Sobota nadeszła. W końcu...
Obudziłam się około dziewiątej rano, czułam, że będzie to dobry dzień. Wierzyłam, że żółto-czarni pokażą dziś klasę i wygrają.
Zerknęłam na termometr wiszący za oknem. Brr! Ledwie dziesięć stopni Celsjusza pokazywał.
Wyciągnęłam zatem z szafy dżinsy, białą koszulkę z herbem Borussii i poszłam się ogarnąć.
Gdy już byłam umyta, ubrana i uczesana, zeszłam na dół, gdzie Łukasz właśnie kończył pakować swoją torbę treningową. Sara już zapewne była w przedszkolu.
- Mam nadzieję, że wierzysz w nas - zaczepił mnie Łukasz.
- Oczywiście - powiedziałam. - Dacie radę!
- Cieszę się z Twojej wiary, a ja już uciekam - uśmiechnął się Łukasz. - Trening czeka.
- Połamania nogi! - zaśmiałam się. Łukasz uśmiechnął się tylko do mnie i wyszedł.
Poszłam do kuchni, gdzie krzątała się Ewa.
- O, już jesteś - powiedziała. - Jedz śniadanie, tosty jeszcze są ciepłe. Później oczywiście mecz - uśmiechnęła się.
- Już nie mogę się doczekać - powiedziałam. - Agata idzie?
- No pewnie - powiedziała Ewa. - Oliwia i Sara również pójdą, odbiorę dziś Sarę wcześniej z przedszkola.
Sara uwielbiała chodzić na mecze i kibicować Borussii. Oliwia podobnie. Od dziecka były wychowywane miłością do dortmundzkiej drużyny.
- A po meczu, pójdziemy zrobić jakieś zakupy - powiedziała Ewa. - Jutro przecież szykujemy dla Ciebie mini-fetę urodzinową.
- Jasne - odparłam.
Na jutro było zaplanowane małe przyjęcie urodzinowe, na które mieli wpaść Kuba i Agata, oczywiście z małą Oliwią. Łukasz i Ewa zawsze świetnie się z nimi dogadywali, ja również z nimi mam dobry kontakt. To są naprawdę mili, przyjacielscy ludzie.
Marco również został zaproszony, a jakże inaczej!
Miało to być skromne, kameralne spotkanie, ja nie chciałam niczego więcej. Huczne, ogromne imprezy - to nie w moim stylu.
Zjadłam kilka tostów, wypiłam herbatę, później razem z Ewą sprzątnęłyśmy nieco w domu. Dzięki temu czas szybciej zleciał, wybiła godzina piętnasta.
- Już za pół godziny mecz - powiedziała Ewa. - Szykuj się, kochana, pojedziemy po Sarę, a potem od razu na SIP.
- Okej! - odparłam, chwyciłam wiszącą na wieszaku bluzę i wyszłyśmy z domu.
Pojechałyśmy autem po Sarę, która już z niecierpliwością czekała. Spotkałyśmy Agatę, która właśnie odebrała Oliwię i szły właśnie do swojego samochodu.
- To do zobaczenia na stadionie - uśmiechnęła się blondynka.
- Do zobaczenia! - odwzajemniła uśmiech Ewa. Sara narzuciła na siebie swoją żółto-czarną bluzę i pojechałyśmy prędko do świątyni Borussii.
Agata z Oliwią już siedziały na trybunach, chrupały chipsy. Obok nich siedziała Cathy, dziewczyna Matsa Hummelsa. Usiadłyśmy obok nich, czekałyśmy na rozpoczęcie meczu.
W końcu obie drużyny wyszły na boisko, niebawem dało się słyszeć pierwszy gwizdek arbitra.
Mój ukochany oczywiście wyszedł w podstawowym składzie, podobnie jak Łukasz, Kuba i Mats. Wszystkie byłyśmy niesamowicie dumne z naszych lubych.
A moja duma jeszcze bardziej wzrosła, kiedy Marco w trzynastej minucie strzelił gola. Wstałyśmy wszystkie i zaczęłyśmy bić gromkie brawa. Marco podbiegł w kierunku trybuny, na której siedziałam i posłał całuska. Zapewne do mnie... Aż poczułam ciepło rozpływające się w moim wnętrzu.
Sytuacja na boisku była pomyślna dla dortmundzkiej drużyny, nie pozwalali rozpędzić się piłkarzom z Wilhelmshaven. Mieli wszystko pod kontrolą.
W dwudziestej pierwszej minucie Marco podwyższył wynik na 2:0! Rozpierała mnie duma, dziewczyny spoglądały na mnie uśmiechnięte.
- Jesteś dumna, co? - zapytała zadowolona Agata.
- No pewnie - powiedziałam szczęśliwa. - A Ty? To Kuba asystował przy tej bramce!
- Mój mistrz - rozmarzyła się blondynka.
Do przerwy już nic się nie wydarzyło szczególnego na boisku. Piłkarze poszli do szatni, a Ewa poszła do sklepiku i przyniosła nam po wielkiej szklance coca-coli.
Wkrótce zaczęła się druga połowa.
- Już jedną nogą są w kolejnej rundzie - powiedziała z uśmiechem Ewa.
- Jeszcze piłka w grze - odparła Agata.
- Oni wiedzą, że to ważny mecz, na pewno obronią ten wynik albo go nawet podwyższą - powiedziałam.
- Obstawiam to drugie - powiedziała Ewa.
Miała rację, ponieważ w sześćdziesiątej minucie Marco skompletował hat-tricka! Asystował Ilkay.
- Lidia, to niesamowite, co on dziś robi na tym boisku - odezwała się Cathy.
- Zgadzam się - odparłam.
Pięć minut później jednak drużyna z Wilhelmshaven strzeliła bramkę Borussii, niestety, przy tym strzale bramkarz Borussii, Roman, był bez szans.
- Ojej - zaniepokoiła się Oliwia.
- Spokojnie, kochanie - powiedziała Agata. - Jest 3:1, sytuacja pod kontrolą!
Do końca meczu już wynik się nie zmienił, chociaż Borussia miała jeszcze kilka okazji na strzelenie bramki.
W końcu sędzia zagwizdał i mecz się zakończył. Wszyscy oczywiście gratulowali mojemu ukochanemu blondynowi.
- Nie macie pojęcia, jak jestem dumna z Marco - powiedziałam do dziewczyn.
- Nie dziwimy się - uśmiechnęła się Cathy.
- Poczekamy na nich? - zapytała Agata.
- Pewnie - powiedziała Ewa.
Poszłyśmy pod wejście na stadion, wyczekując chłopaków.
- Mamuś, brzuch mnie boli - zaczęła pojękiwać Oliwia. - Jedźmy do domu...
- Najadłaś się tyle tych chipsów, to nie dziwota - odparła Agata. - Cóż, jedźmy. Do zobaczenia, dziewczyny!
Pożegnałyśmy się z Agatą i Oliwią, pojechały do domu. Miałam nadzieję, że Oliwii szybko przejdą te boleści.
- Mamo, chcę do łazienki - pisnęła Sara.
- Oj, Sara, Sara, trzeba było nie pić tyle tej coli - powiedziała Ewa. - Lidia, w takim razie pójdziemy do łazienki.
- Idźcie, idźcie - powiedziałam. - Poczekam.
Zostałam sama z Cathy, która przyłączyła się do nas.
- Papierosa? - zapytała, wyciągając paczkę miętowych Malboro.
- Nie, dziękuję - odparłam - jestem w ciąży, więc nie wolno mi palić.
- Kochana, moja siostra była niedawno w ciąży, a paliła jak smok - powiedziała Cathy. - I urodziła zdrowego synka. To alkohol gorzej szkodzi nienarodzonemu dziecku niż nikotyna.
- No, nie wiem... - zawahałam się.
- Ty nie palisz nałogowo, prawda? - zapytała Cathy.
- Sporadycznie - odparłam. - Bywały sytuacje, w których fajki pozwalały mi się uspokoić.
- Więc tym bardziej nic się dziecku nie stanie - powiedziała Cathy - ale ja Cię oczywiście nie zmuszam...
- Albo wiesz co? Daj sztukę - uśmiechnęłam się.
Wzięłam papierosa, odpaliłam i stałyśmy tak razem z Cathy, paląc i rozmawiając. Ewa i Sara coś długo nie wracały, pewnie była długa kolejka do toalet.
- Lidia! Co Ty robisz?! - usłyszałam nagle znajomy głos... i struchlałam. Kompletnie zapomniałam, że Marco może lada chwila wyjść i przyłapać mnie z tym papierosem w ręku. Tak teraz się stało...
Odwróciłam się i zobaczyłam rozgniewane oblicze blondyna.
- Dziewczyno, czyś Ty oszalała? - zapytał zły i wyrwał mi papierosa z ręki. - Zapominasz się!
- Oj Marco, to tylko jeden papieros... - próbowałam się jakoś usprawiedliwić.
- Cathy, Cathy, ludzi na złą drogę ściągasz - powiedział Mats, który wyszedł razem z Marco.
- Czy Ty pamiętasz, że jesteś w ciąży?! - denerwował się Marco. - Już rozmawialiśmy na ten temat! A Ty znowu...
- Ale dlaczego Ty krzyczysz na mnie? - zapytałam. - Nie podoba mi się to!
- Bo mnie denerwuje Twoja nieodpowiedzialność - pieklił się blondyn. - Pomyśl, gdyby tak...
- Na litość boską, przecież nie paliłam jakiegoś zioła - powiedziałam już lekko podenerwowana.
- Marco, nie denerwuj się - powiedział Mats. - My z Cathy idziemy, cześć Wam!
Modliłam się, żeby Ewa i Łukasz już przyszli. Tymczasem Marco dalej robił mi awanturę...
- Lidia, ja myślałem, że porządna z Ciebie dziewczyna, a Ty takie numery odstawiasz?! Dlaczego Ty to robisz?! Nie tylko sobie krzywdę robisz, ale i dziecku!
- Przecież nie jestem nałogowcem, ja tylko tak dla towarzystwa - próbowałam się bronić.
- Od tego się zaczyna, moja droga! - nie dawał się zbić z tropu blondyn.
Zauważyłam, że Ewa, Łukasz i Sara właśnie wychodzą z SIP. Ucieszyłam się z tego faktu.
- Ja teraz wracam do domu - powiedziałam chłodno - a Ty ochłoń trochę. I przestań mi mówić, co mam robić, a czego nie! Nienawidzę, gdy ktoś mnie tak ogranicza. Cześć!
- Lidia! Zaczekaj...
- Powiedziałam, ochłoń trochę - powtórzyłam i podbiegłam do Łukasza i dziewczyn. Marco zrezygnowany odszedł swoją drogą.
***
- Lidia, co się stało? - zapytała zszokowana Ewa. - Pokłóciliście się?
- No... tak - pokiwałam powoli głową.
- O co? - zapytała zdziwiona. - Rozegrał taki znakomity mecz, powinniście więc...
- Poszło o jednego papierosa - powiedziałam. - Zapaliłam razem z Cathy, a on mnie przyłapał i zrobił mi awanturę przy ludziach.
Faktycznie, jeszcze wtedy jacyś ludzie wychodzili ze stadionu, spoglądali zdziwieni na rozzłoszczonego blondyna, który powinien cieszyć się z sukcesu i ustrzelonego hat-tricka, a nie robić aferę.
Dobrze, że żadnych fotoreporterów nie było w tamtej chwili...
- Hej, to już nie pierwszy raz, kiedy on tak przesadnie się o Ciebie troszczy - powiedziała Ewa. - Przesadził z tą awanturą! Ale z drugiej strony, faktycznie nie powinnaś palić. - To bardzo szkodliwe - powiedział Łukasz.
- Prawda! - wtrąciła się Sara. - Od palenia się szybko umiera!
- Dokładnie, córcia - powiedział Łukasz, pogłaskał córkę po głowie.
- Od jednego papierosa nic się dziecku nie stanie, ale wiesz... od jednego się zaczyna - powiedziała Ewa. - Więc lepiej więcej nie próbuj.
- Wiem, Ewa, wiem - powiedziałam.
- To dobrze - powiedziała Ewa. - Lidia, później na jakieś zakupy pojedziemy.
- Okej - odparłam.
Wsiedliśmy do samochodu, pojechaliśmy do domu.
Co do moich jutrzejszych urodzin - Marco na pewno przyjdzie, będzie mnie przepraszał za tę awanturę. Ba, może jeszcze nawet dziś zadzwoni!
- Lidia, nasze rowery mają koszyki, może przejedziemy się rowerami do pobliskiego marketu? - zapytała Ewa. - Nie mamy dużo do kupienia.
- Nie ma problemu! Chętnie się przejadę - powiedziałam. - Tylko jednego się boję...
- Że Cię Marco zobaczy? - dokończyła Ewa. - Nie przejmuj się, kochana. Na pewno jest teraz w domu i odpoczywa po meczu.
- A jakby co, sama z nim porozmawiasz - powiedziałam, zakładając trampki. Niby dlaczego mam rezygnować z aktywności fizycznej? Przecież dziecku nic się nie stanie tylko dlatego, że przejadę się rowerem!
- No pewnie - powiedziała Ewa.
Wyciągnęłyśmy rowery z garażu i ruszyłyśmy w drogę. Ewa jechała rowerem Łukasza.
- Trzeba kupić jakiś rower i dla Ciebie - powiedziała Ewa. - Będziemy wtedy wszyscy jeździć na przejażdżki!
- Fajnie by było - ucieszyłam się.
Szybko dojechałyśmy do marketu, zrobiłyśmy zakupy, które zmieściły się w naszych koszykach doczepionych do rowerów.
- Widzisz? Nie trzeba zużywać tyle paliwa - uśmiechnęła się do mnie Ewa, gdy jechałyśmy z powrotem.
- No pewnie - powiedziałam. - Ruch to zdrowie!
- Łukasz zawsze to powtarzał - powiedziała Ewa.
Już dojechałyśmy do furtki, gdy nagle... zobaczyłyśmy Marco zmierzającego w naszą stronę. Zapewne szedł mnie odwiedzić...
- Ewcia! Co teraz? - jęknęłam.
- Spokojnie - odparła cicho.
- Lidia, czy Tobie do reszty odbiło?! - Marco szybko do mnie podbiegł, złapał mnie za ramię. - Najpierw palenie, teraz jazda rowerem?!
- Ciszej, Marco! - zwróciła mu uwagę Ewa. - Ludzie zaraz wyglądać zaczną!
- No i co z tego?! Lidia, ja Ci coś mówiłem! - powiedział Marco.
- Nie będę całymi dniami leżała na kanapie - powiedziałam. - Przestań się tak denerwować, niepotrzebnie robisz aferę.
- Ja tylko chcę dobra naszego dziecka, rozumiesz to czy nie?
- Od jazdy rowerem nic mu nie będzie - powiedziałam. - Nie wiem, co w Ciebie wstąpiło! Jesteś przewrażliwiony!
- Przewrażliwiony?! Raczej odpowiedzialny! Pomyśl, co mogłoby się stać, jakbyś spadła z tego roweru! Poza tym, czemu jeździsz bez kasku? Lidia, Ty...
- Skończ! Błagam! - jęknęłam. - Przestań mi prawić kazania! - syknęłam.
- Marco, przestań jej robić awantury! - krzyknęła Ewa, wyraźnie się zdenerwowała - przeginasz, mój drogi! Ona doskonale wie, co robi!
- Co się tam dzieje? - z domu wyjrzał Łukasz.
- Marco, jak ochłoniesz, to daj znać - powiedziałam chłodno. - Teraz nie da się z Tobą sensownie porozmawiać. Do jutra!
Otworzyłam furtkę, i skierowałam się do garażu odstawić rower. Ewa poszła za mną.
Gdy wyszłam z garażu, Marco dalej stał przy furtce...
- Lidia! Proszę Cię...
- Porozmawiamy, gdy ochłoniesz - powiedziałam.
- Dokładnie - krzyknęła Ewa. - Lidia, chodź do domu!
Pomogłam Ewie wziąć zakupy i poszłyśmy do domu, Marco nie próbował już się kontaktować.
- Co za diabeł wstąpił w mojego kumpla - westchnął Łukasz. - Krzyki słychać było w całym domu.
- Nie mam pojęcia, Łukasz - powiedziałam smutno. - Może nie powinnam była palić, ale czy on musiał mi taką aferę zrobić?
- Nie! Nikt mu nie powiedział, że nie wolno denerwować ciężarnych kobiet? - odezwała się Ewa. - Mam nadzieję, że to się nie powtórzy! Lidia, ochłoń trochę, ja pójdę przyrządzać potrawy na jutro.
- Pomóc Ci? - zapytałam.
- Przyjdź później, teraz posiedź trochę i odetchnij - powiedziała Ewa.
Siedziałam w salonie z Łukaszem, on oglądał TV, ja siedziałam w fotelu i wpatrywałam się w dywan, myśląc, co się dzieje z Marco.
Czemu on tak się o mnie przesadnie troszczył? W ogóle nie rozumiałam jego postępowania wobec mnie...
_________________________
Przepraszam za to powyższe ścierwo, ale ostatnio nie mam najlepszych dni. Krótki, nudny i taki głupi ten rozdział. Wybaczcie -.-
Powtórzę się w sprawie Liebster Award, wprawdzie był już wpis o tym, ale powtórzę się.
Wybaczcie, że nie poodpowiadałam na pytania, ale ostatnio nie miałam zbytnio czasu, a potem namnożyło się tego, a ja siły nie mam, żeby wszystko to ogarnąć.
Jednak jestem bardzo Wam wdzięczna za te nominacje, cieszę się, że lubicie mojego bloga. :)
Ostatnio... nie czuję się najlepiej. Samotność mnie dobija i to bardzo.
Nie mam kogo odwiedzić, gdzie się wybrać. Nie mam przyjaciół, poza jedną osobą, która jest teraz na wakacjach za granicą.
Żadnej paczki znajomych nie mam. Myślę, że to wszystko przez moją nieśmiałość - uważają mnie wszyscy za nudną osobę i taki teraz jest efekt.
Chciałabym pewnego dnia obudzić się z innym charakterem.
Samotność jest czymś naprawdę okropnym...
Siedzę ciągle albo przed kompem, lub TV. Moje wyjścia na zewnątrz to tylko samotne przejażdżki rowerowe, wyjścia na podwórko lub wypady do miasta (z mamą...)
Ech... dobra, już nie użalam się więcej nad sobą, nie będę Was zanudzać.
Buziaki!
WildChild
PROSZĘ O KOMENTARZE!