środa, 17 lipca 2013

Rozdział 43.

Podczas ostatnich dni nic szczególnego, ciekawego się nie wydarzyło. Czekałam z utęsknieniem na sobotę i mecz Borussii z Wilhelmshaven.
Sobota nadeszła. W końcu... 
Obudziłam się około dziewiątej rano, czułam, że będzie to dobry dzień. Wierzyłam, że żółto-czarni pokażą dziś klasę i wygrają. 
Zerknęłam na termometr wiszący za oknem. Brr! Ledwie dziesięć stopni Celsjusza pokazywał. 
Wyciągnęłam zatem z szafy dżinsy, białą koszulkę z herbem Borussii i poszłam się ogarnąć. 
Gdy już byłam umyta, ubrana i uczesana, zeszłam na dół, gdzie Łukasz właśnie kończył pakować swoją torbę treningową. Sara już zapewne była w przedszkolu.
- Mam nadzieję, że wierzysz w nas - zaczepił mnie Łukasz.
- Oczywiście - powiedziałam. - Dacie radę!
- Cieszę się z Twojej wiary, a ja już uciekam - uśmiechnął się Łukasz. - Trening czeka. 
- Połamania nogi! - zaśmiałam się. Łukasz uśmiechnął się tylko do mnie i wyszedł. 
Poszłam do kuchni, gdzie krzątała się Ewa. 
- O, już jesteś - powiedziała. - Jedz śniadanie, tosty jeszcze są ciepłe. Później oczywiście mecz - uśmiechnęła się.
- Już nie mogę się doczekać - powiedziałam. - Agata idzie? 
- No pewnie - powiedziała Ewa. - Oliwia i Sara również pójdą, odbiorę dziś Sarę wcześniej z przedszkola. 
Sara uwielbiała chodzić na mecze i kibicować Borussii. Oliwia podobnie. Od dziecka były wychowywane miłością do dortmundzkiej drużyny. 
- A po meczu, pójdziemy zrobić jakieś zakupy - powiedziała Ewa. - Jutro przecież szykujemy dla Ciebie mini-fetę urodzinową. 
- Jasne - odparłam. 
Na jutro było zaplanowane małe przyjęcie urodzinowe, na które mieli wpaść Kuba i Agata, oczywiście z małą Oliwią. Łukasz i Ewa zawsze świetnie się z nimi dogadywali, ja również z nimi mam dobry kontakt. To są naprawdę mili, przyjacielscy ludzie. 
Marco również został zaproszony, a jakże inaczej! 
Miało to być skromne, kameralne spotkanie, ja nie chciałam niczego więcej. Huczne, ogromne imprezy - to nie w moim stylu. 
Zjadłam kilka tostów, wypiłam herbatę, później razem z Ewą sprzątnęłyśmy nieco w domu. Dzięki temu czas szybciej zleciał, wybiła godzina piętnasta. 
- Już za pół godziny mecz - powiedziała Ewa. -  Szykuj się, kochana, pojedziemy po Sarę, a potem od razu na SIP. 
- Okej! - odparłam, chwyciłam wiszącą na wieszaku bluzę i wyszłyśmy z domu. 
Pojechałyśmy autem po Sarę, która już z niecierpliwością czekała. Spotkałyśmy Agatę, która właśnie odebrała Oliwię i szły właśnie do swojego samochodu.
- To do zobaczenia na stadionie - uśmiechnęła się blondynka. 
- Do zobaczenia! - odwzajemniła uśmiech Ewa. Sara narzuciła na siebie swoją żółto-czarną bluzę i pojechałyśmy prędko do świątyni Borussii. 
Agata z Oliwią już siedziały na trybunach, chrupały chipsy. Obok nich siedziała Cathy, dziewczyna Matsa Hummelsa. Usiadłyśmy obok nich, czekałyśmy na rozpoczęcie meczu. 
W końcu obie drużyny wyszły na boisko, niebawem dało się słyszeć pierwszy gwizdek arbitra. 
Mój ukochany oczywiście wyszedł w podstawowym składzie, podobnie jak Łukasz, Kuba i Mats. Wszystkie byłyśmy niesamowicie dumne z naszych lubych. 
A moja duma jeszcze bardziej wzrosła, kiedy Marco w trzynastej minucie strzelił gola. Wstałyśmy wszystkie i zaczęłyśmy bić gromkie brawa. Marco podbiegł w kierunku trybuny, na której siedziałam i posłał całuska. Zapewne do mnie... Aż poczułam ciepło rozpływające się w moim wnętrzu. 
Sytuacja na boisku była pomyślna dla dortmundzkiej drużyny, nie pozwalali rozpędzić się piłkarzom z Wilhelmshaven. Mieli wszystko pod kontrolą. 
W dwudziestej pierwszej minucie Marco podwyższył wynik na 2:0! Rozpierała mnie duma, dziewczyny spoglądały na mnie uśmiechnięte. 
- Jesteś dumna, co? - zapytała zadowolona Agata. 
- No pewnie - powiedziałam szczęśliwa. - A Ty? To Kuba asystował przy tej bramce!
- Mój mistrz - rozmarzyła się blondynka. 
Do przerwy już nic się nie wydarzyło szczególnego na boisku. Piłkarze poszli do szatni, a Ewa poszła do sklepiku i przyniosła nam po wielkiej szklance coca-coli. 
Wkrótce zaczęła się druga połowa. 
- Już jedną nogą są w kolejnej rundzie - powiedziała z uśmiechem Ewa. 
- Jeszcze piłka w grze - odparła Agata.
- Oni wiedzą, że to ważny mecz, na pewno obronią ten wynik albo go nawet podwyższą - powiedziałam. 
- Obstawiam to drugie - powiedziała Ewa.
Miała rację, ponieważ w sześćdziesiątej minucie Marco skompletował hat-tricka! Asystował Ilkay. 
- Lidia, to niesamowite, co on dziś robi na tym boisku - odezwała się Cathy. 
- Zgadzam się - odparłam. 
Pięć minut później jednak drużyna z Wilhelmshaven strzeliła bramkę Borussii, niestety, przy tym strzale bramkarz Borussii, Roman, był bez szans. 
- Ojej - zaniepokoiła się Oliwia.
- Spokojnie, kochanie - powiedziała Agata. - Jest 3:1, sytuacja pod kontrolą!
Do końca meczu już wynik się nie zmienił, chociaż Borussia miała jeszcze kilka okazji na strzelenie bramki. 
W końcu sędzia zagwizdał i mecz się zakończył. Wszyscy oczywiście gratulowali mojemu ukochanemu blondynowi. 
- Nie macie pojęcia, jak jestem dumna z Marco - powiedziałam do dziewczyn.
- Nie dziwimy się - uśmiechnęła się Cathy.
- Poczekamy na nich? - zapytała Agata.
- Pewnie - powiedziała Ewa. 
Poszłyśmy pod wejście na stadion, wyczekując chłopaków. 
- Mamuś, brzuch mnie boli - zaczęła pojękiwać Oliwia. - Jedźmy do domu...
- Najadłaś się tyle tych chipsów, to nie dziwota - odparła Agata. - Cóż, jedźmy. Do zobaczenia, dziewczyny!
Pożegnałyśmy się z Agatą i Oliwią, pojechały do domu. Miałam nadzieję, że Oliwii szybko przejdą te boleści. 
- Mamo, chcę do łazienki - pisnęła Sara.
- Oj, Sara, Sara, trzeba było nie pić tyle tej coli - powiedziała Ewa. - Lidia, w takim razie pójdziemy do łazienki.
- Idźcie, idźcie - powiedziałam. - Poczekam. 
Zostałam sama z Cathy, która przyłączyła się do nas. 
- Papierosa? - zapytała, wyciągając paczkę miętowych Malboro.
- Nie, dziękuję - odparłam - jestem w ciąży, więc nie wolno mi palić.
- Kochana, moja siostra była niedawno w ciąży, a paliła jak smok - powiedziała Cathy. - I urodziła zdrowego synka. To alkohol gorzej szkodzi nienarodzonemu dziecku niż nikotyna. 
- No, nie wiem... - zawahałam się.
- Ty nie palisz nałogowo, prawda? - zapytała Cathy. 
- Sporadycznie - odparłam. - Bywały sytuacje, w których fajki pozwalały mi się uspokoić. 
- Więc tym bardziej nic się dziecku nie stanie - powiedziała Cathy - ale ja Cię oczywiście nie zmuszam...
- Albo wiesz co? Daj sztukę - uśmiechnęłam się. 
Wzięłam papierosa, odpaliłam i stałyśmy tak razem z Cathy, paląc i rozmawiając. Ewa i Sara coś długo nie wracały, pewnie była długa kolejka do toalet. 
- Lidia! Co Ty robisz?! - usłyszałam nagle znajomy głos... i struchlałam. Kompletnie zapomniałam, że Marco może lada chwila wyjść i przyłapać mnie z tym papierosem w ręku. Tak teraz się stało... 
Odwróciłam się i zobaczyłam rozgniewane oblicze blondyna.
- Dziewczyno, czyś Ty oszalała? - zapytał zły i wyrwał mi papierosa z ręki. - Zapominasz się! 
- Oj Marco, to tylko jeden papieros... - próbowałam się jakoś usprawiedliwić. 
- Cathy, Cathy, ludzi na złą drogę ściągasz - powiedział Mats, który wyszedł razem z Marco. 
- Czy Ty pamiętasz, że jesteś w ciąży?! - denerwował się Marco. - Już rozmawialiśmy na ten temat! A Ty znowu...
- Ale dlaczego Ty krzyczysz na mnie? - zapytałam. - Nie podoba mi się to!
- Bo mnie denerwuje Twoja nieodpowiedzialność - pieklił się blondyn. - Pomyśl, gdyby tak...
- Na litość boską, przecież nie paliłam jakiegoś zioła - powiedziałam już lekko podenerwowana. 
- Marco, nie denerwuj się - powiedział Mats. - My z Cathy idziemy, cześć Wam!
Modliłam się, żeby Ewa i Łukasz już przyszli. Tymczasem Marco dalej robił mi awanturę... 
- Lidia, ja myślałem, że porządna z Ciebie dziewczyna, a Ty takie numery odstawiasz?! Dlaczego Ty to robisz?! Nie tylko sobie krzywdę robisz, ale i dziecku! 
- Przecież nie jestem nałogowcem, ja tylko tak dla towarzystwa - próbowałam się bronić.
- Od tego się zaczyna, moja droga! - nie dawał się zbić z tropu blondyn. 
Zauważyłam, że Ewa, Łukasz i Sara właśnie wychodzą z SIP. Ucieszyłam się z tego faktu.
- Ja teraz wracam do domu - powiedziałam chłodno - a Ty ochłoń trochę. I przestań mi mówić, co mam robić, a czego nie! Nienawidzę, gdy ktoś mnie tak ogranicza. Cześć! 
- Lidia! Zaczekaj... 
- Powiedziałam, ochłoń trochę - powtórzyłam i podbiegłam do Łukasza i dziewczyn. Marco zrezygnowany odszedł swoją drogą. 











*** 










- Lidia, co się stało? - zapytała zszokowana Ewa. - Pokłóciliście się? 
- No... tak - pokiwałam powoli głową. 
- O co? - zapytała zdziwiona. - Rozegrał taki znakomity mecz, powinniście więc... 
- Poszło o jednego papierosa - powiedziałam. - Zapaliłam razem z Cathy, a on mnie przyłapał i zrobił mi awanturę przy ludziach. 
Faktycznie, jeszcze wtedy jacyś ludzie wychodzili ze stadionu, spoglądali zdziwieni na rozzłoszczonego blondyna, który powinien cieszyć się z sukcesu i ustrzelonego hat-tricka, a nie robić aferę. 
Dobrze, że żadnych fotoreporterów nie było w tamtej chwili... 
- Hej, to już nie pierwszy raz, kiedy on tak przesadnie się o Ciebie troszczy - powiedziała Ewa. - Przesadził z tą awanturą! Ale z drugiej strony, faktycznie nie powinnaś palić. 
- To bardzo szkodliwe - powiedział Łukasz.
- Prawda! - wtrąciła się Sara. - Od palenia się szybko umiera!
- Dokładnie, córcia - powiedział Łukasz, pogłaskał córkę po głowie. 
- Od jednego papierosa nic się dziecku nie stanie, ale wiesz... od jednego się zaczyna - powiedziała Ewa. - Więc lepiej więcej nie próbuj. 
- Wiem, Ewa, wiem - powiedziałam. 
- To dobrze - powiedziała Ewa. - Lidia, później na jakieś zakupy pojedziemy. 
- Okej - odparłam.
Wsiedliśmy do samochodu, pojechaliśmy do domu. 
Co do moich jutrzejszych urodzin - Marco na pewno przyjdzie, będzie mnie przepraszał za tę awanturę. Ba, może jeszcze nawet dziś zadzwoni! 
- Lidia, nasze rowery mają koszyki, może przejedziemy się rowerami do pobliskiego marketu? - zapytała Ewa. - Nie mamy dużo do kupienia. 
- Nie ma problemu! Chętnie się przejadę - powiedziałam. - Tylko jednego się boję...
- Że Cię Marco zobaczy? - dokończyła Ewa. - Nie przejmuj się, kochana. Na pewno jest teraz w domu i odpoczywa po meczu. 
- A jakby co, sama z nim porozmawiasz - powiedziałam, zakładając trampki. Niby dlaczego mam rezygnować z aktywności fizycznej? Przecież dziecku nic się nie stanie tylko dlatego, że przejadę się rowerem! 
- No pewnie - powiedziała Ewa. 
Wyciągnęłyśmy rowery z garażu i ruszyłyśmy w drogę. Ewa jechała rowerem Łukasza. 
- Trzeba kupić jakiś rower i dla Ciebie - powiedziała Ewa. - Będziemy wtedy wszyscy jeździć na przejażdżki! 
- Fajnie by było - ucieszyłam się. 
Szybko dojechałyśmy do marketu, zrobiłyśmy zakupy, które zmieściły się w naszych koszykach doczepionych do rowerów. 
- Widzisz? Nie trzeba zużywać tyle paliwa - uśmiechnęła się do mnie Ewa, gdy jechałyśmy z powrotem. 
- No pewnie - powiedziałam. - Ruch to zdrowie! 
- Łukasz zawsze to powtarzał - powiedziała Ewa. 
Już dojechałyśmy do furtki, gdy nagle... zobaczyłyśmy Marco zmierzającego w naszą stronę. Zapewne szedł mnie odwiedzić... 
- Ewcia! Co teraz? - jęknęłam.
- Spokojnie - odparła cicho. 
- Lidia, czy Tobie do reszty odbiło?! - Marco szybko do mnie podbiegł, złapał mnie za ramię. - Najpierw palenie, teraz jazda rowerem?! 
- Ciszej, Marco! - zwróciła mu uwagę Ewa. - Ludzie zaraz wyglądać zaczną!
- No i co z tego?! Lidia, ja Ci coś mówiłem! - powiedział Marco.
- Nie będę całymi dniami leżała na kanapie - powiedziałam. - Przestań się tak denerwować, niepotrzebnie robisz aferę.
- Ja tylko chcę dobra naszego dziecka, rozumiesz to czy nie? 
- Od jazdy rowerem nic mu nie będzie - powiedziałam. - Nie wiem, co w Ciebie wstąpiło! Jesteś przewrażliwiony!
- Przewrażliwiony?! Raczej odpowiedzialny! Pomyśl, co mogłoby się stać, jakbyś spadła z tego roweru! Poza tym, czemu jeździsz bez kasku? Lidia, Ty... 
- Skończ! Błagam! - jęknęłam. - Przestań mi prawić kazania! - syknęłam. 
- Marco, przestań jej robić awantury! - krzyknęła Ewa, wyraźnie się zdenerwowała - przeginasz, mój drogi! Ona doskonale wie, co robi! 
- Co się tam dzieje? - z domu wyjrzał Łukasz. 
- Marco, jak ochłoniesz, to daj znać - powiedziałam chłodno. - Teraz nie da się z Tobą sensownie porozmawiać. Do jutra!
Otworzyłam furtkę, i skierowałam się do garażu odstawić rower. Ewa poszła za mną.
Gdy wyszłam z garażu, Marco dalej stał przy furtce... 
- Lidia! Proszę Cię... 
- Porozmawiamy, gdy ochłoniesz - powiedziałam. 
- Dokładnie - krzyknęła Ewa. - Lidia, chodź do domu! 
Pomogłam Ewie wziąć zakupy i poszłyśmy do domu, Marco nie próbował już się kontaktować. 
- Co za diabeł wstąpił w mojego kumpla - westchnął Łukasz. - Krzyki słychać było w całym domu. 
- Nie mam pojęcia, Łukasz - powiedziałam smutno. - Może nie powinnam była palić, ale czy on musiał mi taką aferę zrobić? 
- Nie! Nikt mu nie powiedział, że nie wolno denerwować ciężarnych kobiet? - odezwała się Ewa. - Mam nadzieję, że to się nie powtórzy! Lidia, ochłoń trochę, ja pójdę przyrządzać potrawy na jutro. 
- Pomóc Ci? - zapytałam.
- Przyjdź później, teraz posiedź trochę i odetchnij - powiedziała Ewa.
Siedziałam w salonie z Łukaszem, on oglądał TV, ja siedziałam w fotelu i wpatrywałam się w dywan, myśląc, co się dzieje z Marco.
Czemu on tak się o mnie przesadnie troszczył? W ogóle nie rozumiałam jego postępowania wobec mnie... 

_________________________ 



Przepraszam za to powyższe ścierwo, ale ostatnio nie mam najlepszych dni. Krótki, nudny i taki głupi ten rozdział. Wybaczcie -.- 

Powtórzę się w sprawie Liebster Award, wprawdzie był już wpis o tym, ale powtórzę się.
Wybaczcie, że nie poodpowiadałam na pytania, ale ostatnio nie miałam zbytnio czasu, a potem namnożyło się tego, a ja siły nie mam, żeby wszystko to ogarnąć. 
Jednak jestem bardzo Wam wdzięczna za te nominacje, cieszę się, że lubicie mojego bloga. :) 

Ostatnio... nie czuję się najlepiej. Samotność mnie dobija i to bardzo.
Nie mam kogo odwiedzić, gdzie się wybrać. Nie mam przyjaciół, poza jedną osobą, która jest teraz na wakacjach za granicą.
Żadnej paczki znajomych nie mam. Myślę, że to wszystko przez moją nieśmiałość - uważają mnie wszyscy za nudną osobę i taki teraz jest efekt. 
Chciałabym pewnego dnia obudzić się z innym charakterem. 
Samotność jest czymś naprawdę okropnym... 
Siedzę ciągle albo przed kompem, lub TV. Moje wyjścia na zewnątrz to tylko samotne przejażdżki rowerowe, wyjścia na podwórko lub wypady do miasta (z mamą...) 
Ech... dobra, już nie użalam się więcej nad sobą, nie będę Was zanudzać. 

Buziaki!
WildChild

PROSZĘ O KOMENTARZE! 



KOMUNIKAT.

Kochane blogerki, otrzymałam wiele nominacji od Was do Liebster Award, jednak wcześniej nie miałam zbytnio czasu na odpowiedzenie. Teraz... trochę się tego uzbierało, a ja siły za bardzo nie mam, żeby to ogarnąć... nie mam ostatnio najlepszych dni. -.- 
Mam nadzieję, że mi wybaczycie i się nie obrazicie, jeśli nie odpowiem. Jednak jestem bardzo wdzięczna za te nominacje, cieszę się, że lubicie mojego bloga. :) 

Pozdrawiam ciepło!
WildChild

poniedziałek, 15 lipca 2013

NOWY BLOG!

Moje kochane, wpadł mi do głowy pomysł na inne opowiadanie i założyłam nowego bloga. 

http://life-is-sometimes-cruel.blogspot.com/ 

Mile widziane komentarze i obserwacja. Mam nadzieję, że ten nowy blog będzie miał tyle samo obserwatorów i wyświetleń, co ten, i że Wam spodoba się nowa wymyślona przeze mnie historia. :) 

Pozdrawiam ciepło! 
WildChild 

sobota, 13 lipca 2013

Rozdział 42.

Mój ukochany poszedł odprowadzić swojego przyjaciela na dworzec, a ja zostałam z Łukaszem, Ewą i Sarą. 
- Więc gdy Marco przyjdzie, to my chyba już pójdziemy - powiedział Łukasz. - Będziecie mogli nacieszyć się sobą.
- Nikt Was nie wyrzuca - odparłam.
- Posiedzisz trochę z Marco, sam na sam - uśmiechnęła się Ewa. 
- Lidzia, kiedy wrócisz do domku? - zapytała Sara. - Ja tak tęsknię!
- Już niedługo - uśmiechnęłam się do małej. - Może nawet jutro, ale póki co, nie mogę obiecać.
- To od lekarza zależy, kochanie - powiedziała Ewa do córki. 
- Najważniejsze, że Lidia już czuje się dobrze - powiedział Łukasz i wziął Sarę na ręce. 
Wkrótce przyszedł Marco. Znów, gdy wchodził na salę, poczułam szybsze bicie serca...
Piszczkowie zatem pożegnali się, i powiedzieli, że przyjdą jutro. Wyrazili nadzieję, że przyjdą po to, aby mnie stąd w końcu zabrać. 
- Wreszcie mogę spędzić trochę czasu tylko z Tobą - powiedział Marco, usiadł przy moim łóżku. Zaczął gładzić moje dłonie...
- Tak bym chciała opuścić ten szpital - westchnęłam. - Zanudzić się tu można na śmierć. Dobrze, że przy mnie jesteś...
- Zawsze będę przy Tobie - powiedział cicho blondyn. - Jak się czujesz?
- Wszyscy mnie o to pytają - zachichotałam. - Nieźle, dzięki za troskę. Marco, mam takie pytanie...
- Jakie? 
- Wolałbyś, żebym urodziła chłopca czy dziewczynkę? Sama wolałabym mieć córkę - powiedziałam. 
- Super by było - powiedział Marco z uśmiechem - na pewno byłaby taka piękna jak Ty. Ale jakby urodził się chłopiec, też nie byłoby źle! 
- Na pewno byłby takim samym wspaniałym piłkarzem, jak i Ty - powiedziałam. 
- Możliwe - Marco cmoknął mnie w policzek. 
- Ale jeszcze nic nie wiadomo - odparłam. - Pożyjemy, zobaczymy. 
Marco tylko pokiwał głową i zaczął muskać swoimi subtelnymi dłońmi moje blade policzki. Przyjemny dreszcz przebiegł po moich plecach. 
- Słodki jesteś, wiesz o tym? - szepnęłam.
- Staram się jak mogę - zachichotał. - Podobno kobiety lubią słodkich facetów.
- Nie wszystkie - powiedziałam - ale jeśli chodzi o mnie, bardzo podoba mi się Twoja postawa.
- To super - odparł Marco. - A podczas tej śpiączki, śniło Ci się coś? 
- Oj, tak - powiedziałam. 
Faktycznie, miałam miły sen. Ze mną samą i Marco w roli głównej. 
- Pamiętasz coś? Opowiedz - poprosił mnie ukochany.
- A chętnie - zaśmiałam się. - W tym śnie, zabrałeś mnie na bezludną wyspę. 
Byliśmy tam tylko my dwoje. Nikt nam nie przeszkadzał się sobą nacieszyć. Z takiego snu aż nie chce się człowiekowi wybudzać! 
- A może kiedyś Twój sen się spełni? - Marco puścił do mnie oczko. - Poczekaj, aż jesienna runda Bundesligi się skończy! 
- Kiedy to będzie? - zapytałam.
- W grudniu chyba - odparł Marco. - I będę miał trochę wolnego. Od jutra, naturalnie, zaczynają się treningi, trzeba będzie trochę czoła zapocić. 
- Takie życie piłkarza - odparłam. - Nie będzie już całodniowego obijania się. 
- Hej, dla Ciebie zawsze troszkę czasu znajdę - uśmiechnął się. - Nie przejmuj się. 
- Ty tam na trenowaniu masz się skupiać - odwzajemniłam uśmiech. - Żebyś był w formie, i pomógł Borussii odzyskać mistrzostwo! 
- Zrobię, co w mojej mocy - powiedział Marco. - Będę się starał jak tylko się da. Obiecuję! 
- Cieszę się - powiedziałam. - To już całkiem niedługo zaczyna się Bundesliga, już za dwa tygodnie! 
- Zanim Bundesliga, to jeszcze zagramy trzeciego sierpnia z Wilhelmshaven - odparł Marco. - Czyli w tę sobotę. Będzie to pierwsza runda Pucharu Niemiec. 
- Rozumiem - odparłam. 
Marco był bardzo czuły i troskliwy, jak zawsze, ale miałam nieodparte wrażenie, że coś go trapi, że jest smutny z jakiegoś nieznanego mi powodu. 
Nie wiem, skąd to się wzięło. A może to tylko moje złudzenie? 
Nie rozmyślałam o tym więcej. Marco spędził ze mną jeszcze trochę czasu, aż musiał w końcu wracać do domu. 
- Może wybiorę się jeszcze na przejażdżkę rowerową albo pobiegać - powiedział. - Cóż, o formę trzeba dbać. 
- Prawda - pokiwałam głową. - Więc do zobaczenia jutro!
- Trzymaj się, kotku - powiedział i pocałował mnie na pożegnanie, po czym wyszedł, posyłając mi uśmiech przed samym wyjściem z sali. 
Niebawem przywieziono mi na salę kolację, którą z apetytem zjadłam. Później miałam odrobinę rozrywki, gdyż przeniesiono mnie na salę, w której znajdował się telewizor. 
Jednakże znajdowała się tam już jedna osoba. 
- Cześć - powiedziała do mnie przyjaźnie młoda kobieta, wyciągnęła do mnie rękę. - Mam na imię Isabel. 
- Hej - uśmiechnęłam się - ja nazywam się Lidia. Miło mi Cię poznać. 
- Mnie Ciebie również - powiedziała Isabel. - Hej... ja Ciebie skądś kojarzę! 
- Skąd? - zapytałam.
- Ty jesteś dziewczyną Reusa, prawda? - zapytała Isabel. - W gazecie widziałam wasze wspólne zdjęcie...
Isabel wyciągnęła ze swojej szafki gazetę, i pokazała mi fotografię. Pochodziła z któregoś mojego spaceru z Marco. 
Zazwyczaj nie było wielkiego problemu z paparazzi, ale zdarzało się, że dopadli nas i pstrykali zdjęcia. Ale generalnie ani ja, ani Marco się tym specjalnie nie martwiliśmy, że czasem ktoś nam cyknie fotografię. 
- Nawet całkiem mam przyzwoitą minę - stwierdziłam. 
- Pewnie - powiedziała Isabel. - W ogóle, całkiem ładna z Was para. A tak w ogóle, mój kuzyn gra w rezerwach Borussii - pochwaliła się Isabel.
- Super - powiedziałam. 
- Jestem wychowana miłością do Borussii od dziecka - powiedziała Isabel. - Kocham tę drużynę nad życie. 
- Ja dopiero od jakiegoś czasu - odparłam. - Poza tym, pochodzę z Polski, niedawno dopiero wprowadziłam się do Dortmundu. Łukasz jest moim przyjacielem, i razem z żoną Ewą mi w tym pomogli.
- Piszczek? No proszę! - powiedziała Isabel. - Tak w ogóle, czemu wylądowałaś w szpitalu? 
- Zostałam pobita, zapadłam w śpiączkę - westchnęłam. - A Tobie co dolega? 
- Wczoraj tu mnie matka przywiozła, bo dopadł mnie straszliwy ból żołądka - powiedziała Isabel. - To wyrostek robaczkowy. Będę mieć jutro operację - westchnęła moja nowa znajoma. 
- Współczuję Ci - powiedziałam. 
Wzięłam gazetę Isabel, zaczęłam ją sobie przeglądać. Nagle trafiłam na artykuł, który mnie niewyobrażalnie zszokował... 
Nagłówek krzyczał "Robert Lewandowski nie żyje!" 
Nie mogłam w to uwierzyć! Pomyślałam, że to jakiś żart! Ani Łukasz, ani Ewa, ani Marco nie powiedzieli ani słowa. 
W miarę jak czytałam, dowiedziałam się, że ktoś go zastrzelił. Pogrzeb odbył się w piątek. Gdy doszłam do końca felietonu, łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Robert był moim dobrym znajomym, bardzo go lubiłam. Był takim ciepłym i sympatycznym człowiekiem. 
- Lidia! Co się dzieje? - zapytała mnie zaniepokojona Isabel.
- Patrz... - wydukałam i pokazałam jej artykuł.
- Dopiero teraz się o tym dowiedziałaś? No tak, byłaś w śpiączce, rozumiem. Sama nie wierzę, że Robert nie żyje - powiedziała smutno i cicho Isabel. - Taki utalentowany piłkarz, taka miła osoba. Byłam na jego pogrzebie, szlochałam jak bóbr. Nie ja jedna zresztą. Mój Boże, to jest po prostu tragedia... 
- Był moim... dobrym kumplem - wydukałam. - Był bliskim przyjacielem Marco, więc dlatego. Nie wierzę... po prostu nie wierzę... 
Doznałam szoku. Wtuliłam w twarz w poduszkę, zaczęłam cicho płakać. Po prostu koszmar.
Ciekawe, jak Marco się z tym czuł, na pewno mocno to przeżywał, Robert był jego bliskim przyjacielem. 
- Lidia, wszystko w porządku? - zapytała Isabel. - Zawołać pielęgniarkę? 
- Nie - wydukałam. - Nie trzeba. 
- Na pewno?
- Tak - wymamrotałam. 
Isabel próbowała mnie pocieszać, ale nie na wiele się to zdawało. Po prostu byłam zrozpaczona i tyle. 
Później wpadła pielęgniarka, zobaczyć, jak się obie czujemy. Gdy zobaczyła, w jakim jestem stanie, zaaplikowała mi natychmiast lekki lek na uspokojenie. 
Powiedziała, że również była zszokowana nagłą śmiercią napastnika Borussii. 
Nie byłam w stanie później usnąć. Leżałam z twarzą wtuloną w poduszkę, połykając łzy. 
Nikt mi zapewne wcześniej o tym nie powiedział, bo zapewne nikt nie chciał mnie denerwować... 
Ale i tak się wszystkiego dowiedziałam. Nawet jeżeli teraz bym się nie dowiedziała, to po powrocie do domu na pewno wszystko doszłoby do mnie. 
- Ciekawe, kto go mógł tak okrutnie potraktować - pomyślałam roztrzęsiona.
Zerknęłam na zegarek, już była dwudziesta trzecia. Isabel spała. Ja nie byłam w stanie, zwlokłam się z łóżka, podciągnęłam białą roletę i zaczęłam wyglądać przez okno, omiatać wzrokiem dortmundzkie ulice oświetlone latarniami. 












*** 



*oczami Marco* 





Obudziłem się kilka minut przed ósmą rano. O dziesiątej musiałem się stawić na treningu. 
Wstałem z łóżka, ubrałem się w klubowy dres Borussii i zszedłem na dół, aby przygotować sobie śniadanie. Zjadłem miskę płatków kukurydzianych z mlekiem, dwie kanapki z szynką oraz batonika. Potrzebowałem energii, wiedziałem, że trener nie będzie nas oszczędzał. Jednakże byłem gotowy na wysiłek fizyczny, pot i zmęczenie, wiedziałem, że tylko w ten sposób czegoś się nauczę i coś osiągnę. 
Wypiłem jeszcze zieloną herbatę i poszedłem spakować torbę treningową. 
Gdy już to zrobiłem, pomyślałem, że zdążę jeszcze trochę się przejechać rowerem. 
Poszedłem do garażu, wrzuciłem torbę do koszyka przyczepionego do kierownicy i ruszyłem w drogę. 
Przejechałem jedną ulicę, gdy nagle zobaczyłem... Sophie. Może szła do pracy? Towarzyszyła jej jakaś koleżanka.
- Może teraz jej wygarnę - pomyślałem wściekły. - Co ona sobie wyobraża?! 
Sophie i jej koleżanka przysiadły sobie na ławeczce, jadły sobie lody. Śmiały się, rozmawiały, ewidentnie miały dobre nastroje. 
- Zaraz nie będziesz się tak śmiała - pomyślałem, podjeżdżając do nich. 
- No proszę! Kogo my tu mamy! - zawołała koleżanka Sophie.
- Moje kochanie przyjechało - zapiszczała Sophie. - Patrz, Emma, ja to mam szczęście! 
- Ty się lecz, dziewczyno! - krzyknąłem. - Myślałaś, że się nie dowiem? To przez Ciebie Lidia wylądowała w szpitalu, to ty ją pobiłaś! Czy Ty masz pojęcie, że ona leżała w śpiączce przez Twoją głupotę?! 
- Czerwony się zrobiłeś, musisz się przypudrować - zaczęła się chichrać Emma. 
- Ja nic o tym nie wiem - prychnęła Sophie. - Marco, mógłbyś być dla mnie milszy - wyszczerzyła się. 
- Chyba śnisz! - odparłem ostro. - Radzę Ci trzymać się z daleka od Lidii! Jak jeszcze raz jej chociaż dotkniesz, to zobaczysz, będziesz miała przewalone! 
- Ta Twoja Lidia jest psychiczna - powiedziała Emma - Sophie nic nie zrobiła złego! Masz jakieś dowody?! 
- Wierzę Lidii - odparłem. - Same jesteście psychiczne, powinnyście się leczyć! 
Miałem ochotę wykrzyczeć wszystko Sophie, jednak starałem się być opanowany i mówić w miarę spokojnie ze względu na to, że ludzie przechodzili obok. To było jednak bardzo trudne...
- Więc lepiej uważaj na przyszłość - zwróciłem się do Sophie, patrzyłem jej prosto w oczy. - Nie masz prawa zbliżać się do Lidii!
- Nie jestem lesbijką - zaczęła się głupio śmiać Sophie. - Za to chętnie zbliżę się do Ciebie... - wstała, i próbowała skoczyć mi na szyję, ale prędko się od niej odsunąłem.
- Ty serio jesteś nienormalna! - krzyknąłem.  
- Kotku, i tak będziesz mój - wyszczerzyła się Sophie - ta nudziara Lidia prędko przestanie Cię tak absorbować! Niby w czym ona lepsza ode mnie? 
- Zamknij się - syknąłem. - Jest od Ciebie lepsza absolutnie we wszystkim, i przede wszystkim, w przeciwieństwie do Ciebie ma olej w głowie! 
Wsiadłem na rower i odjechałem, nie było sensu rozmawiać z tymi idiotkami. 
Już dochodziła dziesiąta. Na szczęście, zdążyłem dotrzeć na czas.
Wszedłem do szatni, już większość kolegów była i się przebierała. 
- Marco, wreszcie jesteś - powiedział Kevin, podał mi rękę. - Jak tam? - zapytał, zakładając treningową koszulkę. 
- Szału nie ma - mruknąłem, siadając obok przyjaciela i wyciągając trykot do ćwiczeń. 
- Rozumiem - westchnął Kevin. 
Niebawem wszyscy już byli przebrani, do szatni wszedł trener. 
- Gotowi? - zapytał. - No to ruszamy! Trochę pracy nas dzisiaj czeka. 









*** 









Faktycznie, dziś po porannym obchodzie otrzymałam wypis. Cieszyło mnie to, że wrócę do domu, ale było mi wciąż niesamowicie smutno z powodu śmierci Roberta. 
Zadzwoniłam do Ewy, żeby po mnie przyjechała. Łukasz już zapewne trenuje z drużyną. 
Przyjechała niebawem, ale sama. Nie było z nią Sary...
- Sara będzie teraz chodzić do przedszkola - powiedziała Ewa - narzekała, że nudzi jej się w domu. A od września zacznie się zerówka. 
- Ach, rozumiem - odparłam.
- To zbieraj się i idziemy - powiedziała Ewa. 
Poszłyśmy niebawem do samochodu, pojechałyśmy do domu. 
- Chcesz coś zjeść? Zrobić Ci coś do picia? - zaczęła mnie pytać Ewa, gdy dotarłyśmy do domu. 
- Nie, dzięki - westchnęłam. - Nie mam ochoty.
- Lidia, coś się stało? - zapytała Ewa, bacznie na mnie spojrzała. - Znów odnoszę wrażenie, że... 
- Wczoraj się dowiedziałam - wybuchłam. - Robert nie żyje! - powiedziałam smutno. 
- Mój Boże... - westchnęła Ewa, spojrzała na mnie ponurym wzrokiem. - Niestety, kochanie, to prawda. Nikt Ci nie powiedział, bo nikt nie chciał Cię denerwować... 
- Nie wierzę, że już go nie ma - rozpłakałam się żałośnie. 
- Usiądź - Ewa kazała mi usiąść na sofie. Przyniosła mi zaraz melisę. 
- Nie możesz się denerwować, bo to zaszkodzi maleństwu - powiedziała. - Wypij to. 
Pokiwałam tylko głową i wypiłam tę melisę. Jednak zbytnio mi to nie pomogło. 
Przypomniała mi się chwila, w której się dowiedziałam o śmierci mojej mamy i siostry Martyny. Mój Boże... wszystko to stanęło mi w oczach. Temat śmierci był dla mnie od zawsze bardzo bolesnym i niewyobrażalnie smutnym tematem. 
- Sama również płakałam, gdy się dowiedziałam - powiedziała cicho Ewa. 
- Nie dziwię się - mruknęłam. 
Czułam, że tego dnia już nic nie uratuje. Siedziałam cały dzień w swoim pokoju, chciałam być sama. Tylko od czasu do czasu Ewa do mnie zaglądała, chcąc sprawdzić, czy wszystko ze mną w porządku. 
W tym tygodniu, w niedzielę, będę obchodziła dziewiętnaste urodziny. Będzie to czwartego sierpnia. 
Jednak sierpień był dla mnie smutnym miesiącem, ponieważ właśnie w sierpniu przed laty zginęła moja mama i siostra. Dokładniej - piętnastego sierpnia. 
Leżałam na łóżku, wpatrując się w sufit. Na uszach miałam słuchawki, w których leciała smutna muzyka. Nagle znów przyszła do mnie Ewa. 
- Łukasz wrócił z treningu, a wraz z nim przyszedł Marco - powiedziała. 
- To niech tu przyjdzie - powiedziałam. 
Za moment do mojego pokoiku wszedł blondyn. Bez słowa usiadł obok mnie, przytulił mocno. 
- Lidia, skarbie, co się stało? - zapytał czułym głosem. - Płakałaś? 
- Dowiedziałam się wczoraj - powiedziałam smutno - że Robert nie żyje, jakiś psychol go zastrzelił... 
Dla Marco również posmutniała mina.
- Niestety, kochanie, to prawda - powiedział. - Wtedy Ty byłaś w śpiączce. A ja byłem bliski obłędu. Dobrze, że Mario przyjechał, inaczej bym niechybnie zwariował... 
- Nie wierzę, że już go nie ma - powiedziałam. - Jeszcze nie tak całkiem dawno normalnie z nim rozmawiałam, a teraz...
- Rozumiem - powiedział Marco. - Będzie mi go bardzo brakować... był mi naprawdę bliski, sama wiesz. Ale Tobie nie wolno się denerwować... to może zaszkodzić dziecku... 
Jedną ręką zaczął gładzić mnie po brzuchu, drugą ręką zaczął muskać moje policzki. 
W końcu oboje położyliśmy się na moim łóżku, Marco zapewne był zmęczony po treningu. 
Leżałam wtulona w niego, on bawił się moimi kosmykami włosów. Wzajemnie się pocieszaliśmy...
Byłam niezmiernie wdzięczna losowi, że mam kogoś tak wspaniałego jak Marco... 



___________ 



Mam nadzieję, że nie rzygnęłyście tęczą z powodu słodkich rozmówek Marco i Lidii... i że rozdział choć trochę się podoba! :> 

BARDZO WAS PROSZĘ O KOMENTARZE!  

No i pragnę polecić wspaniałe blogi, naprawdę warto tam zajrzeć :) 



Buziaki! :* 
WildChild


+ jeszcze raz Was błagam, abyście linki do swoich blogów zostawiały w zakładce SPAM, a pod rozdziałami pisały wyłącznie opinie co do nich! 



czwartek, 11 lipca 2013

Rozdział 41.

- Mój Boże, co ja tu robię?!
Raziło mnie w oczy intensywne światło. Mrugałam szybko powiekami. Byłam w sali szpitalnej, wokół mnie kręciły się pielęgniarki...
- Nareszcie nasza pacjentka jest z nami - powiedziała jedna z nich, uśmiechając się szeroko. 
- Co ja... tu robię? - wydukałam. - Co się dzieje? 
- Spokojnie - powiedziała pielęgniarka, usiadła obok mojego łóżka. - Byłaś w kilkudniowej śpiączce. 
- Ale dlaczego? - zapytałam. - Co się stało? 
- Zapadłaś w tę śpiączkę na skutek pobicia - powiedziała pielęgniarka. - Ale nie martw się. Wszystko jest z Tobą w porządku. 
- A moje dziecko? - zapytałam zaniepokojona.
- Wszystko z nim jest dobrze - powiedziała pielęgniarka. - Naprawdę, nie masz czym się przejmować. Teraz leż spokojnie i odpoczywaj. 
Pobicie?! Jakie pobicie? Teraz zaczęłam sobie wszystko przypominać, co się wydarzyło kilka dni temu...
No tak, wyszłam na spacer, i wtedy straciłam przytomność. A przez kogo?! Zaczęłam zachodzić w głowę. Na szczęście, nie straciłam pamięci, musiałam tylko sobie wszystko przypomnieć i... przypomniało mi się, że to sprawka Sophie i jakiejś jej koleżanki! Tak! 
- Lidia! Witamy w świecie żywych - usłyszałam radosny głos Łukasza, który właśnie wszedł na salę z Ewą i Sarą. 
- Bardzo nam Ciebie brakowało, kochana - powiedziała Ewa. - Tak się cieszę, że się wreszcie wybudziłaś. 
- Mamy nadzieję, że nas pamiętasz - powiedział Łukasz. - Ewa, chyba doktor wykluczył amnezję... 
- Pamiętam, pamiętam - powiedziałam. - I nie tylko to. Pamiętam, że to Sophie z koleżanką mnie pobiły! Ktoś mi potem pomógł, ale tego nie mogę sobie przypomnieć. 
- To Ania - powiedziała Ewa. - Co? Sophie?! Teraz to przegięła - powiedziała wyraźnie zdenerwowana. 
- Coś jeszcze nasuwa mi się na myśl - powiedziałam. - Pamiętam, że byłam pokłócona z Marco, właśnie przez Sophie. 
- Zapomnij o tym - powiedział Łukasz. - To nie było nic szczególnego. 
- Serio? - zapytałam - spróbuję sobie przypomnieć...
- Nie możesz się teraz przemęczać - powiedziała Ewa. - Co do Marco, to niedługo tu przyjdzie Cię odwiedzić. Nie masz pojęcia, jak tęskni za Tobą. 
Na szczęście, pamięci nie straciłam. Byli przy mnie Ewa i Łukasz, przy nich czułam się bezpiecznie. Ale też koniecznie chciałam przypomnieć sobie powód kłótni. 
- Ewa, czy to naprawdę nie było nic takiego? - zapytałam. - Chodzi mi o tę kłótnię z Marco.
- Naprawdę, nic poważnego - powiedziała Ewa. - Niczym się nie martw. 
- A dziecko? Nic mu nie jest? - zapytałam kolejny raz.
- Wszystko z nim dobrze - powiedział Łukasz. - Ciekawe, jaka będzie płeć tego dziecka. 
- Chciałabym, żeby była to dziewczynka - powiedziałam i nagle... doznałam olśnienia. Przypomniała mi się sytuacja, której byłam świadkiem przed śpiączką. Szłam z Ewą na trening Borussii, kiedy to Sophie pocałowała Marco przed wejściem. Wszystko zauważyłam. Wtedy obraziłam się na niego, nie chciałam z nim rozmawiać, nawet nie dałam mu niczego wytłumaczyć. Ale też przypomniała mi się ta cholerna tęsknota, smutek, to, jak odczuwałam brak jego osoby. 
I nagle... przyszedł Marco, a ja poczułam, jak robi mi się ciepło na jego widok. 
- To my wyjdziemy, a wy sobie porozmawiajcie - powiedział szybko Łukasz i cała trójka wyszła.
Marco usiadł obok mojego łóżka. Chwycił mnie za dłoń...
- Kruszynko, nie masz pojęcia, jak mi Ciebie brakowało - powiedział. - Tak się cieszę, że już się wybudziłaś!
Spojrzałam mu prosto w oczy. 
- Marco, czy Ty jeszcze mnie kochasz? - zapytałam wprost. 
- Oczywiście - powiedział lekko zdziwiony. - Nie masz pojęcia, jak bardzo. Chyba nie myślisz, że zapomniałbym o Tobie? Przychodziłem tu codziennie, a Ty ciągle spałaś. I tak bardzo tęskniłem... 
- Marco, proszę Cię, zapewnij mnie, że to Sophie rzuciła się na Ciebie i Cię pocałowała - powiedziałam - pamiętam tę sytuację... 
- Przysięgam! To tylko i wyłącznie jej wina - powiedział łamiącym się głosem Marco. - Błagam Cię, uwierz mi, bo ja zwariuję, jeśli teraz mnie wyprosisz i nie będziesz chciała ze mną rozmawiać. Ja tak za Tobą tęskniłem, chcę z Tobą teraz spędzać jak najwięcej czasu, kochanie. 
Jego oczy się zeszkliły, ale było w nich widać, że mówi prawdę. Już nie mogłam dłużej wątpić w jego wierność. 
- Wejście na nasze boisko treningowe jest monitorowane, będę mógł Ci przynieść nagranie z tamtego dnia - szepnął Marco. - Żebyś uwierzyła...
- Nie musisz - szepnęłam. - Wierzę Ci. 
- Sophie jest chora psychicznie, to po prostu wariatka - powiedziałam. - Teraz to wiem. To ona mnie pobiła, razem z jakąś koleżanką. Przedtem wykrzykiwała, że Ty należysz do niej, i podobne rzeczy. Więc teraz Ci wierzę, że to ona rzuciła się Tobie na szyję, nie Ty jej. 
- Zamorduję ją - wściekł się Marco. - Co za psychol z tej dziewczyny! I może myśli, że jak będzie Cię szykanować czy rzucać mi się na szyję, to z nią będę?! Wolne żarty! Pójdę jej powiedzieć kilka słów prawdy - powiedział. 
- Nie odchodź teraz - jęknęłam. - Zostań teraz przy mnie.
- Oczywiście - szepnął, i pocałował mnie w policzek. 
- Zanim zapadłam w śpiączkę, z jednej strony, nie chciałam Cię widzieć, ale z drugiej, tak bardzo mi Ciebie brakowało - szepnęłam. - Obiecaj, że już nie dopuścisz do podobnych sytuacji, jak ta przed wejściem na boisko. 
- Obiecuję - powiedział Marco. - Już nigdy więcej nie dam się nawet tknąć palcem tej idiotce. 
- Cieszy mnie to - powiedziałam. - Mam nadzieję, że szybko mnie wypiszą. 
- Ja też - powiedział Marco. 
Blondyn przytulił się do mnie, nasze usta po chwili się spotkały. Czułam jego delikatny oddech na policzku... 
- Kocham Cię, Lidia - wyszeptał. 
- Ja Ciebie też, Marco - powiedziałam. 
Nagle na salę z powrotem wszedł Łukasz z dziewczynami oraz... Mario. 
- Cześć, Lidia - powiedział Mario. 
- Cześć - odparłam - dawno Cię nie widziałam, Mario! Co Cię sprowadziło do Dortmundu? - zapytałam przyjaźnie.
- Tęsknota za Marco - powiedział Mario. 
- Papużki nierozłączki - zaśmiałam się. 
Jakoś wszyscy, którzy mnie odwiedzili, nie tryskali humorami. Niby się cieszyli, że wróciła mi przytomność, ale jednak... można było z ich oczu wyczytać pewien smutek. A może to tylko moje złudzenie? 
Wszyscy spędzili jeszcze trochę czasu ze mną, aż w końcu musieli iść. 
- Jutro przyjdziemy, Lidia - powiedziała Ewa. - Trzymaj się.
- Do jutra - powiedział Łukasz. 
Piszczkowie wyszli, zostali jeszcze tylko na chwilę Marco i Mario. 
- Jutro na pewno przyjdę - powiedział Marco. - Trzymaj się, kochanie - powiedział i pocałował mnie w policzek. 
- Będę czekać - powiedziałam. 
- Do zobaczenia, Lidia - powiedział Mario, i chłopaki opuścili salę. 
Zostałam sama. Niebawem pielęgniarka przywiozła mi kolację. Zaczęłam jeść z apetytem, tyle dni nic nie jadłam ani nie piłam. 
Później już tylko leżałam i rozmyślałam o wszystkim. 











*** 









*oczami Marco* 






Wracając z Mario do domu, czułem niebywałą ulgę. Miewałem już myśli, że stan Lidii się pogorszy, że nieprędko się wybudzi, a zobaczyłem ją dziś przytomną. 
- Nie masz pojęcia, jaki kamień mi z serca spadł - powiedziałem.
- Mówiłem, że będzie wszystko w porządku - odparł Mario. 
- Żeby jeszcze żył Robert... - powiedziałem cichutko. 
- Wiem - westchnął Mario. - Będzie mi go strasznie brakować.
- A myślisz, że mi nie? - westchnąłem. - Nieprędko się pogodzę z jego śmiercią...
- Lidia jeszcze nie wie, prawda? - zapytał Mario.
- Nie - odparłem - nie wiem, czy jej powiedzieć. Bardzo lubiła Roberta, poza tym to taka wrażliwa dziewczyna, więc...
- Prędzej czy później się i tak sama dowie - powiedział Mario. - Przecież w mediach nie mówią o czym innym! 
- Wiadomo - westchnąłem. 
Gdyby Robert żył, zapewne od razu pobiegłbym do niego roześmiany, radosny, i powiedziałbym mu o tym, że Lidia się wybudziła ze śpiączki. 
Dotarliśmy do domu, już słońce zaczynało powoli się chować. 
Byłem zadowolony, że Mario był ze mną, wspierał mnie. Nie rozpamiętywałem już tamtego incydentu. Pozostawał jednak tym samym kochanym, życzliwym Mario, tym Mario, z którym się zaprzyjaźniłem przed laty. 
- Chodź, zjemy coś na kolację - powiedziałem.
- Ech... nie mam specjalnego apetytu - powiedział Mario.
- Ja też, no ale trzeba chociaż coś małego zjeść, na zdrowy rozsądek - powiedziałem. 
- No dobrze - powiedział Mario. 
Zjedliśmy po miseczce płatków kukurydzianych z mlekiem, wypiliśmy też po filiżance miętowej herbaty. 
Po kolacji wyszliśmy do ogrodu. Spacerowaliśmy po nim, podziwiając rosnące w nim kwiaty i krzewy. 
- Mario, pamiętasz, jak wielokrotnie pieliliśmy i podlewaliśmy te kwiaty? - zapytałem.
- Nigdy nie zapomnę - powiedział Mario. - Świetnie się przy tym bawiliśmy. 
- Ogrodnik miał mniej roboty - uśmiechnąłem się lekko. 
- Marco, mam nadzieję, że i Ty czasem mnie odwiedzisz w Monachium - powiedział Mario. 
- Pewnie - powiedziałem. - Jak tylko znajdzie się trochę czasu. Wiesz, pewnie teraz przed sezonem będzie więcej treningów, więcej roboty. 
- Normalka - przytaknął Mario. - Co roku tak jest. 
- Treningi bez Ciebie, Roberta, już nie będą takie same - powiedziałem. 
- Ja Ciebie rozumiem, ale wierzę, że będzie dobrze - powiedział Mario. - O ile obaj będziemy mogli, możemy codziennie wieczorem rozmawiać na Skype i wszystko sobie opowiadać. 
- Bardzo chętnie - odparłem. - Jak dobrze, że Lidia już się wybudziła, inaczej bym zwariował. Byłbym totalnie samotny. No, chyba że Mats i Kevin...
- Kevin? - odezwał się ponuro mój przyjaciel. - Odnoszę wrażenie, że on już w ogóle mnie nie lubi, odkąd się dowiedział o moim transferze do Bayernu. Traktował mnie chłodno, z dystansem.
- Cóż, jest wychowankiem Borussii - powiedziałem. 
- My obaj też - powiedział Mario - ale on nigdy nie był ze mną tak blisko, jak Ty. Ty się ode mnie przecież nie odwróciłeś. 
- Nie mam zamiaru - odparłem. 
- Cieszy mnie to - Mario wbił wzrok w krzew żółtych róż. 
Pospacerowaliśmy jeszcze przez kilkanaście minut po ogrodzie. Delikatny wiatr pochylał smukłe drzewa rosnące wokół. Słońce chowało się za horyzontem. 
Niebawem poszliśmy do domu, ale żadnemu z nas nie chciało się spać. Wobec tego włączyłem TV, oglądaliśmy jakieś seriale. 
Nagle zadzwoniła moja komórka. Ku mojemu zadowoleniu, to Lidia mnie namierzała.
- Hej, kochanie - przywitała się. 
- Cześć, skarbie - powiedziałem ucieszony. 
- Wiesz co? Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, to może dostanę wypis już w poniedziałek - powiedziała moja ukochana.
- Naprawdę? To świetnie! - powiedziałem. - Tak długo czekałem, aż stamtąd wyjdziesz!
- Też się cieszę - powiedziała Lidia. - A co teraz robisz? 
- Oglądam TV z Mario - odparłem. 
- Nieźle - skomentowała Lidia - ja tu nie mam nic do roboty, tylko leżę i wpatruję się w sufit. 
- Współczuję - westchnąłem. - Jutro przyjdę do Ciebie, to nie będziesz się nudziła - dodałem. 
- Będę czekać - powiedziała Lidia. - Muszę kończyć, skarbie, bo mam mało pieniędzy na koncie. 
- Rozumiem - odparłem - więc do jutra, słonko!
- Do zobaczenia, Marco - odparła Lidia i się rozłączyła. 
Pooglądaliśmy jeszcze telewizję przez jakiś czas. Niebawem zaczęły nam kleić się powieki, więc poszliśmy spać. 










*** 









Tak jak obiecałem mojej ukochanej, poszedłem ją odwiedzić w niedzielny ranek. Towarzyszył mi Mario. 
Później wpadł Łukasz z Ewą, nie zabrakło również małej Sary. Lidia jak dotąd się nie dowiedziała o śmierci Roberta... 
Nikt jej nie powiedział, gdyż zapewne nikt nie chciał jej denerwować. Ale każdy wiedział, że i tak się wkrótce dowie... 
Mario miał pociąg o piętnastej. Powiedziałem Lidii, że odprowadzę mojego przyjaciela na dworzec i niedługo do niej wrócę. 
- Mario, jeszcze nie odjechałeś a już za Tobą tęsknię - westchnąłem, gdy szliśmy na dworzec kolejowy. 
- Niestety, muszę wracać - powiedział Mario. - Ja też będę tęsknił. 
Pokiwałem tylko głową. Staliśmy przez kilka minut na peronie, aż w końcu nadjechał pociąg Mario.
- Naprawdę, ciężko mi się z Tobą żegnać - powiedział Mario i przytulił mnie mocno. Kątem oka zauważyłem, że kilka metrów od nas stoi dwóch typów z aparatami. 
Zdążyłem jeszcze cmoknąć Mario w policzek, i skierował się do pojazdu. Poczekałem, aż pociąg odjedzie. W końcu ruszył, Mario zdążył nawet mi jeszcze pomachać przez okno. 
Nie było co tu robić dłużej. Zatem poszedłem z powrotem do szpitala, spędzić jeszcze trochę czasu z Lidią... 



______________________ 




OMG. Kolejny nieudany rozdział. 
Mam nadzieję, że mi wybaczycie... 
Musiałam pogodzić Lidię z Marco. Bo strasznie dużo było tego nieszczęścia, już nie miałam serca dalej trzymać głównych bohaterów pokłóconych. 
Ale rozdział i tak jednym słowem BEZNADZIEJNY. 

Buziaki! :* 



+ proszę, błagam i przypominam, żeby linki do swoich blogów zostawiać w zakładce SPAM, a pod rozdziałami chciałabym, żeby były tylko opinie co do nich! 




poniedziałek, 8 lipca 2013

Rozdział 40.

*oczami Marco* 




Spałem słabo i niespokojnie. Obudziłem się około siódmej rano. Czułem się zmęczony zarówno fizycznie, jak i psychicznie. 
Mario jeszcze spał, opierał się o mnie. Delikatnie wstałem, żeby go nie obudzić, poszedłem się przebrać, po czym zrobiłem sobie mocną kawę. Do tego kilka herbatników. Ostatnimi dniami niemalże nic nie jadłem, smutek całkowicie odebrał mi apetyt. 
Nie tylko tej nocy słabo spałem, poprzednimi również. Wyglądałem mizernie, świeczki w oczach, blada cera... Jednak mój stan psychiczny wyglądał o wiele gorzej niż twarz. 
Popijałem powolnymi łykami kofeinowy napój, gdy do kuchni przyszedł Mario. 
- Jak tam, Marco? - zagadnął mnie.
- Marsz żałobny - westchnąłem. - Chcesz coś do picia? 
- Zrób mi kawę - poprosił. 
Spełniłem prośbę przyjaciela. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przez chwilę w ciszy, którą Mario złamał. 
- Marco... - powiedział łamiącym się głosem - czy Ty masz pojęcie, jaką pustkę czuję? Liczyłem, że jeszcze wielokrotnie go spotkam, że jeszcze sobie z nim porozmawiam, pośmieję się... - Mario wbił wzrok w blat stołu. 
- Moje odczucia są identyczne, jak Twoje - powiedziałem cicho. - Chciałbym, żeby to był zły sen, z którego się zaraz wybudzę. 
- Nie wierzę, że już nie ma Roberta - jęknął Mario. Wyglądał tak smutno, z jego oczu aż biło przygnębienie. - Po prostu nie wierzę! 
Wziąłem dwa łyki kawy, podszedłem do okna. Mimo, że był lipiec, termometr wiszący za oknem wskazywał temperaturę piętnaście stopni Celsjusza. Słońce schowało się za chmurami, powiewał delikatny wiatr. 
- Mario, pójdziesz później ze mną do szpitala? - zapytałem. - Chcę odwiedzić Lidię... a może zastanę już ją przytomną? 
- Oczywiście, że pójdę - powiedział Mario. - Nie ma problemu, kochany. 
- Żebym tak wiedział, co to za jedne ją tak urządziły... - syknąłem. - Wiem, że kobiet się nie bije, ale w tym przypadku byłbym gotów odstąpić od swoich zasad! 
- Nie dziwię się Tobie - powiedział Mario. 
- I nie poniosły żadnej kary - powiedziałem. - Jak iść na policję, skoro nie ma żadnych dowodów, a poza tym już minął pewien czas? 
- Ile to już było takich przypadków - powiedział Mario. - Wielu ludzi popełnia przestępstwa bezkarnie.
- Świat schodzi na psy - powiedziałem. 
- Żebyś wiedział - Mario pokiwał głową. 
Popijaliśmy kawę, rozmawialiśmy o wszystkim. Wreszcie mogliśmy sobie dłużej pogadać, nie musieliśmy się śpieszyć. 
- Mamy całą sobotę dla siebie - powiedział Mario. 
- Cieszę się - odparłem. - A o której jutro masz pociąg? 
Mario dojechał do Dortmundu pociągiem, i miał powrócić do Monachium tym samym środkiem transportu. 
- O piętnastej - powiedział. - To ten ekspresowy, więc szybko dojadę do Monachium. 
- Będzie mi Ciebie brakowało - powiedziałem. - Będzie tak pusto na treningach. 
- Ja też będę odczuwał brak Twojej osoby - powiedział Mario. - Jednak życie zawodowe, a prywatne to dwie różne sprawy. Pragnę się rozwijać jako piłkarz, ale też zależy mi na naszej przyjaźni. Tyle lat już się znamy, mamy tyle fajnych wspomnień, nie możemy tego zaprzepaścić... 
- Wiem, Mario, wiem - westchnąłem. - Wszystko mi to mówiłeś tamtego wieczoru, gdy mi zakomunikowałeś, że odchodzisz do Bayernu. 
Świetnie pamiętałem tamten wieczór. Mario zaprosił mnie na spacer do parku. Gdy mi powiedział, że będzie grał w Bayernie, nie mogłem początkowo w to uwierzyć. Później długo płakałem. 
- Pamiętam - powiedział Mario. - A ja nawet wczoraj nie mogłem jakiejś ładnej wiązanki kupić Robertowi, może dziś to zrobię? 
- Więc chodźmy - powiedziałem. - A później pójdziemy do szpitala, do Lidii. 
Już było kilka minut po ósmej rano. Ubraliśmy się i wyszliśmy z domu. 
- Marco... - odezwał się Mario.
- Tak? 
- Wiesz, że wielu fanów Borussii mnie teraz szczerze nienawidzi - zaczął - co, jak teraz natknę się na takowych i... 
- Spokojnie - przerwałem mu - przy mnie nic Ci nikt nie zrobi. 
- A co, jak jakaś większa banda takich wyskoczy? 
- Niepotrzebnie się nakręcasz - powiedziałem - a nawet jakby takowa banda wyskoczyła, to...
- ...obronisz mnie - dokończył Mario. - Ochroniarzu Ty mój - zachichotał. 
- No pewnie - powiedziałem. 
Dotarliśmy do pobliskiej kwiaciarni, Mario wybrał wiązankę, zapłacił i skierowaliśmy się na cmentarz. Podjechaliśmy autobusem miejskim. 
Na cmentarzu nie było nikogo widać.
- No widzisz - powiedziałem - nikogo nie ma, nie masz się czego bać. 
- Faktycznie - zgodził się ze mną Mario.
Dotarliśmy do grobu naszego przyjaciela. Ale jakże wielkie było moje oburzenie, gdy zobaczyłem... worek ze śmieciami leżący na wszystkich wiązankach pokrywających ten grób. 
- Co za idiota rzucił tu ten worek?! - zdenerwowałem się. 
- Brak słów na takich ludzi - skomentował Mario. - Zero szacunku dla zmarłego... 
- Pójdę wyrzucić ten worek - powiedziałem. - Gdzieś tu powinien być cmentarny śmietnik. 
Wziąłem ten worek i poszedłem szukać śmietnika. Nie od razu go znalazłem. W końcu jednak go odszukałem, wyrzuciłem śmieci, i skierowałem się w stronę grobu Roberta...
Jednak już z dala usłyszałem jakieś krzyki dochodzące stamtąd. 
- Czego tu szukasz, judaszu?! - wrzeszczał ktoś. 
- Wypierdalaj do swojego Monachium! - wtórował ktoś. 
Od razu się domyśliłem, o co chodzi, i przyśpieszyłem kroku. Jakaś grupka  facetów z szalikami Borussii na szyjach wygrażała Mario. Jeden z nich trzymał go za szyję...
- Puść go! - krzyknąłem. - Zaraz zadzwonię na policję, jak go zaraz nie zostawicie! 
- Dzwoń! - krzyknął łysol - niech mnie do więzienia wsadzą, ale zdrajca musi dostać za swoje! 
Wyciągnął scyzoryk z kieszeni, zaczął go przystawiać do twarzy Mario... 
Przestraszyłem się na maksa. Trzeba było szybciutko działać - kopnąłem w krocze kolesia trzymającego nóż, następnie szybko uderzyłem w twarz typa trzymającego Mario, i daliśmy nogę. Jednakże tamci łatwo nie dali za wygraną, zaczęli nas gonić. Mario wyglądał na naprawdę przestraszonego.
W końcu udało nam się ich zgubić. Przystanęliśmy, chcąc złapać oddech.
- Marco, dziękuję - powiedział jeszcze roztrzęsiony Mario i przytulił się do mnie. - Widzisz, moje obawy były słuszne - wymamrotał. 
- Nie martw się - próbowałem go pocieszyć. - Już wszystko dobrze, jesteś ze mną... 
- Całe szczęście - powiedział Mario. - Aż struchlałem, jak mi przystawił ten nożyk do twarzy.
- Każdy czułby to samo, co Ty - powiedziałem. - Nie rozpamiętuj już tego, Mario. Chodźmy lepiej do szpitala. 
- No dobrze - powiedział Mario. 
Zatem poszliśmy do szpitala, Mario cały czas niespokojnie rozglądał się wokół. Na szczęście, już nie natknęliśmy się na taką szajkę, jak na cmentarzu. 










*** 









W szpitalu zastaliśmy Ewę, Sarę i Łukasza, siedzieli przy łóżku Lidii. Ona dalej pozostawała nieprzytomna. 
- O! Mario - Łukasz poderwał się z krzesła, przywitał się z Mario. - Dawno Cię nie widziałem.
- Wczoraj przyjechałem na pogrzeb - powiedział Mario - tyle że z opóźnieniem. Mogłeś mnie nie zauważyć.
- Lidia wciąż się nie wybudziła - powiedziała smutno Ewa. - Brakuje nam jej, w domu jest tak pusto i ponuro bez niej. 
- Śmierć Roberta, śpiączka Lidii... Gorzej być nie mogło - powiedziałem. 
- Nie wierzę, że Robert nie żyje - powiedział Łukasz. - To dla mnie takie nierealne... 
Sara siedziała smutna na krześle i wpatrywała się w Lidię. 
- Mamuś! Ona nie umarła, prawda? - dopytywała się. - Ona tylko śpi? 
- Tak, skarbie, tak - próbowała ją pocieszyć Ewa. - Wszystko będzie dobrze!
- Oby - mruknąłem. 
Piszczkowie posiedzieli jeszcze z dziesięć minut, po czym pożegnali się z nami i wyszli. 
Usiadłem przy Lidii, wziąłem ją za rękę. Aż łzy się cisnęły mi do oczu. 
- A co, jeśli ona już nigdy się nie wybudzi? - zwróciłem się do Mario, mówiłem ponurym tonem.
- Wybudzi się - próbował pocieszyć mnie Mario. - Na pewno! 
- Moja biedna Lidia... - jęknąłem. - Czemu to ją musiało spotkać?! 
Na salę weszła pielęgniarka. 
- Przepraszam, ale panowie teraz muszą opuścić salę - powiedziała - musimy zrobić naszej pacjentce pewne badania. 
Pokręciłem tylko głową z rezygnacją. Szybko złożyłem na czole Lidii delikatny pocałunek i wyszliśmy. 
- Ja to już kompletnie jestem zdołowany - powiedziałem, gdy wracaliśmy do domu. - Nic, tylko upić się, zasnąć i zapomnieć o tym wszystkim... 
- To byłaby tylko chwilowa odskocznia - stwierdził Mario. 
Jednakże wstąpiłem do sklepu i kupiłem nieco procentowych napojów. Mario nie próbował mnie powstrzymywać. 
Wróciliśmy do domu. Od razu otworzyłem sobie piwo, naturalnie przewidziałem też i dla mojego przyjaciela. 
Siedzieliśmy w salonie, lecząc smutki alkoholem. Każdy z nas wypił po trzy piwa, ale ja miałem w zanadrzu coś jeszcze. Wyciągnąłem flaszkę, sok pomarańczowy i zacząłem robić drinki. 
- Obyśmy się tylko nie potruli - powiedział Mario.
- Spokojnie - mruknąłem, wlewając wódkę do szklanek. 
Mario się nie opierał, był w takim samym złym stanie psychicznym jak i ja. 
W końcu opróżniliśmy całą butelkę. Poczułem, jak ten spożyty przeze mnie alkohol uderza mi w głowę. 
Wstałem, poczułem, że procentowe napoje uderzyły też w moje nogi. 
- Muszę się położyć - powiedział Mario, który również był już pijany.
- Chodźmy na górę - wymamrotałem. 
Położyłem się na swoim łóżku, Mario obok mnie. Leżeliśmy obok siebie, sen nas nie zmógł, jeszcze byliśmy w stanie rozmawiać... 
- Ale mnie łeb teraz boli - jęknął Mario. - Wódka i piwo to kiepska mieszanka.
- Mnie też - wymamrotałem - zaraz zasnę, nie będę niczego czuł. 
- Może pójdę do gościnnego? - zapytał słabym głosem Mario - nie będę Ci...
- Leż - odparłem - tam jest nieposłane, a ja nie mam sił już wstawać. Nie przeszkadzasz mi. 
- Dobrze, dobrze - mruknął Mario. 
Zamknąłem oczy, starałem się usnąć. Nagle Mario zwlókł się z łóżka i gdzieś pobiegł. 
- Mało brakowało, a zwymiotowałbym Ci na plecy - powiedział, gdy wrócił z powrotem. 
- Ale już lepiej? - zapytałem.
- Tak - ziewnął. 
- Śpij - powiedziałem. - To będzie najlepszym wyjściem. 
Sam zamknąłem oczy, starałem się usnąć. I w końcu odpłynąłem do krainy Morfeusza... 









*** 










- Ale się upiłem... - pomyślałem, gdy tylko otworzyłem oczy. - Chyba przesadziłem. 
Zegarek stojący na szafce nocnej wskazywał osiemnastą trzydzieści. 
Spałem na brzuchu. A Mario, nie wiadomo jakim cudem, spał na moich plecach. 
Usiadłem na łóżku, mrugałem intensywnie powiekami. Mario też zaraz się obudził.
- Mario? Żyjesz? - wymamrotałem.
- Głowa mnie boli - jęknął. - Daj mi jakieś tabletki. 
Zajrzałem do szafki, wyciągnąłem z niej paczkę tabletek przeciwbólowych. Była także opróżniona do połowy butelka wody mineralnej. Obaj zażyliśmy po dwie sztuki, mieliśmy nadzieję, że szybko zadziałają. 
Teraz pożałowałem, że aż tak się napiłem. I tak nie zmieniło to sytuacji. Robertowi nic życia nie przywróci. Co do Lidii, to też nie zmieniło niczego. To była chwilowa odskocznia, i nic więcej... 
Sięgnąłem po komórkę. Zauważyłem kilka nieodebranych połączeń od Łukasza. 
Naturalnie zaraz oddzwoniłem. 
- Halo? Łukasz? Wybacz, że nie odbierałem, ale...
- Hej, Marco - usłyszałem Łukasza. - Mam dobrą wiadomość dla Ciebie!
- Lidia się wybudziła?! - zapytałem z nadzieją. 
- Tak, pół godziny temu - powiedział radośnie Łukasz. 
- To super - ucieszyłem się. - Niedługo tam będę! 
Rozłączyłem się, spojrzałem uradowany na Mario.
- Lidia się obudziła - powiedziałem - czujesz to?! 
- Wspaniale - ucieszył się Mario. - Trzeba do niej jechać!
- Trzeba, trzeba - powiedziałem. - Zbieraj się zatem. 
Tak długo czekałem na ten moment... 







_________________ 




Tragedia, tragedia, i jeszcze raz tragedia. Oczywiście chodzi mi o powyższy rozdział.
Grr... -.- naprawdę, nie popisałam się. 


Nie mogę się doczekać ligowych meczów Borussii, nie wiem jak Wy :) 
Póki co, ładnie im w towarzyskich idzie :) dziś z Magdeburgiem 3:0, w sobotę z SAT1-Allstars 9:1 :) to się chwali! 
No i czekam na 27 lipca... czyli Superpuchar Niemiec :3 


Jesteś tu już? Zostaw pamiątkę! 


Buziaki! 
WildChild