotarłam wreszcie do domu. Zdjęłam buty i skierowałam się do swojego pokoju. 
- Lidia, to Ty wróciłaś? - usłyszałam wołanie Ewy.
- Nikt inny - odkrzyknęłam.
- Masz gościa u siebie w pokoju - zawołała. 
- Okej!
To na bank Marco. Przecież obiecał, że dzisiaj się spotkamy. 
Weszłam do pokoju, Marco siedział sobie na sofie.
- Cześć, Marco - przywitałam się. 
- Hej, skarbie - powiedział Marco. - Jak tam spacer? 
- Dobrze - powiedziałam krótko i podeszłam do okna. Co, jak on zaraz się zorientuje, że jestem podpita? 
- Hej, coś się stało? Skarbie... - Marco podszedł do mnie i mnie objął od tyłu. Złożył pocałunek na moim policzku... i nagle odsunął głowę. 
- Lidia, Ty znowu piłaś - powiedział z wyrzutem. - A Twoje włosy pachną dymem tytoniowym! 
- Marco, nie będę się wykręcać - powiedziałam drżącym głosem. - Ja już po prostu nie daję rady! To jest silniejsze ode mnie! Masz pojęcie, jak się czuję? Wiesz, jaki dziś miałam nocny koszmar przez Alberta?!
Opowiedziałam mu prędko o śnie, o tym, że ten nocny koszmar wprawił mnie w niesamowicie podły nastrój. Marco mnie cierpliwie słuchał, jednak w końcu i on się odezwał.
- Skarbie, ja rozumiem, że jest Ci ciężko. Ale to, co Ty robisz, to najprostsza droga do alkoholizmu i nałogowego palenia - powiedział mój chłopak. - Nie tędy droga! Powinnaś serio pójść do jakiegoś psychologa, to...
- Marco! Czy Tobie się płyta zacięła?! - zdenerwowałam się. 
- Kochanie, Ty potrzebujesz pomocy - powiedział Marco. - I to fachowej pomocy! Nie wolno Ci się tak upijać czy palić fajek, jak tak będziesz postępować, to zniszczysz sobie zdrowie, rozumiesz?! Hej... a co to jest? - ku mojemu przerażeniu, Marco chwycił mnie za rękę i zobaczył wyryte na niej dwie sznyty.
Marco ujął mnie za brodę i spojrzał na mnie poważnym wzrokiem.
- Lidia, co to jest?! Nie wygląda mi to na podrapanie! Czy Ty się okaleczasz?! 
Nie wiedziałam, co mu na to odpowiedzieć, więc tylko spuściłam głowę. 
Mojemu ukochanemu opadły ręce, zaczął chodzić w tę i z powrotem po moim pokoju. Wyglądał na zdenerwowanego. Przysiadłam na sofie, wyczuwałam, że zaraz będzie niemała afera...
Marco w końcu usiadł obok mnie, spojrzał mi prosto w oczy.
- Dziewczyno, czy Ty chcesz się zniszczyć? Dlaczego nie pozwalasz sobie pomóc? Nie widzisz, że są osoby, którym naprawdę na Tobie zależy?! Pewnie wyszłaś na ten spacer, aby znów się napić, tak?
Zanim zdążyłam zareagować na to jego ostatnie, dość podłe pytanie, chwycił moją torbę i zaczął ją przeszukiwać. 
Oczywiście odnalazł w niej niedopite wino, zaczął mi machać butelką przed nosem.
- Co to jest?! - zdenerwował się. - Lidia, jak Ty możesz?! Jak tak dalej będziesz postępować, w końcu wylądujesz w szpitalu z zatruciem alkoholowym! Tego właśnie chcesz? 
Marco był naprawdę wkurzony, on już nie mówił do mnie normalnym, spokojnym głosem, on na mnie krzyczał.
- Jak masz na mnie krzyczeć, to lepiej wyjdź stąd - powiedziałam. Miałam chęć wybuchnąć szlochem.

- Do słuchu chciałbym Ci przemówić, ale mam wrażenie, że nic sobie nie robisz z tego, co mówię - powiedział ostrym głosem Marco, po czym poderwał się z sofy i wyszedł, nie oglądając się na mnie. 

____________________________ 



Jeszcze trochę przeciągnęłam tę akcję... :3 
Jednak mam nadzieję, że rozdział Wam się podoba. 
80 obserwatorów o.O aż łzy szczęścia stają mi w oczach. 


I już całkiem niedługo zaczyna się rok szkolny... bosz. Nie mam najmniejszej ochoty na powrót do nauki -.- 
Ale jest coś jeszcze, co mnie martwi. Mianowicie mój prawie że skrajnie nieśmiały charakter. 
Dziś poszłam do sekretariatu w technikum, żeby oddać zaświadczenie lekarskie, i zapytać jeszcze o pewną sprawę, a sekretarka do mnie "Co się tak trzęsiesz, nie gryzę..." itp itd. 
Czemu ja nie potrafię się wyluzować, być bardziej otwartą na ludzi? -.- nie potrafię przełamać tych swoich lęków. Ludzie mnie zwyczajnie przerażają -.- czyżby to fobia społeczna? Oby nie -.-
Będzie mi ciężko w tej nowej szkole.


Okej, nie zanudzam Was więcej sobą. 
Liczę na motywujące komentarze :) 

Pozdrawiam ciepło!
WildChild