piątek, 9 sierpnia 2013

Rozdział 53.

*oczami Marco*


- Że co?! – wyrwało mi się.
- Co się dzieje? – z kuchni przybiegła Ewa. Za nią przybiegli Łukasz i Mario.
- Lidia nie żyje! – krzyknęła wyraźnie przerażona Sara.
- Dziecko, co Ty opowiadasz?! – przeraziła się Ewa.
Wszyscy pobiegliśmy na górę, a tam… w łazience leżała nieprzytomna Lidia. Serce zaczęło mi mocniej bić na ten widok. Co, jeśli Sara mówiła prawdę?!
Uklęknąłem przy niej, sprawdziłem puls i oddech mojej ukochanej. Ale od razu także pojąłem, dlaczego leży tu nieprzytomna – wyczułem papierosy i… wódkę. Ona musiała się zwyczajnie upić.
- Ona żyje – powiedziałem – ona się zwyczajnie upiła i padła.
- Dziecko, ależ nam strachu narobiłaś – powiedziała Ewa do córki.
- Przepraszam – powiedziała skruszona Sara.
- Nie szkodzi! Ona miała prawo tak pomyśleć – powiedział Łukasz. – Jak to, upiła się?! To niemożliwe!
Łukasz pochylił się nad nieprzytomną Lidią, również wyczuł od niej używki.
- Marco mówi prawdę – powiedział. – Pewnie chciała skorzystać z toalety, zapewne już była nieźle podpita i straciła tu przytomność.
- Ale dlaczego ona to zrobiła?! – Ewa złapała się za serce.
Przyszedł nam wszystkim do głów tylko jeden powód. Lidia zapewne chciała utopić smutek w alkoholu.
Poczułem jeszcze większą wściekłość na Alberta… dlaczego ja wtedy go nie zabiłem?! Och, gdybym teraz go zobaczył, nie wahałbym się ani chwili!
- Moje biedactwo – rozczuliła się Ewa – może my powinniśmy jechać z nią na pogotowie?! Co, jeśli to zatrucie alkoholowe?! Kto wie, czy ona nie przesadziła?
- Oddech ma równy – powiedział Łukasz. – Puls również wydaje się być prawidłowy.
- Może zanieśmy ją do jej pokoju – powiedziałem drżącym głosem.
- Racja – pokiwała głową Ewa.
Wziąłem moją dziewczynę na ręce, i zaniosłem ją do jej pokoju. Położyłem ją delikatnie na łóżku.
Na parapecie dostrzegłem butelkę wódki oraz papierosy. Doznałem szoku. Ona w taki sposób leczyła gorycz i smutek, który nią zawładnął!
Do pokoju zajrzała Ewa.
- Marco, ja po prostu się o nią boję – powiedziała roztrzęsiona. – To taka wrażliwa dziewczyna, ona to tak strasznie przeżywa. Ale żeby smutek topić w alkoholu?! Ona zniszczy swój organizm, a ten okrutnik który jej wyrządził tę krzywdę, nie jest tego wart!
- Dobrze mówisz, Ewa – powiedziałem – ona potrzebuje fachowej pomocy. Ale nie zmusimy jej do terapii. Ona musi tego chcieć. Jednak nie możemy pozwalać jej się doprowadzać do takiego stanu, jak teraz…
- Dokładnie – pokiwała głową Ewa. – Trzeba będzie z nią porozmawiać, gdy się obudzi. Boże, jak przykro mi widzieć ją w takim stanie… - Ewie aż łzy cisnęły się do oczu. Nie dziwiłem się jej.
Zeszliśmy na dół, gdzie byli już Łukasz i Mario.
- Musimy jakoś pomóc Lidii się wykaraskać z tego koszmaru – powiedział Łukasz.
- Właśnie! Ona nie może niszczyć się alkoholem i papierosami – przyznałem mu rację. – Niech ona się jak najszybciej obudzi!
- Jeśli chcesz, możesz iść do jej pokoju i tam poczekać. Nie wyganiamy Cię – powiedział Łukasz. - Sam również mam nadzieję, że ona się szybko obudzi.
- Dobrze – odparłem. – Mario, chodź ze mną, dobrze?
Mario pokiwał głową i poszliśmy do pokoju Lidii.
Przysiedliśmy na małej sofie, jaką miała w pokoju moja ukochana. Serce mi się krajało.
- Wszystko przeze mnie, Mario – wyszeptałem tonem pełnym bólu. – Przeze mnie Lidia cierpi.
- Przestań! Wcale nie przez Ciebie – Mario próbował mnie pocieszyć. – Nie możesz się o to obwiniać!
- Koszmar znów do niej wrócił. W dzieciństwie cierpiała przez ojca i śmierć matki, teraz, w dorosłości, znów cierpi. I to przeze mnie! A tak bym chciał dać jej szczęście – żaliłem się.
- Powtórzę się, i będę powtarzał do skutku, że to nie jest Twoja wina – powiedział łagodnie Mario. Jego anielska cierpliwość była czymś niesamowitym. Zawsze u niego podziwiałem tę cechę. – Ona Cię kocha, Marco. Ty po prostu bądź przy niej i wszystko będzie dobrze...
- Obyś miał rację - powiedziałem cicho. Mario mnie przytulił, tak jak zawsze. Jego towarzystwo dawało mi siłę, wiarę, chęć do walki. Dlatego zawsze, we wszystkich krytycznych sytuacjach, tak bardzo pragnąłem jego wsparcia - bo ono zawsze dawało mi najwięcej. 
Siedzieliśmy tak, czas mijał, Lidia dalej spała. 
- Marco, muszę Cię zmartwić, ale już muszę się zbierać - powiedział smutno Mario. - Już późne popołudnie. Chociaż w takiej krytycznej sytuacji najchętniej zostałbym tutaj, z Tobą. 
- Rozumiem Cię, Mario - powiedziałem. - W ogóle, to dziękuję, że przyjechałeś chociaż na te kilka godzin. Wiele mi to dało.
- Nie dziękuj - Mario znów mnie objął. - Mam nadzieję, że niebawem znów się spotkamy i to na dłużej.
- Ja również mam taką nadzieję - odparłem. - Gdybyś mnie dziś nie wspierał, mógłbym się totalnie załamać...
- Marco, pamiętaj, jakby coś, to dzwoń, moja komórka jest zawsze włączona - powiedział Mario. - Odprowadzisz mnie do auta? 
Pokiwałem głową i zeszliśmy na dół. 
- Gdzie idziecie? - zapytała Ewa, która akurat zamiatała w hallu. 
- Muszę wracać do Monachium - westchnął Mario. 
- Ach, rozumiem - powiedziała Ewa. 
- Co? Mario, już jedziesz? - w hallu nagle pojawił się Łukasz.
- Tak. 
- Szkoda, że nie możesz zostać na dłużej! Ale zapewne jutro trening, co? 
- Właśnie - pokiwał głową Mario.
Wyszliśmy wszyscy na zewnątrz, nadszedł czas pożegnania. 
- Szerokiej drogi - powiedział Łukasz. Uścisnęli sobie ręce, po czym Mario rzucił mi się w objęcia. 
- Marco, proszę Cię, trzymaj się dzielnie, wierzę, że Ty i Lidia dacie radę - powiedział. - Będę duchem z Wami. 
- Zrobię, co w mojej mocy - powiedziałem. - Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. 
- Nie ma sprawy - powiedział Mario. - I pamiętaj, zawsze możesz do mnie zadzwonić! 
- Pamiętam - powiedziałem. 
Uścisnąłem go jeszcze raz, rozstanie przychodziło mi z trudem. W końcu Mario zasiadł za kierownicą swojego auta i odjechał. 
Odprowadziłem wzrokiem odjeżdżający samochód. 
Łukasz poklepał mnie po ramieniu. 
- Podziwiam Was - powiedział - siła Waszej przyjaźni jest niesamowita.
- To prawda - pokiwała głową Ewa.
- I nie macie pojęcia, jak bardzo się z tego cieszę - powiedziałem.
- Chodźmy wypić herbatę - powiedziała Ewa. 
Poszliśmy zatem z powrotem do domu. 







*** 






- O cholera... - to była moja pierwsza myśl po przebudzeniu. - Moja biedna głowa!
Uniosłam moją bolącą głowę, zauważyłam, że jestem u siebie w pokoju. Jak ja się tu znalazłam? 
Pamiętam, że poszłam do łazienki, a potem... film mi się urwał. Ktoś musiał mnie zauważyć nieprzytomną i tu przynieść. Tylko kto?! 
Pewnie Łukasz i Ewa. Na pewno już są w domu. 
Zwlokłam się z łóżka, wyciągnęłam z szuflady tabletki przeciwbólowe. Zażyłam dwie sztuki, gdyż moja głowa aż pękała od bólu.
Uświadomiłam sobie, iż naprawdę zaszalałam z tym alkoholem. Upiłam się aż do nieprzytomności. Nie chciałam tego, jednak tak niefortunnie wyszło. Stan upojenia alkoholowego jednak coś dał - chociaż na pewien czas zapomniałam o tym okropnym, koszmarnym, przerażającym zdarzeniu... 
Teraz znów wspomnienia wróciły. Łzy stanęły w oczach na samą myśl. 
Podreptałam do łazienki, uczesałam włosy, przemyłam twarz, doprowadziłam się do względnego porządku. 
Postanowiłam zejść na dół. Wiedziałam, że Łukasz i Ewa nie będą zachwyceni tym, co zrobiłam. 
Oby tylko Marco się nie dowiedział... 
Poszłam do salonu, jednak Łukasz i Ewa nie byli sami! Towarzyszył im... właśnie Marco, który zapewne wiedział już o wszystkim. 
- Mój Boże! Lidia, dziewczyno, coś Ty z sobą zrobiła?! - takimi słowami przywitała mnie Ewa. W jej głosie było słychać roztrzęsienie i żal. 
- Nie tak to miało wyglądać. Nie chciałam upić się do nieprzytomności. To po prostu tak wyszło - powiedziałam cicho. 
- Mogłaś się zatruć tym alkoholem - powiedział Łukasz. 
- Lidia, czy Ty wiesz, ile strachu przysporzyłaś? - odezwał się mój ukochany. - Myślałem, że zawału dostanę. Łukasz dobrze powiedział, mogłaś się otruć tym alkoholem! Mogłaś zwyczajnie umrzeć!
- No i co? Nie byłaby to wielka strata - chyba diabeł podpowiedział mi te słowa, które spotkały się z ostrą reakcją... 
- Ty chyba oszalałaś - krzyknął Marco - jak możesz tak mówić? Lidia, nie poznaję Cię! Ty... 
- Marco! Nie krzycz na nią - zwróciła mu uwagę Ewa i spojrzała na niego mocnym wzrokiem.
- Przepraszam - powiedział Marco. - Niepotrzebnie się uniosłem.
- Was nic nie obchodzi to, jak się czuję, co przeżywam - krzyknęłam. - Chciałam sobie trochę ulżyć, czy Wy nie pojmujecie?! Dlaczego mam cały czas myśleć o tym, co mnie spotkało?! 
- Ale kochana, to nie tędy droga! - powiedział Łukasz. - Alkohol nie jest dobrym rozwiązaniem! Papierosy również. To tylko chwilowa odskocznia. Nie masz pojęcia, jak łatwo uzależnić się od tych używek. Zniszczysz tylko swój organizm. Naprawdę, nie warto! 
- Chyba nie sądzisz, że będę alkoholiczką?! W końcu ból przestanie być świeży, minie trochę czasu - wypaliłam. 
- Tak Ci się tylko wydaje, że będziesz to wszystko kontrolować - powiedział Marco. - To niemożliwe. Wielu ludziom wydaje się, że panują nad piciem, ale jednak oszukują samych siebie. Lidia, nie chcemy, żeby to spotkało Ciebie! Niech to będzie pierwszy i ostatni raz! Powinnaś się zapisać na terapię, która naprawdę by Ci pomogła. Wiesz, że...
- Coś Ci mówiłam na ten temat! - krzyknęłam - nie denerwuj mnie! Nie rozumiesz, że ja wstydziłabym się obcym o tym opowiadać?! Tylko bardziej by mnie to dobiło, niż mi pomogło! 
Miałam straszną ochotę wrzeszczeć, wszyscy, i wszystko mnie denerwowało. Może to przez bolącą głowę? 
- Szkoda, że się obudziłam - wycedziłam - gdy spałam, było po prostu wspaniale. 
- Lidia, nie wierzę w to co mówisz - powiedział łamiącym się głosem Marco.
- To uwierz - mruknęłam i wyszłam z salonu. Jednak przystanęłam i zaczaiłam się pod drzwiami, gdyż usłyszałam, że zaczynają o mnie rozmawiać... 
- Nie poznaję jej po prostu. Co się dzieje z moją kochaną Lidią? - pytał załamany Marco.
- Jest dalej w szoku po tym, co ją spotkało. I na pewno okropnie boli ją głowa - powiedziała Ewa. - Poza tym, do tego dochodzi jej wrażliwość i to, jak ciężko przeżywa tę sytuację. Nie bierz na serio tego, co mówiła.
- Nie mam zamiaru - powiedział Marco. - Nie możemy jej pozwolić na kolejny taki alkoholowy wybryk. Ona mogła dziś przypłacić życiem to alkoholowe upojenie! 
- Dokładnie - powiedział Łukasz. - Wiesz co? Idź do niej, porozmawiajcie w cztery oczy.
- Racja - powiedział Marco. - Łatwo się nie poddam... 
- Nigdy się nie poddawaj - powiedział Łukasz. 
Pobiegłam szybciutko na górę. Marco chwilę później przyszedł. Ja zwinęłam się w kłębek na łóżku... 
- Kochanie, porozmawiajmy - usłyszałam Marco. Po chwili poczułam jego dłoń na moim ramieniu.
- Masz zamiar prawić mi kazania?
- Nie - powiedział Marco. - Skarbie, ja po prostu martwię się o ciebie. Pragnę tylko twojego dobra. Proszę cię, nie doprowadzaj się więcej do takiego stanu!
- Marco, ja wiem, że postąpiłam niesłusznie - powiedziałam - ale dzięki temu choć na chwilę zapomniałam o wszystkim. Tobie na pewno też wiele razy zdarzało się zapijać smutki! 
- Nie było to właściwym rozwiązaniem - powiedział Marco. 
- Nie masz pojęcia, jak ja się czuję - powiedziałam. Prawie zaczynałam płakać, już łzy zaczęły cisnąć mi się do oczu. - Nie zdajesz sobie sprawy, co przeżywam! Wy wszyscy myślicie, że jakiś psycholog od razu pomoże mi dojść do siebie?! 
- Może nie tak od razu, ale powoli na pewno dochodziłabyś do siebie - powiedział Marco. 
- Daj spokój - machnęłam ręką. 
- Błagam Cię, nie upijaj się tak więcej - powiedział Marco. - Nie rób mi tego. Jeśli poczujesz, że dopada Cię podły nastrój, po prostu porozmawiaj z kimś. Wiesz, że ja zawsze znajdę czas dla Ciebie. Jeśli akurat będę na treningu, zawsze Ewa jest dla Ciebie dostępna. Ale tak poza tym, zrezygnowałbym z każdej imprezy czy spotkania, żeby tylko z Tobą się spotkać!
Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc tylko spuściłam głowę, po moich policzkach stoczyły się dwie wielkie, słone łzy. 
- Chodź do mnie - Marco przysunął się do mnie i przytulił mnie mocno. Wczepiłam się w niego najmocniej, jak się da. Tak bardzo go kochałam i nie chciałam go stracić. 
Ale czy jego uczucie przetrwa tę próbę? Czułam to, wiedziałam to, że nie podniosę się tak szybko. Minie wiele dni, a może i miesięcy, zanim dojdę do siebie. 
A on... czy on będzie chciał wiecznie trwać przy takiej zasmuconej, znerwicowanej i niewesołej dziewczynie? 
Może myślę słusznie, albo po prostu wyobrażam sobie Bóg wie co. Pogubiłam się w tym natłoku myśli... 






*** 







Około dwudziestej Marco uznał, że musi wracać do domu. Jutro czeka go znów trening, musi nieco odpocząć.
- Jutro znów do Ciebie zajrzę - powiedział. - Trzymaj się, kotku. 
- O której macie trening? - spytałam.
- O dziewiątej zaczynamy - powiedział Marco. - Pewnie około piętnastej lub szesnastej koniec. 
- Rozumiem - odparłam.
- Ale to rekwiruję - powiedział Marco, i zabrał leżące na parapecie papierosy oraz wódkę. 
- Ej no! - pisnęłam. - Zostaw chociaż fajki...
- Mowy nie ma - powiedział stanowczo Marco. - W tej kwestii będę nieubłagany. Nie pozwolę Ci się tak upijać, jak dzisiaj!
- Zabierzesz mi, i co? Sam się upijesz - powiedziałam.
- Wcale nie - Marco schował szlugi do kieszeni, i poszedł z butelką alkoholu do łazienki. Wylał jej zawartość do umywalki! 
- Wariacie, ja kupiłam to ze swoich oszczędności, a ty co? - wkurzyłam się.
- Wynagrodzę ci to w potrójny sposób! - powiedział Marco. - Obiecuję.
- Oj, Marco, Marco - westchnęłam.
Nie miałam siły ani chęci na kłótnie. Na szczęście, miałam jeszcze jedną paczkę papierosów i butelkę wódki, ukryte na wszelki wypadek. 
Postanowiłam odprowadzić Marco do drzwi. Ewa i Łukasz, a także Sara, przebywali w salonie. 
- Ja już się zmywam - powiedział Marco do nich. 
- W takim razie do zobaczenia na treningu - powiedział Łukasz.
- Do zobaczenia - powiedziała Ewa.
- Na razie! - zawołała też mała Sara. 
- Cześć Wam - powiedział Marco. 
Marco założył swoje buty, ja nałożyłam klapki Ewy i poszłam z Marco do furtki. Zaczerpnęłam nieco świeżego powietrza.
- To co? Do zobaczenia jutro, kochanie - powiedział Marco i przytulił mnie. Złożył delikatny pocałunek na moim policzku. - I proszę Cię, błagam Cię, nie rób głupstw!
Widocznie całus w policzek mu nie wystarczył, gdyż zaczął muskać moje usta, aż w końcu się w nie wpił. Nie protestowałam, podjęłam pocałunek. Po chwili Marco oderwał się od moich ust i spojrzał mi w oczy.
- Widzimy się jutro. Pamiętaj, że Cię bardzo kocham - powiedział.
- Ja Ciebie też - powiedziałam.
Marco wypuścił mnie z ramion i odszedł. Odprowadziłam go wzrokiem...
Za moment poszłam do domu, od razu pomknęłam do swojego pokoju. Nie czułam się specjalnie pocieszona. Dalej miałam chęć jakoś ulżyć swojemu cierpieniu. 
Zajrzałam do szuflady. Na jej dnie leżał mały scyzoryk. Wzięłam go.
Przyłożyłam go do swojej lewej ręki. Nie zastanawiając się długo, wykonałam nim dwie krótkie rysy na niej... 
Moim oczom ukazała się krew. Jednak ja nie czułam bólu... tylko ulgę. 

____________________________ 


Jeszcze Was trochę Lidia podenerwuje :3 
Mam nadzieję, że rozdział się podoba. :) 

Już jutro mecz! Wy też czekacie z utęsknieniem? *.* 

Czekam na komentarze! :) 

Buziaki!
WildChild






Te zdjęcie miażdży system :3 
Ach ten nasz Marco ;> 








wtorek, 6 sierpnia 2013

Rozdział 52.

Wróciłam do domu. Jednak zanim było mi dane pójść do pokoju i zamknąć się w nim, czekała mnie rozmowa z Łukaszem i Ewą. 
Gdy wchodziłam, w hallu akurat kręciła się Sara.
- O, Lidia! - zawołała radośnie, i rzuciła mi się na szyję.
- Hej, kochana - wymusiłam lekki uśmiech na swojej twarzy i przytuliłam małą. Ona była nieświadoma niczego, szczęśliwa i roześmiana. Aż jej pozazdrościłam.
- O, nasza Lidia wróciła - Łukasz przyszedł do hallu. 
- Wróciła, wróciła - westchnęłam.
Poszliśmy do salonu, w którym przebywała już Ewa i oglądała TV. 
- O, już jest nasza Lidia - powiedziała z aprobatą. 
- Całe szczęście - odparłam.
- Chcesz może coś zjeść, lub napić się czegoś?
- Nie, dzięki - odparłam. 
- W ogóle, jak twoje samopoczucie? - spytała mnie poważniejszym tonem. - Mam nadzieję, że...
- Daj spokój, lepiej nie mówić - przerwałam jej. - Dalej czuję się po prostu strasznie, nawet jeżeli tego nie okazuję.
- Doskonale Cię rozumiem, Lidia - powiedziała Ewa współczująco.
- Kto tego sam nie przeżył, raczej nie zrozumie - stwierdziłam.
Zaczęłam ziewać, poczułam się nieco senna. Ostatnie dni wykończyły mnie nie tylko psychicznie...
- Pójdę się położyć - powiedziałam - zmęczona jestem. Poza tym, pragnę teraz jakiś czas pobyć zupełnie sama!
- Dobrze - powiedziała Ewa - odetchnij trochę, dobrze ci to zrobi. 
Poszłam do swojego pokoju. Jakże dawno mnie tu nie było! Przysiadłam sobie na łóżku, omiotłam wzrokiem całe pomieszczenie.
Tu czuję się bezpiecznie, tu nikt nie zrobi mi krzywdy. Żaden furiat czy gwałciciel mnie tu nie dorwie...
Drzwi zamknęłam, zaczęłam cieszyć się i upajać samotnością. Zajrzałam do torby, wódka od razu zaczęła mnie kusić. Podobnie jak papierosy. 
- Wreszcie - pomyślałam - choć na chwilkę zapomnę...
Nagle ktoś zapukał do mojego pokoju. To Ewa przyszła. 
- Kochana, my pójdziemy załatwić parę spraw, wiesz, zakupy i parę innych - powiedziała. 
- Nie ma problemu! Idźcie - powiedziałam. - Nie musi przecież ktoś cały czas przy mnie siedzieć. Nie mogę cały czas skupiać uwagi na mojej osobie dlatego, że... - i tu załamał mi się głos.
- Postaramy się szybko wrócić - powiedziała Ewa. 
- Nie musicie się śpieszyć - powiedziałam - ja sobie poradzę.
- Mam nadzieję - powiedziała Ewa. - Trzymaj się!
- Dzięki - odparłam.
Ewa wyszła, niebawem cała rodzina Piszczków pojechała na miasto. Zostałam sama, ku mojej uciesze. 
Wyciągnęłam wódkę i colę z torby, zrobiłam sobie drinka. Na jednym jednak nie poprzestałam...
Niebawem poczułam, jak kręci mi się w głowie. Otworzyłam okno. Wyciągnęłam z torby paczkę papierosów i odpaliłam sobie jednego. 
Poczułam, jak wszystko robi mi się obojętne... Stałam przy tym oknie, paląc papierosy i popijając je kolejnymi szklankami coli z wódką... 







***


*oczami Marco*




Usiedliśmy sobie z Mario w salonie, zaparzyłem nam kawy. 
- Bardzo jesteś zmęczony? - zapytałem. - Kawał drogi przejechałeś.
- E tam, na twarz nie padam - powiedział Mario. 
- To nieźle - wymamrotałem. 
- Marco, opowiadaj, co Ci na sercu leży. Chciałbym ci pomóc poczuć się lepiej - powiedział Mario, objął mnie przyjaźnie ramieniem. 
- Mario, ja martwię się o Lidię. Ona tak bardzo to wszystko przeżywa - powiedziałem. 
- Ona powinna zgłosić się na jakąś terapię - powiedział Mario.
- Mówiłem jej to, ale ona nie chce nawet o tym słyszeć - powiedziałem. - Przecież zmusić jej nie mogę. 
- Chociaż za jakiś czas - zasugerował Mario. - Ale przede wszystkim musisz być przy niej...
- Wiem, Mario, wiem - westchnąłem. - Ona jest taką wrażliwą dziewczyną. Tak łatwo ją zranić. Mam nadzieję, że ojciec dostanie najwyższy wymiar kary!
Jak mogłem go wpuścić pod swój dach?! Gdybym wtedy nie przyszedł, możliwe, że niczego bym się nie dowiedział, on tak zastraszył Lidię. Mario, to wszystko moja wina, przeze mnie Lidia cierpi! 
- To nie jest twoja wina, już ci to mówiłem - powiedział łagodnie Mario. - Skąd mogłeś wiedzieć, że on okaże się takim bydlakiem? Przecież gdy go przyjmowałeś do domu, wydawał się być kompletnie normalnym człowiekiem, tak? 
- Mogłem go nie przyjmować, chociażby z tego powodu, że przed laty mnie zostawił samego. Mario, ty o tym wiesz najlepiej, ty znasz każdy fakt z mojego życia - powiedziałem. - Co mną pokierowało, że mu uległem?! Do tego, straciliśmy dziecko. A ja tak chciałem, żeby Lidia je urodziła i żebyśmy byli rodziną. Ale Albert wszystko zniszczył - postanowiłem już nie nazywać tego człowieka swoim ojcem... 
- Każdy normalny człowiek na twoim miejscu czułby to, co ty - powiedział Mario tonem pełnym współczucia. - Wiem, czemu tak chciałeś tego dziecka. 
- Właśnie! Ty wiesz najlepiej - powiedziałem. - Dbałem o Lidię, nie pozwalałem jej tykać alkoholu czy papierosów. Ale to jednak na nic się zdało... - powiedziałem łamiącym się głosem. - Albert wszystko zniszczył. 
- To jest skończony dupek - powiedział Mario. 
- Nie mam już ojca - powiedziałem - nie chcę tej osoby widzieć już na oczy, nie chcę znać tego sukinsyna! 
- Słusznie - powiedział Mario. - Marco, nie masz pojęcia, jak Ci współczuję. Znalazłeś się w takiej potwornej sytuacji. Ale też Cię podziwiam, naprawdę dzielnie wszystko znosisz. Wielu facetów mogłoby uciec na twoim miejscu, a ty jesteś cały czas przy Lidii, wspierasz ją i dajesz radę. No, ale Tobie też jest potrzebne wsparcie, co jest czymś zrozumiałym... 
- Dlatego też jestem ci wdzięczny, że przyjechałeś - powiedziałem i przytuliłem się do niego. Przytulanie zawsze chociaż minimalnie polepsza mi nastrój. 
Mario poklepał mnie po plecach, starał się pocieszyć. Chociaż i on, i Lidia, mówili mir, że nie ma w tym mojej winy, ja czuję, że jednak jestem współwinny temu podłemu zdarzeniu. Nie wiem, czy kiedyś pozbędę się tego odczucia... 
Siedzieliśmy tak, nie zwracając uwagi na zegar. Obecność Mario zawsze miała dobry wpływ na mnie, tym razem nie było inaczej. 






*** 




- O mój Boże - pomyślałam - ale w bani mi się kręci... 
Wypiłam niemałą ilość tych drinków. Spaliłam do tego pół paczki papierosów. Nie mam już o kogo dbać, nie mam już dziecka pod sercem... a o swoją własną osobę niespecjalnie się martwiłam... 
Zresztą, komu jeszcze na mnie zależy?! Ewa i Łukasz na pewno mnie nie porzucą, ale Marco? Nie wiem, skąd mi taka myśl do głowy przyszła, ale wyobraziłam sobie, że on może mnie... zostawić. Tak! Bo po co mu taka smutna, znerwicowana dziewczyna, kiedy on może mieć każdą? O wiele odważniejszą, bardziej wyszczekaną i zawsze szczęśliwą. Czy jego uczucie przetrwa tę próbę? Ponoć faceci często nie są stali w uczuciach...
Gdy tak sobie ponuro pomyślałam, sięgnęłam po kolejnego papierosa. Alkohol mocno uderzył mi do głowy... 
Spojrzałam w lustro - zobaczyłam w nim pijaną, smutną, zrozpaczoną dziewczynę, z bladą twarzą i rozczochranymi włosami. Jakby Marco mnie teraz zobaczył, wystraszyłby się. 
Ewa i Łukasz dotąd nie wrócili. I dobrze. Chcę być sama w pustej ciszy... 
Drżącymi rękami zrobiłam sobie kolejnego drinka... 







*** 




*oczami Marco* 





Jestem niezmiernie wdzięczny losowi, że zesłał mi przed laty takiego wspaniałego przyjaciela jak Mario. Jego towarzystwo dało mi nieco siły. 
- Która godzina? - zapytałem, nie podnosząc głowy z jego ramienia. 
- Piętnasta - powiedział Mario. - Nie chcę cię martwić, ale niedługo będę musiał się zbierać... 
- Dobrze - powiedziałem - ale najpierw chodź ze mną do Lidii, błagam.
- Nie ma problemu - powiedział Mario - bierzemy mój samochód? 
- Jasne - odparłem.
Zebraliśmy się i podjechaliśmy pod dom Piszczków.
Tak się stało, że oni gdzieś byli, kiedy my podjeżdżaliśmy, oni wjechali do swojego garażu. 
Mario zaparkował auto obok bramy i wysiedliśmy.
- O, Mario, jak dawno cię nie widziałem - powiedział Łukasz, gdy się z nim witaliśmy. - Marco, pewnie z Lidią chcesz się zobaczyć? 
- Po to tu jestem - odparłem. - Ona cały czas była w domu sama? 
- Mieliśmy parę spraw do załatwienia, a Lidia prosiła o trochę samotności - wtrąciła się Ewa. - Mam nadzieję, że wszystko z nią w porządku.
Weszliśmy wszyscy do domu, panowała nieskazitelna cisza. Łukasz zaprosił mnie i Mario do ogrodu. 
- Marco, więc idź do Lidii, a z Tobą, Mario, chętnie sobie pogadam - powiedział Łukasz. - Powiedz, co tam słychać w Monachium.
Chłopaki sobie przysiedli na ogrodowej ławce, Ewa akurat w kuchni gotowała wodę i rozpakowywała zakupy. Ja swoje kroki skierowałem do pokoju Lidii.
Ale jeszcze nie zdążyłem wejść na schody, gdy nagle zauważyłem zbiegającą z nich przerażoną małą Sarę. 
- Mamo! Tato! - krzyczała - Lidia umarła! 

_________________________ 


Wybaczcie, że taki krótki, postaram się, aby następny był dłuższy. :3 
Jednak mam nadzieję, że podoba się Wam. 
Zafundowałam Wam nieco grozy, mam nadzieję, że nie rozszarpiecie mnie na strzępy za to xD 

Jak Wam wakacje mijają? U mnie... pff, szkoda gadać. Całe dnie sama w domu. Jak już kiedyś pisałam, albo przed laptopem siedzę albo TV. Gdy jest odpowiednia pogoda, wychodzę na samotną przejażdżkę rowerową. 
Mam nadzieję, że chociaż u Was jest lepiej. :) 

Okej, nie zanudzam Was więcej! Liczę na motywujące komentarze ;) Z góry dziękuję!

Buziaki!
WildChild


niedziela, 4 sierpnia 2013

Rozdział 51.

 Marco spędził cały wczorajszy dzień na pocieszaniu i tuleniu mnie. Łukasz również nie szczędził swojego wsparcia. Jednakże ten pierwszy dzisiaj gra pierwszy ligowy mecz i musi jechać z drużyną do Augsburga. Nie próbowałam go od tego odciągać. Poradzę sobie - dziś Ewa wraca do Dortmundu, między godziną dziesiątą a jedenastą powinna już tutaj być. 
Obudziłam się jakieś piętnaście minut temu. 
- O, już ósma - pomyślałam, zerkając na zegarek w mojej komórce, którą dostarczył mi Marco. 
Może jutro otrzymam wypis. Chcę jak najszybciej wrócić do domu, zamknąć się w pokoju, gdzie będę bezpieczna. Teraz boję się ludzi. Nigdy do ludzi mnie nie ciągnęło, ale po tym niewyobrażalnie koszmarnym zdarzeniu to się nasiliło. 
Nerwowy, przykry nastrój mnie nie opuszcza. Obawiam się, że nawet Marco, który zawsze jest wyrozumiały, cierpliwy i troskliwy w stosunku do mnie, wkurzy się i będzie miał mnie dość. Prawie cały czas ciekną mi łzy albo stoją w oczach, ilekroć wspomnę to feralne zdarzenie. 
Mam nadzieję, że nie będzie zbytnio rozmyślał o tej sytuacji podczas dzisiejszego meczu i skupi się na grze. 
Jutro do Dortmundu ma przyjechać Mario, w odwiedziny do mojego ukochanego. Jestem pod wrażeniem - dzieli ich sześćset kilometrów, ale oni dalej są sobie bliscy jak bracia... 
Spojrzałam na swój posiniaczony, lekko pomarszczony brzuch, w którym nosiłam dziecko. Ale ja... już nie mam dziecka... straciłam je bezpowrotnie, straciłam tę kruszynkę, której tak bardzo chciał Marco. Widziałam, jak bardzo go to boli. Ja nie mniej przez to cierpię - chciałam założyć z Marco rodzinę. Szczęśliwą rodzinę. Chciałam zaznać szczęścia, którego nie odczułam w dzieciństwie. 
Ale koszmar się powtórzył, tyle że to inna sytuacja. Jednak równie bolesna... a może nawet bardziej? 
Gdy tak sobie pomyślałam o utraconym dziecku, znów poczułam, że mam ochotę wrzeszczeć, ile sił w płucach. 
Muszę się opanować - za pół godziny obchód... Znów będą z uśmiechami na twarzach pytać, jak się czuję... 







*** 


*oczami Marco*




Obudziłem się kilka minut po siódmej. Nie mogłem dłużej spać... 
Myśl o Lidii nie dawała mi spokoju. Nawet w nocy śniła mi się Lidia. Jednak ten sen był kompletnie oderwany od rzeczywistości... 
Byliśmy tylko we dwoje na kwiecistej łące. Świeciło słońce. Byliśmy oboje roześmiani, szczęśliwi i beztroscy. Lidia zrywała polne kwiaty, z których splotła wianek i nosiła go na głowie. Była beztroska jak mała dziewczynka. Uśmiech nie schodził jej z twarzy. 
Nie wiem, jak mogło mi się to przyśnić! Jednak, gdy się obudziłem, niezmiernie pożałowałem, że to tylko sen... 
Mario wczoraj zadzwonił do mnie po południu, kiedy miał wolną chwilę. Jestem niesamowicie wdzięczny losowi, że mam kogoś takiego jak on, nawet jeżeli on mieszka pół Niemiec ode mnie. 
Ubrałem się w klubowy dres, wrzuciłem kilka niezbędnych rzeczy do plecaka i zszedłem na dół. Ze względu na zdrowy rozsądek, zjadłem pożywne śniadanie i wyszedłem z domu. Postanowiłem odwiedzić grób Roberta, zanim pójdę do klubu. 
Na cmentarz podjechałem tramwajem. 
Gdy podszedłem do mogiły mojego tragicznie zmarłego przyjaciela, poczułem się jeszcze bardziej dobity. Gdyby żył, na pewno by mnie wspierał. 
Przykucnąłem przy jego grobie, przejęty niewymowną goryczą. Wprawdzie od jego tragicznej śmierci minęło już nieco czasu, ale dalej to tkwi we mnie jak drzazga. 
- Robert... - wyszeptałem - tak bym chciał, abyś teraz był tu przy mnie. 
Jakby mnie ktoś zobaczył mówiącego do grobu, mógłby się ze mnie nabijać lub wziąć za wariata. Może to i głupie, ale ja się nieco wyżaliłem Robertowi. Wierzę, że on gdzieś tam jest, że z góry na mnie patrzy. 
- Przyjacielu - wyszeptałem cichutko - nie mogę uwierzyć, że to wszystko prawda. 
Poczułem chłodny wiatr na moich plecach. Pożegnałem spojrzeniem mogiłę Roberta i opuściłem cmentarz, skierowałem się natomiast do klubu. 








***






- Nie wiem, jak wytrzymam tu do jutra - pomyślałam - chcę do domu! 
Okropnie się czuję w tym szpitalu. Wizyta lekarzy jeszcze bardziej popsuła mi humor. Nie chcę z nikim obcym rozmawiać o gwałcie czy utracie dziecka. 
Już niedługo Ewa powinna wylądować w Dortmundzie. Marco już wyjechał do Augsburga. 
Nagle otrzymałam SMS. Od Marco! 

Hej, kochanie. Mam nadzieję, że jakoś się trzymasz. Cały czas myślę o Tobie i nie potrafię przestać. 

Uśmiechnęłam się smutno i mu odpisałam.

Marco, Ty jesteś taki kochany. Bardzo mnie cieszy Twoja troska. Ale teraz musisz się skupić na piłce. Trzymam kciuki za Ciebie. :* 


Po pięciu minutach otrzymałam odpowiedź.


Zrobię, co w mojej mocy, kruszynko. A Ty trzymaj się, bądź dzielna. Do zobaczenia! Kocham Cię :* 


Ja Ciebie też :* odpisałam szybko i odłożyłam komórkę. 


Nagle drzwi się otworzyły i do sali... przyszła Ewa. Była zapłakana. Od razu do mnie podbiegła i mnie mocno przytuliła...
- Lidia, wszystko już wiem - powiedziała łamiącym się głosem. - Łukasz mi powiedział.
- Ewa... dobrze, że jesteś - wydukałam tylko. - Tak bardzo mi Ciebie brakowało!
- Już nigdzie nie pojadę. Teraz będę przy Tobie, kochana - powiedziała moja przyjaciółka. 
Niby tylko parę dni nie widziałam Ewy, ale czułam się, jakbym kilka lat jej nie widziała.
- Nie mogę uwierzyć, że coś takiego Cię spotkało... - powiedziała cicho Ewa.
- To samo Łukasz i Marco mówili - powiedziałam. 
- Jak dobrze, że Marco cały czas był przy Tobie - powiedziała Ewa. 
- Jestem mu wdzięczna za to - mruknęłam. - Co robią Łukasz i Sara? 
- Sarę zaprowadziłam do koleżanki z przedszkola, Łukasz jest umówiony na badania, niedługo pójdzie - powiedziała Ewa. 
- Rozumiem. 
Ewa próbowała mnie pocieszać, wesprzeć, okazywała współczucie, ale nie do końca mi to pomagało. 
Jednakże to dobrze, że ktoś był przy mnie... 





***






Nic nowego się nie wydarzyło tego dnia. Ewa cały czas była przy mnie, później przyszedł Łukasz. Lekarze nakazali mu wciąż pauzować.
Łukasz wziął ze sobą tablet, aby śledzić relację z meczu.
Nieźle szło żółto-czarnym - w piętnastej minucie wyszli na prowadzenie po golu Kevina. 
Mojego ukochanego nie zabrakło w pierwszym składzie. Widać, że jest bardzo potrzebny Borussii.
Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 3:1 dla drużyny z Dortmundu. Marco również wpisał się na listę strzelców. 
Gdyby nie to wszystko... teraz zapewne byłabym razem z Ewą na stadionie w Augsburgu, wspólnie byśmy się cieszyły z sukcesu chłopaków. 
- Dali radę - powiedział Łukasz, wyłączając tablet. - Trzy punkty jadą do Dortmundu.
- Nie potrafię się tym cieszyć - westchnęłam ponuro. 
- My to rozumiemy, kochana - powiedziała Ewa współczującym tonem.
- To dobrze - odparłam. - Wdzięczna wam jestem, za to że siedzicie tu ze mną niemal cały dzień. 
- Jesteś dla nas jak rodzina, musimy i pragniemy Cię wspierać - powiedział Łukasz.
- Dokładnie - dodała Ewa. - Kochana, posiedzimy jeszcze trochę i będę musiała iść po Sarę. 
- Nie ma problemu - powiedziałam.
Jak powiedziała Ewa, tak uczyniła, niebawem razem z Łukaszem pożegnała się ze mną. Obiecali, że przyjdą jutro.
Zostałam sama. Nie liczyłam na odwiedziny Marco, na pewno będzie zmęczony i późno wróci.
Leżałam na wznak, wpatrując się niewesołym, tępym wzrokiem w sufit, gdy nagle moja komórka zadzwoniła. To Marco!
- Halo? 
- Hej, kochanie - powiedział Marco. - Jak tam?
- Bez zmian - jęknęłam. - A co tam u Ciebie? 
- Właśnie mamy przymusowy postój, bo opona się przedziurawiła - westchnął Marco. - Niestety, raczej już nie zdążę dziś Cię odwiedzić.
- Nie ma problemu - powiedziałam - akurat trochę ode mnie odetchniesz.
- Chyba sobie żarty stroisz - powiedział Marco.
- W takim nastroju, ja i żarty? 
- Kochanie, ponoć jutro masz dostać wypis, tak? 
- Prawdopodobnie tak - powiedziałam. - Ale jutro przecież Mario do Ciebie przyjeżdża...
- To nie kłopot - powiedział Marco. 
- Gadamy tylko cały czas o moim samopoczuciu, a jak Ty się czujesz? Bardzo jesteś zmęczony? - zapytałam.
- Twoje samopoczucie jest ważniejsze od mojego - lekko się zaśmiał. - Odczuwam średnie zmęczenie, ale nie jest najgorzej! 
- Ach, rozumiem - powiedziałam. 
- To co, kruszynko, widzimy się jutro? 
- Pewnie - odparłam.
- Muszę kończyć, jutro sobie dłużej porozmawiamy - powiedział Marco. - Do jutra, skarbie.
- Do zobaczenia, Marco - powiedziałam i rozłączyłam się. 
Troska Marco oczywiście daje mi satysfakcję... ale jednak dalej czuję potworny ból, czuję się brudna... tak cholernie mnie to uwiera, nie pozwala żyć, jak dawniej. 
Odłożyłam telefon, i znów zaczęłam wpatrywać się w sufit, analizować w myślach wszystko po kolei... i tak do późnego wieczora... 







***







Gdy się obudziłam w niedzielny poranek... zauważyłam, że obok mojego łóżka siedzi Marco!
- Marco? Co Ty tu robisz tak wcześnie? - zdziwiłam się.
- Spać nie mogłem - powiedział. - Siedzę tu już od piętnastu minut.
- A która jest godzina? 
- Dziesięć po ósmej. 
- To za pół godziny obchód. I bardzo możliwe, że wtedy otrzymam wypis - powiedziałam. 
- Świetnie - powiedział Marco. - Przyniosłem Twoją torbę. 
- To dobrze - powiedziałam - trzeba się przebrać.
Poszłam do łazienki, umyłam się, ubrałam i uczesałam, jednak wcale nie wyglądałam lepiej. Smutku w oczach prędko się nie pozbędę... 
Wróciłam do Marco, który wpatrywał się w swoją komórkę.
- O której przypuszczalnie przyjedzie Mario? - spytałam.
- Już jest w drodze - powiedział Marco - już jest blisko. Za jakąś godzinę powinien już być w Dortmundzie.
- Marco... mam do Ciebie ważne pytanie. Czy Ty mu mówiłeś, co mi się przydarzyło? 
Marco niespodziewanie zbladł, spojrzał na mnie z lekkim przestrachem... 
- Nie będę kłamał, nie potrafię Cię okłamywać - zaczął - ja...
- Powiedziałeś mu! Dlaczego?! Marco, coś Ty narobił?! Ja nie chcę, żeby teraz wszyscy o tym gadali! Marco, jak Ty...
- Skarbie, on nikomu tego nie powie. Znam go od lat, on nigdy nie zrobił mi świństwa - powiedział błagalnie Marco. - Musiałem się komuś wyżalić, ja się czuję winny temu, co się stało. Zrozum też mnie. Kochanie, uwierz, jemu można ufać w stu procentach! 
- Dobra, dobra - mruknęłam - zobaczymy, co to będzie. Jeżeli wszyscy zaczną o tym plotkować, to inaczej pogadamy.
- Daję sobie rękę obciąć, że Mario dotrzyma tajemnicy - powiedział z mocą Marco.
- Zobaczymy - wymamrotałam.
- Kochanie, błagam, nie gniewaj się - powiedział Marco, usiadł obok mnie i objął mnie ramieniem. 
- Nie gniewam się, ale Ty nie możesz o tym rozpowiadać na prawo i lewo - powiedziałam.
- Nikt więcej się nie dowie, przyrzekam Ci - powiedział Marco.
- Trzymam Cię za słowo.
Niebawem przyszli lekarze, zamieniłam z nimi kilka słów i faktycznie, otrzymałam wypis. Wreszcie mogę opuścić mury tego szpitala, wrócić do ukochanego domu! 
Wysłałam Ewie SMS, że wypisali mnie do domu i że pójdę do Marco. Mój ukochany namówił mnie do tego, chciał spędzić trochę czasu tylko ze mną. 
Przystałam na to i pojechaliśmy do jego domu. Od razu poszliśmy do ogrodu, nie miałam nawet ochoty patrzeć na pomieszczenia, w których ten zwyrodnialec Albert robił mi krzywdę... Przynajmniej nie teraz. 
Usiedliśmy na ławeczce stojącej wśród krzewów pięknych róż. 
- Jak się czujesz, kochanie? - zapytał Marco.
- Wcale nie lepiej - westchnęłam. - Uwierz, że jeszcze mnóstwo czasu będę nieszczęśliwa.
- Może faktycznie powinnaś kiedy iść na terapię? 
- Nie! - krzyknęłam - nic mi nie mów o tym! Nie wyobrażam sobie rozmowy o tym podłym zdarzeniu z jakimiś obcymi! 
- Dobrze, dobrze - powiedział Marco - ale nie denerwuj się tak, kruszynko!
- Wybacz. Uniosłam się - powiedziałam i przytuliłam się do blondyna. 
Siedzieliśmy tak wśród kwiatów, Marco cały czas trzymał mnie w ramionach. Pocieszał mnie, jak się tylko da... 
Nagle dało się słyszeć dzwonek do drzwi. 
- To na pewno Mario - powiedział Marco i pobiegł do drzwi frontowych, ja podreptałam za nim.
Otworzył drzwi, nie mylił się.
- Cześć, Marco - powiedział przybysz, czyli Mario, podał rękę blondynowi, po czym przytulili się na przywitanie. - Wreszcie dotarłem!
- Cześć, stary, jak dawno Cię nie widziałem - powiedział Marco. - Wejdź. 
Postanowiłam, że nie będę chłopakom przeszkadzać. Marco i Mario na pewno chcą porozmawiać w cztery oczy.
- To wy porozmawiajcie sobie, a ja pójdę do domu - powiedziałam. 
- Ale potem jeszcze się spotkamy, okej? - zapytał Marco. 
- Okej, okej - powiedziałam i dałam mu całusa w policzek na pożegnanie. - Cześć Wam! 
Wzięłam torbę, nałożyłam buty i wyszłam. 






*** 






Pojawienie się Mario dziwnie mnie speszyło. Niby nie był obcą mi osobą, ale jednak się speszyłam. 
Mam ochotę o wszystkim zapomnieć... albo żeby to okazało się tylko koszmarnym snem. Żeby ktoś mnie teraz obudził i powiedział, że to wszystko tylko było snem. 
Akurat przechodziłam obok sklepu monopolowego... zajrzałam do torby, miałam w niej portfel, a w portfelu karta płatnicza. Miałam na swoim koncie jakieś oszczędności. 
- Jestem dorosła - pomyślałam - poza tym, faceci zawsze, jak mają jakieś poważniejsze problemy, topią swoje smutki. Czemu ja mam tak nie zrobić? 
Nie mam już dziecka... nie mam o kogo dbać... 
Weszłam do sklepu, wybrałam sobie dwie butelki czystej wódki. Do tego butelka coca-coli, a także dwie paczki miętowych papierosów. Zapłaciłam kartą i wyszłam. 
- Wreszcie sobie trochę ulżę - pomyślałam. 
Już miałam do czynienia z papierosami w trakcie jakichś problemów. Dawały mi ulgę. Czemu teraz miałoby być inaczej? 
Schowałam wszystko w torbie i poszłam do domu. Już na szczęście znam dobrze tę drogę. 

___________________________________ 



Mam nadzieję że Wam się podoba :) 
Teraz Lidia Was trochę podenerwuje. 
Dzięki za komentarze pod poprzednim rozdziałem i nominacje do Versatile Blogger. :) 


I znów napływ upałów... bosz -.- tragedia. 

Liczę na motywujące komentarze. Z góry dziękuję! 

Buziaki! :* 
WildChild 

czwartek, 1 sierpnia 2013

Rozdział 50.

*oczami Marco* 



Pożegnałem chłodnym spojrzeniem pannę Bieler i odebrałem telefon, cofając się do łazienki, aby móc swobodnie rozmawiać. 
- Halo? Mario? 
- Cześć, Marco. Właśnie przeczytałem Twojego SMSa - powiedział Mario. - Stary, co się...
- Wybacz, zapewne Cię obudziłem. Trzeba było zadzwonić później, kiedy będziesz miał czas i... 
- Marco, ja nie spałem, i dalej nie śpię. Całą noc siedziałem przed komputerem. - powiedział Mario. - Ale to nieważne. Mów, co się stało, bo padnę tu trupem. 
- Mario... - z całej siły się powstrzymywałem, aby nie płakać w słuchawkę. - Chodzi o Lidię... 
- Co z nią?! 
Z bólem serca opowiedziałem mu całą historię, obwiniając siebie o zaistniałą okropną sytuację. Może nie powinienem rozgadywać tej historii, ale Mario był człowiekiem, któremu mogłem przecież zaufać w stu procentach. Nikomu więcej nie miałem zamiaru niczego mówić. Chyba, że Łukaszowi albo Ewie, bo to są bliscy przyjaciele Lidii. 
Sam czuję się podle, również potrzebuję wsparcia i zrozumienia. Nie potrafię wybaczyć sobie, że wpuściłem pod swój dach tego zwyrodnialca... 
Mario nie mógł wykrztusić z siebie słowa... 
- Mario, ja sobie tego nigdy nie wybaczę. Lidia będzie miała zszarganą psychikę do końca życia z mojej winy - powiedziałem łamiącym się głosem. 
- Marco, ja... ja nie wiem, co powiedzieć - wydukał Mario. - To nie Twoja wina, stary! Skąd mogłeś wiedzieć, że to psychopata? 
- No niby racja, ale i tak czuję się winny - powiedziałem. - Aż mi się serce kraje, gdy patrzę teraz na Lidię. Jest tak roztrzęsiona i przerażona całą tą sytuacją. To taka wrażliwa dziewczyna. Nie idę na piątkowy trening, muszę być przy niej! 
- A Ewa i Łukasz wiedzą? - zapytał Mario.
- Nie. Ponoć tego ranka Łukasz wraca, Ewa nie wiem kiedy. Mam nadzieję, że jak najszybciej. Lidii przydałoby się jej towarzystwo - powiedziałem. 
- Słuchaj, Marco... my dziś gramy wieczorem z M'gladbach. Ale jutro znowuż Wy gracie z Augsburgiem! Chciałbym przyjechać do Dortmundu i trochę Cię wesprzeć... tylko kiedy by to zrobić? 
- Nie wiem, czy będę w stanie grać - powiedziałem. - Ale zdaję sobie sprawę, że potrzebują mnie... 
- Niedziela pozostaje wolna - powiedział Mario. - Mógłbym wyjechać w nocy z soboty na niedzielę i rano byłbym już w Dortmundzie! Ja i tak za Tobą bardzo tęsknię... 
- Ja za Tobą też - powiedziałem - dla mnie nie ma problemu, obawiam się, że to dla Ciebie...
- Nie, dla mnie absolutnie nie ma kłopotu. Jak mógłbym siedzieć spokojnie w domu, wiedząc, że mój przyjaciel cierpi? - przerwał mi Mario. 
- Mam nadzieję, że w sobotę Ewa już będzie w Dortmundzie! Nie chcę Lidii zostawić samej - powiedziałem. - Chociaż Łukasz i tak z Augsburgiem nie zagra, bo zwichnął kostkę. Szkoda, że gramy na wyjeździe. Gdyby mecz miał odbyć się w Dortmundzie, byłoby o wiele prościej! 
- Wiadomo - przyznał Mario. - Ale Marco, Ty nie możesz się obwiniać! To nie jest Twoja wina!
- Jak to nie?! Nie powinienem był go wpuszczać do domu, chociażby z tego powodu, że całymi latami się mną nie interesował! Nie mam pojęcia, co mną kierowało. Ten zwyrodnialec zastraszył Lidię, bała się mi cokolwiek powiedzieć... - tu głos mi się złamał.

- Jakbym miał dziewczynę i zostałaby ona zgwałcona, tak samo jak Ty, cierpiałbym razem z nią - powiedział Mario. 
- Ja jestem bardziej zdołowany przez to, że to właśnie mój rodzony ojciec to zrobił - powiedziałem. - Nie chcę już go znać, niech zapomni, że mnie spłodził. 
- W pełni Cię rozumiem - powiedział Mario. 
Porozmawialiśmy jeszcze trochę, Mario okazywał mi dużo zrozumienia i wsparcia. Jednak trzeba było niebawem kończyć. 
- Kiedy tylko znajdę chwilkę, zadzwonię - obiecał Mario. - Teraz idę pospać chociaż kilka godzin, trening mamy o trzynastej. Trzymaj się, kochany. 
- Dziękuję - powiedziałem. - Do usłyszenia i zobaczenia!
Już piąta nad ranem. Niebo zaczyna się robić coraz jaśniejsze. Niebawem wyjdzie słońce. 
Jestem wykończony i fizycznie, i psychicznie, ale chyba jednak bardziej psychicznie... Poczucie winy nie daje mi spokoju... 
Wróciłem do sali Lidii, ku mojemu zdziwieniu spała. Obok jej łóżka stała pielęgniarka.
- Podałam Lidii leki uspokajająco-nasenne, niech chociaż troszkę odetchnie - powiedziała cichym głosem. - Dobrze jej to zrobi. 
Spojrzałem na moją ukochaną, była taka bledziutka i wyraźnie wycieńczona. Może faktycznie niech trochę się prześpi. 
- Oby tylko koszmarów nie miała - powiedziałem cicho.
- O to też zadbałam, dostała pigułkę przeciwko koszmarom nocnym - powiedziała pielęgniarka.
Wyszliśmy na korytarz, okazało się, że pielęgniarka ma mi coś jeszcze do powiedzenia i parę pytań. 
- Proszę pana, czy podejrzany został ostatecznie schwytany? - zapytała. 
- Tak - odparłem - jest na komisariacie. I po co nazywać go podejrzanym? To sprawca! 
- Prześlemy policji obdukcję lekarską, ślady i obrażenia były świeże, udało też się ściągnąć odciski palców - powiedziała pielęgniarka. - Naprawdę, to bardzo dobrze, iż nastąpiła taka szybka reakcja.
- Czy poza poronieniem, Lidia doznała jakichś innych poważnych uszczerbków na zdrowiu? - zapytałem z niepokojem.
- Na szczęście, nie - powiedziała pielęgniarka. - Jedyne, co teraz będzie wymagało u niej leczenia, to psychika. Lidii będzie potrzebna terapia. Jednak nie tak od razu! Teraz, w najbliższym czasie, będzie potrzebowała wsparcia najbliższych. 
- Wiem o tym - powiedziałem - będę przy niej, będę ją wspierał. 
- Jednak jeżeli zostanie udowodniony podejrzanemu gwałt, to będą potrzebne zeznania pokrzywdzonej - powiedziała pielęgniarka. - Wiem, że to bardzo trudne, ale takie jest prawo. Na szczęście, Lidia ma jeszcze mnóstwo czasu. 
Póki co, nie trzeba jej myśleć o rozprawie czy zeznawaniu. 
- Skoro teraz usnęła, to ja przyjdę później - powiedziałem. - Do widzenia.
- Do widzenia. 
Opuściłem szpital, już niebo zrobiło się jasne. Trening jest o dziesiątej, ale nie dam rady pójść. 
Już po piątej. Gdy dotarłem do domu, od razu łzy stanęły mi w oczach. To tutaj, pod tym dachem wszystko się wydarzyło. 
Poszedłem do sypialni, w której panował niesamowity rozgardiasz. Ku mojej wściekłości, pościel była pobrudzona spermą. Szybko ją zmieniłem, nieco posprzątałem w całym pomieszczeniu. 
Po skończeniu tej czynności, postanowiłem choć na chwilkę się położyć.
Utrata dziecka tak bardzo mnie zabolała. To byłoby mniej bolesne, jakby Lidia poroniła w innych okolicznościach... czasami to się zdarza samoistnie, niestety... ale poroniła przez mojego chorego psychicznie ojca!
Zależało nam na tym dziecku, chcieliśmy stworzyć szczęśliwą rodzinę. Lidia doskonale wiedziała, że niewłaściwie postąpiła, iż próbowała usunąć to dziecko. Pokochała je, chciała je wychować wspólnie ze mną. Albert wszystko zniszczył. Nienawidzę go, jak tylko się da! 
Nie wiem, co mnie powstrzymało od pociągnięcia za spluwę. 








*** 







Siedziałem znużony w salonie, popijając miętową herbatę, gdy nagle moja komórka zadzwoniła. 
Na pewno to nie Lidia - ona swój telefon zostawiła tutaj, u mnie. Trzeba będzie jej później go zanieść.
To Łukasz do mnie dzwonił...
- Czego on może chcieć o ósmej rano? - pomyślałem i odebrałem.
- Halo, Marco? Cześć! - przywitał się przyjaźnie Łukasz.
- Cześć, stary - powiedziałem. 
- Wybacz, że tak wcześnie dzwonię, ale mam sprawę do Ciebie - powiedział Łukasz. 
- Jaką? 
- Niebawem mój samolot wyląduje w Dortmundzie, mógłbyś odebrać mnie z lotniska? Ledwo chodzę z tą skręconą kostką. Chciałem, żeby to Kuba mnie odebrał, ale u niego była komórka wyłączona. Pewnie jak zwykle zapomniał podłączyć telefon do ładowania i mu padł. To u niego standard! 
- Wiesz co? W sumie to nie ma problemu - powiedziałem. 
- Dziękuję Ci bardzo, naprawdę - ucieszył się Łukasz. - Muszę oszczędzać tę biedną nogę, chcę jak najszybciej wrócić do treningów. Dziś klubowi lekarze po południu mają zobaczyć stan tej kostki. 
- Dobrze - powiedziałem - porozmawiamy później, ok? Teraz będę się zbierał. 
- Zbieraj się, zbieraj, niebawem już lądujemy - powiedział Łukasz. - Do zobaczenia.
- Na razie. 
Może to i dobrze się złożyło? Będzie okazja powiedzieć wszystko Łukaszowi... ma prawo wiedzieć. 
Wziąłem szybki prysznic, ubrałem się w świeże ciuchy, poprawiłem włosy i byłem gotów do wyjścia. Wziąłem kluczyki, prawo jazdy i pojechałem na lotnisko. 
Kręciłem się na lotnisku, czekając na mojego przyjaciela, gdy nagle usłyszałem jego wołanie.
- Marco! 
Odwróciłem się i zobaczyłem Łukasza zmierzającego w moją stronę. W ręku trzymał niewielką walizkę. 
- Cześć, Marco - Łukasz uśmiechnął się do mnie i przyjaźnie mnie objął. Poklepałem go po plecach.
- Jak podróż zleciała? - zapytałem.
- Nieźle - powiedział. - Daleko masz samochód? 
- Nie - odparłem i poszliśmy w kierunku mojego auta.
- Ewa wraca z Sarą jutro rano - powiedział Łukasz. - Tak mi przykro z powodu śmierci jej taty. A jej mama jeszcze gorzej się czuje...
- Współczuję - powiedziałem. 
- Ja bym jakoś swojego ojca nie żałował, gdyby teraz nagle zmarł - pomyślałem. - Ale tata Ewy na pewno był dobrym człowiekiem, więc nie dziwota, że Ewa jest smutna. 
Nie powiedziałem tego wszystkiego na głos. Wsiedliśmy z Łukaszem do pojazdu, przyjaciel mnie poprosił, abym go zawiózł do domu. Udało się to zrobić w miarę szybko. 
- Może wpadłbyś na kawę, nie chce mi się samemu tu siedzieć... ale nie, Ty zaraz masz trening - powiedział Łukasz. - Ciesz się, stary, że kontuzji nie masz - westchnął. 
- Nie idę na trening - wycedziłem. 
- Jak to? Dlaczego? - zdziwił się Łukasz.
- Nie jestem w stanie po prostu - powiedziałem. - Nie, nie złapałem kontuzji. Tu chodzi o coś zupełnie innego. Będziesz w szoku, jak się tego dowiesz. Ale Ty i Ewa musicie wiedzieć, bo Wy jesteście bliskimi przyjaciółmi Lidii... jesteście tak jakby jej rodziną. 
- O czym ty mówisz, Marco? - Łukasz nie pojmował. - Lidia? Coś jej się stało? - złapał się za serce.
Pokiwałem tylko głową, poczułem, jak blednę. Łukasz spojrzał na mnie intensywnym wzrokiem. 
- Chodźmy do domu - powiedział. 
Przyjąłem zaproszenie, poszliśmy do domu. Usiedliśmy z Łukaszem w salonie. 
- Mów, Marco, bo skonam - powiedział Łukasz. - Co się stało Lidii? Jeśli to coś poważnego... - głos mu się załamał. 
- Ona... ona została zgwałcona - wydukałem. 
- Że co?! - krzyknął Łukasz, łapiąc się za głowę.
Opowiedziałem mu wszystko od początku. Słuchał z zapartym tchem i z przerażeniem. Gdy skończyłem, nie mógł wykrztusić z siebie słowa.
- Marco... ja, ja nie wierzę - odezwał się w końcu. 
- Sam nie mogę w to uwierzyć - powiedziałem. - To wszystko moja wina, Łukasz! Żebym ja...
- Marco, nie jest to Twoja wina. Poza tym, nie ma sensu, abyś się obwiniał. Po pierwsze, już po fakcie, a po drugie, to serio nie jest Twoja wina. Skąd mogłeś wiedzieć, że...
- Mario to samo mi mówił - przerwałem mu. - Tak w ogóle, przyjedzie do Dortmundu w niedzielę. 
- Nieźle - powiedział Łukasz. - Jak dobrze, że Ewa wraca jutro! Lidia będzie jej bardzo potrzebować. Marco, nie ma co... jestem w szoku! 
- Łukasz, bądźcie jutro z Ewą przy Lidii - powiedziałem. - Dziś może uda się ominąć trening, ale jutro muszę się stawić. Wolałbym być przy Lidii cały czas, ale muszę się liczyć z trenerem... ale o wiele lepiej będę się czuł wiedząc, że Lidia nie jest sama! 
- Oczywiście będziemy przy niej! Ona jest dla nas jak własna rodzina - powiedział Łukasz. - Masz to jak w banku. Stary, ja chcę ją dziś zobaczyć. 
- Teraz dostała leki nasenne i śpi - powiedziałem. - Co to za koszmarna noc była! Nie masz pojęcia... 
- Zdaję sobie sprawę - powiedział Łukasz. 
- Spać mi się chce, całą noc nie spałem - powiedziałem. 
- Prześpij się może teraz troszkę, później razem odwiedzimy Lidię - powiedział Łukasz. 
- Tutaj?
- Tutaj - powiedział Łukasz. - Zmęczony pewnie jesteś, skoro całą noc nie spałeś i do tego dochodzą takie ciężkie przeżycia... Już nie tłucz się do domu, zostań. Później pojedziemy do Lidii. 
- Dzięki - wymamrotałem. Położyłem się na kanapie, Łukasz przyniósł mi kocyk. Otuliłem się nim i niebawem usnąłem... 







*** 







Niezbyt długo sobie pospałem, obudziła mnie moja komórka. To Klopp dobijał się do mnie! Zerknąłem na zegarek, była już godzina jedenasta. 
- Halo?
- Witam, rozmawiam z Marco? 
- Tak - odparłem. - Dzień dobry, trenerze.
- Dzień dobry - odparł Klopp - Marco, dlaczego nie ma Cię dziś na treningu?!
- Wybacz, trenerze, ale mam problemy rodzinne. Skomplikowana, ciężka sytuacja - powiedziałem smutno. - Jutro już się stawię, obiecuję, ale dzisiaj...
- Okej - westchnął trener. - Jak dotąd, nie zdarzało Ci się opuszczać treningów, więc dziś Ci podaruję. Ale jutro masz stawić się o dziewiątej, wyjeżdżamy o tej godzinie do Augsburga. 
- Dziękuję! Bardzo jestem wdzięczny - powiedziałem. 
- Proszę - odparł trener - muszę kończyć. Życzę poprawy sytuacji! Do zobaczenia jutro!
- Do widzenia - odparłem i rozłączyłem się. 
- Jak tam, Marco? Już Cię Jurgen namierzył? - zapytał Łukasz, który właśnie przyszedł do salonu.
- Nie mylisz się - odparłem. - To jedziemy do Lidii? 
- No pewnie, zbieraj się.
Zatem się obaj ogarnęliśmy i pojechaliśmy do szpitala. 








*** 







- Chcę stąd wyjść - myślałam gorączkowo - nie chcę żadnych obcych ludzi widzieć! 
Dziś podczas porannego obchodu miałam chęć wybiec jak najdalej. Próbowali mnie namówić, abym się zgodziła na przyjście jakiegoś psychologa. Po co? I tak nie umiałabym się teraz przed kimś obcym otworzyć i rozmawiać o problemie. W życiu! 
Te dwie panie doktor, które próbowały mnie namówić, bardzo mnie zdenerwowały. 
Nie pójdę teraz na żadną terapię czy coś takiego. Nie dam rady. Samo wspomnienie gwałtu wywołuje łzy w moich oczach... Co dopiero mówienie o tym. 
Czuję się taka brudna, czuję się jak szmata. Jakby ktoś poplamił moją duszę. Nie poczuję się już nigdy czysta. 
Dotkliwy ból przeszywa mnie na wskroś. Niby pielęgniarki czy lekarze, którzy się kręcą przy mnie, okazują współczucie, ale wątpię, aby naprawdę przejmowali się moim losem. 
Może otrzymam wypis w niedzielę. Dziś i jutro muszę pozostać na obserwacji. 
Gdyby nie ten lek nasenny, na pewno bym nie usnęła.
Ten lek miał też właściwości uspokajające... może to dlatego teraz nie płaczę. 
Ale w każdej chwili mogę wybuchnąć płaczem. Czuję się strasznie. 
Nagle na salę przyszedł mój ukochany i... Łukasz. To on już się dowiedział?! 
- Cześć, skarbie - przywitał się cichym głosem Marco, usiadł obok mnie i ścisnął delikatnie moją dłoń.
- Lidia, kochana, ja już wszystko wiem - powiedział smutno Łukasz, usiadł obok Marco. 
- Marco Ci powiedział? - zapytałam cicho.
- Tak - powiedział. - Ewa już jutro wraca. 
- To dobrze - mruknęłam.
- Jak się czujesz? - zapytał Marco.
- Jak mam się czuć? Strasznie! Brak mi słów po prostu na moje samopoczucie - powiedziałam. - Dziś dwie panie doktor próbowały mnie namówić na wizytę psychologa. A ja nie chcę! Nie chcę żadnych obcych ludzi widzieć... 
- Nikt Cię nie zmusi, kochanie - powiedział Marco. - Na terapię pójdziesz za jakiś czas... teraz ból jest zbyt świeży.
- Chociaż Ty mnie rozumiesz, Ty i Łukasz - powiedziałam, spoglądając na chłopaków. Znów, mimo woli, łzy zaczęły spływać mi z oczu.
- Łukasz, powiesz Ewie, co mnie spotkało. Zrób to za mnie - poprosiłam. - A kiedy to zrobisz, zależy od Ciebie.
- Oczywiście - powiedział Łukasz. - Pójdę po jakąś herbatę.
- Idź - powiedziałam. 
Zostałam sama z Marco. Spojrzał na mnie współczująco.
- Marco... nie masz pojęcia, co przeżywam. Czuję się splamiona - rozszlochałam się na dobre. 
- Skarbie... obiecuję Ci, że pomogę Ci się uwolnić od tego koszmaru. Zrobię wszystko, byś kiedyś znów zaczęła się uśmiechać - szepnął Marco i przytulił mnie jak małą dziewczynkę. Wtuliłam się w jego silne, umięśnione ramiona. Nie przestawałam płakać, natomiast on cały czas próbował mnie pocieszyć, głaszcząc moje włosy i tuląc mnie do siebie z całej siły... 

___________________________ 



Łapcie 50-tkę :) 
Cholera, ale ten czas leci. 
74 obserwatorów... ponad 72 tys wyświetleń... aż w oczach mi stają łzy szczęścia. 
Dziękuję Wam z całego serca. Jesteście najlepsze ♥ 
Chciałabym jak najdłużej ciągnąć te opowiadanie, nawet do setki... o ile Wam nie znudziłoby się ono. 

Czekam na komentarze. :) 

Buziaki!
WildChild