wtorek, 23 lipca 2013

Rozdział 45.

Marco drżał, twarz schował w dłoniach. Z zaniepokojeniem objęłam go ramieniem.
- Co się z Tobą dzieje? - powtórzyłam pytanie.
- Lidia... przed chwilą wróciło do mnie straszliwe wspomnienie - powiedział cichutko. 
Nic dalej nie rozumiałam. Co to mogło być za wspomnienie? I wróciło do niego w takim akurat momencie? Potrzebowałam szerszego objaśnienia... 
- Jakie wspomnienie? - zapytałam delikatnie. 
- Jesteś pewna, że chcesz wiedzieć? Nie chciałbym Cię smucić w Twoje urodziny - powiedział mój ukochany.
Jego ton był pełen bólu, jeszcze pięć minut temu był radosny i zadowolony, a teraz jego nastrój uległ diametralnej zmianie. 
- Mów śmiało - powiedziałam. 
Marco, nim zaczął wyjaśniać, o co chodzi, pociągnął mnie na swoje kolana, przytulił mnie mocno.
- Teraz zrozumiesz, dlaczego tak się denerwowałem, kiedy widziałem Cię palącą lub jeżdżącą rowerem, dlaczego tak się bałem o nasze dziecko - powiedział powoli Marco. 
Wreszcie odkryję, dlaczego Marco się tak zachowywał, co nim kierowało... 
- Nigdy Ci nic nie mówiłem o mojej rodzinie... jak pytałaś raz czy dwa, zmieniałem temat - powiedział Marco. - Ale teraz Ci coś opowiem o mojej matce. 
- Słucham - powiedziałam cicho. 
- Zacznę od tego, że nie mam w ogóle rodzeństwa, a bardzo bym chciał je mieć - powiedział Marco. - Kiedy miałem dziesięć lat, moja mama znów zaszła w ciążę. Pamiętam, jak bardzo się z tego powodu cieszyłem. Chyba jednak moja mama nie za bardzo, gdyż uwielbiała palić, wypić, wcale od tego nie stroniła. A ja już jako taki młody chłopiec wiedziałem, że to szkodliwe dla maleństwa. Mówiłem jej to wielokrotnie, ale ona kazała mi siedzieć cicho. Ojciec nie próbował jej powstrzymywać. Skarbie... ta jej ciąża miała tragiczny finał. Matce powinęła się noga na schodach i runęła jak długa na brzuch. Dziecko tego nie przeżyło. Czasami się zastanawiałem, czy nie zrobiła tego specjalnie - opowiadał z goryczą. - Poza tym, nawet gdyby nie ten wypadek, mogłaby poronić, nie żałowała sobie przecież alkoholu czy papierosów, szczególnie na spotkaniach z przyjaciółmi. Jakiś czas później, rozwiodła się z tatą, i wyjechała do Stanów. Zostawiła mnie samego. W USA zaczęła nowe życie. Nie wiem nawet, czy jeszcze żyje, jak się ma. Tata, kiedy miałem czternaście lat, poznał nową kobietę... on też mnie zostawił. Wyjechał z tą kobietą do Monachium. Nie mam z nim kontaktu. Dorastałem i mieszkałem u mojej babci. Chciałem czy nie, musiałem szybko dorosnąć. Jedyną moją ucieczką od tego wszystkiego był futbol. Na boisku zapominałem o wszelkich kłopotach. I tak to się wszystko potoczyło... 
Słuchałam jego opowieści z zapartym tchem. Jednakże on miał coś jeszcze do dodania. 
- Grałem w Rot Weiss Ahlen, później przeniosłem się do Borussii Moenchengladbach. Poznałem Caroline. Zaszła ze mną w ciążę... wtedy się zaczęło. Ona była taka jak moja matka! Nie stroniła od imprez, uwielbiała sączyć drinki, palić papierosy, całą noc tańczyć na parkiecie. Kiedy jej zwracałem uwagę, wyśmiewała mnie. Skończyło się na tym, że poroniła, wszystkiemu winny był jej tryb życia. Picie, palenie, wymęczanie organizmu przez całonocne wygibasy, to wszystko sprawiło, że Caro poroniła. Jakiś czas po tym się rozstaliśmy. Nie byliśmy dla siebie stworzeni. Caroline na odchodnym nazwała mnie nudziarzem i powiedziała, że znajdzie sobie bardziej imprezowego faceta. 
Wszystko już zrozumiałam w stu procentach. Kiedy Marco mnie dziś zobaczył spadającą ze schodów, przypomniało mu się, jak to jego matka się przewróciła i straciła dziecko. A Marco tak pragnął mieć rodzeństwo. 
I zrozumiałam, dlaczego Marco był taki troskliwy i nad wyraz opiekuńczy wobec mnie. Za wszelką cenę chciał, abym nie skończyła tak jak jego matka czy Caroline, żebym nie poroniła. 
- Już teraz wszystko rozumiem - powiedziałam, wtulając się w blondyna. - Czemu nic wcześniej nie powiedziałeś?
- Ciężko mi o tym rozmawiać, kochanie - powiedział Marco. - Niewiele osób o tym wie. Oczywiście Mario wie... Robert też wiedział - dodał ponuro. 

- Teraz dokładnie wiem, dlaczego mnie tak ścigałeś - powiedziałam. 
- Po prostu pragnę, abyś urodziła to dziecko, żeby było zdrowe - powiedział Marco. - Chcę z Tobą stworzyć kochającą się rodzinę. Sam takowej nie miałem. Matka uwielbiała życie towarzyskie, często nie było jej w domu, mało kiedy spędzała ze mną i z ojcem czas. Tata przeważnie siedział w pracy, a gdy nie pracował, wychodził z kolegami. Gdy oboje rodzice byli w domu, często się kłócili, potem na jakiś czas godzili, i znów kłótnia. Wielokrotnie odwiedzała nas babcia, gotowała mi obiad albo pomagała w lekcjach. Czasami również rozmawiała z rodzicami. 
- Marco... nie wiem, co powiedzieć... - głos mi się załamał. 
- Nic nie musisz mówić - powiedział cicho. - Serio, pragnę, abyś urodziła to dziecko, zobaczysz, zrobię wszystko, żebyśmy byli szczęśliwą rodziną. Te maleństwo jeszcze bardziej zbliży nas do siebie, skarbie. 
Naprawdę, nie wiedziałam, co powiedzieć. Marco był taki kochany i troskliwy. Nieczęsto się takie osoby zdarzają na tym świecie. 
I okazało się, że i ja, i on, pochodzimy z takich rodzin, w których nie było miłości. I że oboje potrzebujemy tego uczucia. Byliśmy dla siebie idealni, pasowaliśmy do siebie w stu procentach. 
- Lidia, chodźmy do jacuzzi się trochę odprężyć - powiedział Marco. 
- To chodźmy - powiedziałam. 
Marco wziął mnie na swoje silne ręce i zaniósł mnie na górę. Napuścił gorącej wody do ogromnej wanny, która zaczęła bulgotać, jak to w jacuzzi. Dysze również zostały włączone. 
Nie tracąc czasu, rozebraliśmy się i wskoczyliśmy do wody. Czułam jak dysze pieszczą moje plecy. Woda wokół bulgotała, co zapewniało przyjemność mojemu ciału. 
- Jak samopoczucie? - zapytałam, chcąc przełamać ciszę. 
- Teraz troszkę lepsze - powiedział Marco. 
- Marco, błagam Cię, nie dręcz się już - powiedziałam. - Będę dbała o siebie i dziecko. Zobaczysz, że będziemy we trójkę szczęśliwi. Już nie tknę alkoholu ani papierosa, póki nie urodzę i nie skończę karmić dziecka piersią. 
- Nie masz pojęcia, jak cieszą mnie te Twoje słowa - uśmiechnął się Marco. 
- A ja się cieszę, kiedy Ty się uśmiechasz - powiedziałam i zbliżyłam swoje usta do ust mojego chłopaka. Zaczęłam go delikatnie całować, on to chętnie podjął. 
Faktycznie, taka kąpiel w jacuzzi była naprawdę relaksująca. Marco miał dobry pomysł, kupując coś takiego do swojego domu. 
Marco znienacka złapał mnie i położył na wodzie, przez co zmoczyłam sobie włosy. 
- Ej no, nie miałam zamiaru dziś myć głowy - powiedziałam.
- No i co z tego - zaśmiał się. - Mogę Cię podtopić? 
- Dręczyciel - zaśmiałam się. 
Trzymał mnie całą, moje włosy pływały, ponad taflą wody wystawała tylko moja twarz. 
- Może Ci daruję, jak mi coś obiecasz... - uśmiechnął się zawadiacko.
- Humorek, widzę, wrócił - uśmiechnęłam się.
- Ha, bo z Tobą przebywam - odparł. 
- Co mam Ci obiecać? - zapytałam, choć się już domyślałam.
- Chodźmy do sypialni, to sama zobaczysz...
- Osz Ty zboczeńcu, tylko jedno Ci w głowie - powiedziałam. 
Udało mi się z powrotem usiąść, znienacka strzeliłam blondynowi w ucho.
- Au! - złapał się za ucho. - Lidia!
- Słucham Cię, kochanie? 
- To bolało! 
- I dobrze - zachichotałam.
- Wredna, wredna ta Lidia, ale i tak kochana - pocałował mnie w skroń. - Chodźmy już do sypialni... 
- Za moment - odparłam, oparłam się wygodnie, pozwalając dyszom masować moje plecy. 
- Chyba, że wolisz tutaj - zaśmiał się Marco. - Mi tam obojętnie... 
- Zboczeniec - mruknęłam. Wyszliśmy w końcu z wanny, Marco nawet nie dał mi się okręcić w ręcznik, tylko od razu wziął mnie na ręce i pośpieszył ze mną do sypialni. 
Położył mnie na łóżku, sam również się położył i pociągnął mnie na siebie, całując delikatnie. Jego dłonie gładziły całe moje ciało. Ja zajęłam się masowaniem jego pleców, rysowałam palcami kółka na nich. 
Oboje potrzebowaliśmy bliskości i czułości...
- Jesteś piękna - wyszeptał Marco między pocałunkami. 
Po kilku chwilach mój ukochany przeszedł do rzeczy. Cały czas trzymał mnie w ramionach i patrzył mi głęboko w oczy. 
Po wszystkim, położył się obok mnie, objął mnie w pasie.
- Jesteś boska, wiesz? - powiedział cicho. 
- Mój Ty niewyżyty blondasie - uśmiechnęłam się i cmoknęłam go w szyję.
Leżeliśmy w pachnącej pościeli, upojeni sobą. 
Poleżeliśmy jeszcze tak razem przez jakiś czas, później poszliśmy pooglądać TV. 
Marco akurat natrafił na jakiś horror, z czego się ucieszył.
- Ale super - ucieszył się. - "Teksańska masakra piłą mechaniczną" akurat się zaczyna!
- O nie - jęknęłam - będę miała koszmary! 
- Nie będziesz - Marco pogładził mnie po głowie z uśmiechem, pociągnął mnie na swoje kolana. 
Film się zaczął. Marco oglądał z zaciekawieniem. Ja również, chociaż niektóre sceny były tak przerażające, że nie wytrzymywałam i chowałam twarz na torsie Marco. 
Jednak jego nic nie przerażało. 
Horror skończył się po dwóch i pół godzinie. Marco wyłączył TV, poszliśmy do sypialni. 
Byłam ubrana w koszulkę nocną, którą dostałam od niego. On miał na sobie tylko niebieskie bokserki i białą koszulkę bez rękawów. 
Położyłam się wygodnie, przykryłam się mięciutką kołdrą. Marco przysunął się do mnie, przytulił mnie do siebie. Leżałam z głową wtuloną w jego tors, co bardzo mi odpowiadało. Od blondyna biło takie niesamowite ciepło. W końcu powoli usnęłam... 








*** 







Obudziły mnie promienie słońca. Leżałam w objęciach Marco, który jeszcze słodko spał. 
Wokół panowała nieskazitelna cisza. Wsłuchałam się w bicie serca mojego ukochanego. 
Marco miał trening o dziesiątej. Przedtem obiecał mnie odprowadzić do domu. 
W końcu on również się obudził. 
- Hej, kochanie - powiedział i na dzień dobry cmoknął mnie w usta.
- Hej, słodziaku - uśmiechnęłam się.
- Jak się spało? - zapytał.
- Wygodnie - odparłam. 
- To się cieszę - powiedział i usiadł na łóżku. - Dopiero wpół do dziewiątej. Chodź, zjemy coś na śniadanie, a potem Cię odprowadzę do domu.
- Okej - odparłam. 
Podniosłam się z łóżka, ubrałam się, pościeliłam łóżko, gdyż mój ukochany już popędził na dół.
Uczesałam się w koka i również poszłam na dół. 
- Co byś zjadła? - zapytał Marco.
- A co masz dobrego? - odpowiedziałam pytaniem. - Masz płatki kukurydziane? 
- Mam - odparł Marco. 
Zjadłam miseczkę płatków kukurydzianych z mlekiem, natomiast Marco spożył kilka kanapek z szynką i serem, oraz jajecznicę ze szpinakiem. Musiał dostarczyć sobie energii, gdyż na treningu na pewno dostanie z chłopakami wycisk od Kloppa. 
Po śniadaniu wzięłam swoje rzeczy, i Marco odwiózł mnie samochodem do domu. Mieliśmy iść piechotą, ale jednak jemu zachciało się przejażdżki. 
- Do zobaczenia - powiedziałam, chcąc wysiąść.
- A buziak na pożegnanie? - upomniał się Marco.
- Proszę - powiedziałam, przybliżyłam swoją twarz do twarzy Marco, pozwalając mu złożyć na moich ustach gorący pocałunek.
- Miłego treningu - uśmiechnęłam się na odchodne.
- Dziękuję - powiedział Marco. - Hej, jak coś, to mogę podrzucić Łukasza na trening.
- Okej, to zaraz mu powiem - powiedziałam. - Na pewno jest jeszcze w domu. 
Wysiadłam z auta, poszłam do domu. Faktycznie, Ewa i Łukasz przesiadywali jeszcze w kuchni. 
- O, nasza Lidia wróciła - uśmiechnął się Łukasz.
- Łukasz, jeżeli chcesz, to Marco może Cię podrzucić na trening, akurat mnie odwiózł, jeszcze nie odjechał - powiedziałam.
- Okej! Dobrze się składa - powiedział Łukasz. Dokończył konsumpcję kanapki z kiełbasą, wziął torbę treningową i pośpieszył do drzwi frontowych. - Do zobaczenia po południu!
- Miłego treningu! - krzyknęła za nim Ewa. 
- Sara już w przedszkolu? - zapytałam.
- Tak, na ósmą ją zawiozłam - powiedziała Ewa. - To taki ranny ptaszek.
- Ma to po mamusi - zaśmiałam się.
- No pewnie - powiedziała Ewa. - Chcesz coś zjeść?
- Nie, dzięki, u Marco jadłam - powiedziałam.

- Rozumiem - Ewa zaczęła sprzątać ze stołu. 
Wyszłam do ogrodu, usiadłam sobie na leżaku. Słońce się schowało, ale dalej było bardzo ciepło. 
Posiedziałam sobie chwilkę na świeżym powietrzu, po czym wróciłam do domu. Zauważyłam, że Ewa z kimś rozmawia przez telefon. Aby jej nie podsłuchiwać czy krępować, poszłam do siebie do pokoju, na górę. 
Leżałam rozmarzona ze słuchawkami w uszach, wpatrując się w widoki, które miałam za oknem, gdy nagle do pokoju przyszła Ewa. Odwróciłam się, gdy zobaczyłam w jakim jest stanie, przeraziłam się. Była cała zapłakana. 
Wyciągnęłam słuchawki z uszu, i zaczęłam ją wypytywać, co się stało.
- Lidzia, mój tata zmarł w nocy - aż ledwo ją zrozumiałam, szloch dławił jej głos. - Miał udar. 
- Mój Boże - złapałam się za serce. Nie wiedziałam, jak to skomentować.
- I teraz z mamą jest niedobrze - powiedziała Ewa - boję się, że ona tego nerwowo nie wytrzyma, a w jej pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby ją wesprzeć! Wszyscy się porozjeżdżali, sama jest w Pruszkowie. 
- Faktycznie... nieciekawie - powiedziałam. - Co teraz? 
- Lidzia, ja tam muszę jechać - powiedziała Ewa. - Moja mama potrzebuje teraz wsparcia. Nie masz pojęcia, jak była przywiązana do ojca. Poza tym, to taka wrażliwa kobieta. Niestety, w Pruszkowie nie ma żadnych dobrych przyjaciółek... 
- Masz całkowitą rację - powiedziałam. 
Wstałam i przytuliłam zapłakaną Ewę, cholernie jej współczułam. Próbowałam ją pocieszyć, choć to nie było łatwe. 
Zaparzyłam jej melisę, usiadłam obok niej w salonie.
- Dlaczego to padło na niego? - zapytała retorycznie rozżalona Ewa.
- Bardzo Ci współczuję, Ewa - powiedziałam. - Przeszłam w życiu podobną sytuację, więc wiem, co czujesz.
Przypomniała mi się chwila, w której się dowiedziałam o śmierci mamy i mojej siostry Martyny. Zareagowałam podobnie jak Ewa. Poza tym, byłam jeszcze dzieckiem, miałam dopiero osiem lat. Więc o wiele gorzej to przeżywałam. W takim wieku potrzebuje się matki najbardziej. Do Martyny również byłam przywiązana. 
Jednak Ewa, mimo dorosłego wieku, również mocno przeżywała śmierć taty. Doskonale ją rozumiałam. 
Trening chłopaków miał zakończyć się dopiero późnym popołudniem. Wiadomo, już w tym tygodniu startuje Bundesliga. 
Do tego czasu siedziałam z Ewą, wspierałam ją, pojechałam z nią też po Sarę. Około siedemnastej usłyszałam, jak jakieś auto podjechało pod nasz dom. 
Pobiegłam i otworzyłam frontowe drzwi, to Marco odwiózł Łukasza. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam prawego obrońcę Borussii... ledwo szedł, Marco kroczył obok niego. 
- Łukasz, co się stało? - zapytałam.
- Kostkę sobie zwichnąłem - syknął Łukasz. - Ładny początek, nie ma co. Będę miał niezłą pauzę. 
Pokręciłam tylko głową. Niedobrze. Bez Łukasza będzie ciężko żółto-czarnym.  
- Łukasz, idź do Ewy, ona teraz potrzebuje wsparcia - powiedziałam. 
- Co się stało? - przeraził się Łukasz.
- Jej tata zmarł... - powiedziałam cicho.
Łukasz poszedł do Ewy, kuśtykając, zostałam sama z Marco.
- Ale jestem zmęczony - westchnął Marco. - Dziś to mieliśmy wycisk.
- To chodź, odpoczniesz u mnie w pokoju - powiedziałam.
- Chętnie skorzystam - powiedział Marco i poszliśmy do mojego pokoju. 
Marco od razu usadowił się wygodnie na moim łóżku, wyciągnął do mnie swoje umięśnione ramiona. Chętnie w nie padłam. 
- Co się stało tacie Ewy? - zapytał.
- Miał udar w nocy - powiedziałam. - Biedna Ewa... bardzo jej współczuję. 
Marco pokiwał głową ze zrozumieniem. 
- Wielu ludzi za szybko umiera - powiedziałam.
- Żebyś wiedziała - powiedział Marco. 
- Co dziś takiego robiliście na treningu? - zapytałam.
- Dużo biegania było - powiedział. 
- Współczuję - powiedziałam.
- Takie życie piłkarza - uśmiechnął się Marco. - Ale gdy pomyślę, że potem będę wypoczywał przytulony do Ciebie, od razu czuję się lepiej i mam więcej siły do ćwiczeń. 
- Ty chyba bardzo lubisz się przytulać - odwzajemniłam uśmiech, pogładziłam dłoń Marco. 
- Zwłaszcza z Tobą - Marco pocałował mnie w skroń. 
- Nie masz mnie czasami dość? Spędzamy razem tyle czasu - powiedziałam.
- Nigdy - odparł Marco. - Skąd Ci to w ogóle przyszło do głowy? 
- Znikąd - rzekłam. - Spontaniczne pytanie. 
Siedzieliśmy wtuleni w siebie, upajając się sobą nawzajem, gdy nagle do pokoju ktoś zapukał. To Ewa i Łukasz przyszli.
- Lidia, mamy nadzieję, że poradzisz sobie do soboty sama - powiedział Łukasz.
- Na pewno poradzi! - powiedziała Ewa. - To dzielna dziewczyna.
- I tak nie mogę trenować, zwichnąłem kostkę, więc polecę z Ewą do jej mamy i na pogrzeb - powiedział Łukasz. - Sara oczywiście z nami. 
- Jutro o ósmej rano jest z Dortmundu samolot do Warszawy - powiedziała Ewa. - Z Warszawy rzut beretem do Pruszkowa. 
- Jeszcze na szczęście były bilety na ten lot - powiedział Łukasz. 
- Rozumiem, słuszna decyzja - powiedziałam. - Poradzę sobie, o to się nie martwcie.
- To się cieszymy - powiedział Łukasz. 
- Lidia, a ja mam taki pomysł - powiedział Marco. - Może na czas nieobecności Ewy i Łukasza zamieszkałabyś u mnie? Byłoby Ci raźniej. 
- Wspaniały pomysł, Marco - powiedział Łukasz. - Lidia, Marco dobrze mówi! 
- W sumie... racja - powiedziałam po chwili. 
- Spakujesz się, a ja jutro po treningu przyjadę po Ciebie - powiedział Marco. 
- Okej! - powiedziałam. - Pasuje. 
- No to mamy załatwione - powiedziała Ewa. - Idę teraz spakować swoje rzeczy. 
Ewa i Łukasz wyszli z pokoju, Marco pociągnął mnie na swoje kolana. 
- Marco, śpij dziś u mnie - poprosiłam. 
- A Ewa i Łukasz nie będą mieli nic przeciwko? - zapytał.
- Zapytam ich - powiedziałam, i pobiegłam do nich. 
Chętnie na to przystali, zatem obwieściłam blondynowi, że może śmiało spać u mnie. 
Do późnego wieczora byliśmy zajęci okazywaniem sobie czułości. Aż w końcu oboje usnęliśmy... 







*** 







Około siódmej obudziła mnie Ewa, była już gotowa do wyjścia.
- Lidzia, my już uciekamy - powiedziała cicho. - Trzymaj się. I jak będziesz szła do Marco, pamiętaj, aby pozamykać wszystkie okna i drzwi frontowe. 
- Okej, będę pamiętała - powiedziałam. - Wy również się trzymajcie.
Ewa lekko się do mnie uśmiechnęła i wyszła. Marco dalej słodko spał. Trening znowu dziś miał o dziesiątej.
Ja próbowałam znów na trochę usnąć, wtulałam się w blondyna, ale jakoś nie mogłam. Miałam nadzieję, że Ewa będzie jakoś się trzymać. Ufałam, że Łukasz będzie ją wspierał w tych okropnych dla niej chwilach.
Około dziewiątej obudził się mój ukochany. 
- Hej, skarbie - uśmiechnął się. - Jak się spało? 
- Całkiem, całkiem - powiedziałam.
- Już Ewa i Łukasz lecą do Polski?  
- Tak - odparłam. - O ósmej wylecieli. 
- Ja mam za godzinę trening - Marco zaczął się przeciągać. - Cholera, namówiłaś mnie, abym nocował u Ciebie, a nie mam teraz w co się ubrać!
- Nie denerwuj się, dam Ci coś z ubrań Łukasza - powiedziałam.
- Na szczęście, torbę treningową mam w samochodzie - powiedział.
Przyniosłam Marco dżinsy i zieloną, zwykłą koszulkę. Ubraliśmy się oboje, następnie zajęłam się robieniem śniadania. 
Nakarmiłam odpowiednio mojego chłopaka, zapewne i dzisiaj dostanie z całą resztą wycisk. 
- Jedz, jedz, bo padniesz na tym boisku - mówiłam, jedząc kanapkę z szynką.
- Na litość boską, to trening piłki nożnej, a nie wojskowy - zaśmiał się Marco. 
- Ale energia i tak Ci jest potrzebna - powiedziałam.
Z tym Marco się zgodził. Gdy się oboje najedliśmy, Marco pomógł mi sprzątnąć ze stołu i był już na niego czas.
- Po treningu przyjadę po Ciebie - powiedział. - Dziś około szesnastej kończymy. Bądź już spakowana. Do zobaczenia - przyciągnął mnie do siebie i mocno pocałował. 
- Do zobaczenia. Miłego trenowania - uśmiechnęłam się.
- A dziękuję, dziękuję!
Marco wyszedł, a ja włączyłam sobie TV i zaczęłam oglądać jakiś serial komediowy, który właśnie leciał na jednym z kanałów. 
Było jakoś tak pusto w tym domu. Nudziłam się. Patrzyłam na zegarek i wyczekiwałam szesnastej, która wreszcie wybiła... 
Marco przyjechał z dwadzieścia po. 
- Były spore korki - powiedział. - Jak tam, spakowana jesteś? 
- Tak - odparłam. - Chodźmy. 
Upewniłam się, czy wszystkie okna są zamknięte, po czym wyszliśmy, zamknęłam drzwi wyjściowe i pojechaliśmy do domu Marco.
Jakże wielkie było nasze zdziwienie, gdy przed bramą prowadzącą na posesję mojego lubego siedział jakiś obcy typ. Miał ze sobą jakieś torby. Był to jakiś starszy facet. 
- Hej, co to za jeden? - zdziwiłam się. - Co on tu robi, przed Twoją bramą? 
Marco wpatrywał się w niego, jego oczy były wielkie jak spodki od filiżanek.
- Tata?! - wydukał zdumiony. 

________________________________ 



Znów się nie popisałam, grr. 
Teraz mogę Wam powiedzieć, że będzie trochę akcji. Bo już za słodko się zrobiło ;) 

59 obserwatorów... ja chyba śnię o.o Dziękuję Wam! 
I te ponad 65 tys. wejść. Jesteście mega <3 

Bardzo Was proszę, czytajcie, komentujcie i obserwujcie mojego drugiego bloga 
Następny rozdział na tym drugim blogu w czwartek. :) 

Bardzo Wam dziękuję za nominacje do The Versatile Blogger! Bardzo się cieszę, że mój blog zdobywa takie uznanie. :) 
Jesteście po prostu wspaniałe! 

Cóż jeszcze mogę napisać? Proszę bardzo o szczere opinie! Komentujcie! :) 

Buziaki! :* 

Sama uwielbiam to opowiadanie. Mam nadzieję, że tam zajrzycie, a naprawdę warto zajrzeć! :) 










sobota, 20 lipca 2013

Rozdział 44.

Czwartego sierpnia obudziły mnie promienie słońca. Już ukończyłam te dziewiętnaście lat - tak, bo urodziłam się o godzinie czwartej nad ranem. 
Zerknęłam na zegarek w mojej komórce, wskazywał godzinę dziewiątą. 
A o czternastej miało się odbyć moje przyjęcie urodzinowe. 
Dziś miał być ciepły, pogodny dzień. Faktycznie, termometr za oknem wskazywał nieniską temperaturę, więc wyciągnęłam z szafy sukienkę, którą przywiozłam jeszcze z Polski. 
Umyłam się, ubrałam, włosy pozostawiłam rozpuszczone. Ewa i Łukasz już nie spali, gdyż słyszałam ich rozmowy na dole. 
Poszłam do salonu, gdzie czekała mnie miła niespodzianka...
- Wszystkiego najlepszego, Lidia! - zawołała Ewa, padłyśmy sobie w ramiona. - Kochana moja, obyś była zawsze zdrowa, szczęśliwa, radosna, obyś doczekała się zdrowego szkraba, oby uśmiech nie schodził z Twojej pięknej twarzy! - zaczęła składać mi życzenia. - Tego Ci życzę ze szczerego serca. 
- Dziękuję, Ewcia - zarumieniłam się.
- A ja Tobie Lidka życzę, abyś zawsze była szczęśliwa z Marco, żebyście kiedyś stworzyli razem wspaniałą rodzinę - powiedział Łukasz, przytulił mnie. - No i oczywiście dużo, dużo zdrowia, bo zdrowie jest najważniejsze!
- Dzięki, Łukasz - uśmiechnęłam się.
Do salonu wpadła Sara. Ona też złożyła mi życzenia urodzinowe. 
- Lidia! Wszystkiego najlepszego! - zawołała. Wzięłam ją na ręce, pozwoliłam się cmoknąć w policzek. 
- A to prezent od nas - uśmiechnęła się Ewa, podała mi ozdobną torebkę. 
Prezent był fenomenalny. Otrzymałam bombonierkę, perfumy, szalik z... imieniem i nazwiskiem mojego ukochanego, oraz kolczyki.
- Dziękuję Wam! - powiedziałam zachwycona. - Cudowny prezent!
- Cieszymy się, że Ci się podoba - uśmiechnął się Łukasz. 
- Zamówiliśmy Ci uroczy torcik - powiedziała Ewa. - Na pewno również Ci się spodoba! 
- Niedługo pojadę i odbiorę ten tort - powiedział Łukasz. 
Wczoraj pomagałam Ewie przy przyrządzaniu dań. Przygotowałyśmy sernik, krewetki w cieście, kurczaka w sosie śmietanowym, i koreczki. Jeszcze dziś miałyśmy zrobić spaghetti i sałatkę grecką. 
Wczoraj do późna siedziałyśmy w kuchni, przygotowując to wszystko. 
Ewa jednak lubiła gotować i piec, dobrze też jej to wychodziło. Czasami oglądała jakieś programy kulinarne, w kuchni także trzymała całe mnóstwo rozmaitych przepisów. 
- A jakieś browary zostały przewidziane na tę okoliczność? - zapytał Łukasz.
- A ten jak zwykle tylko o jednym myśli, widzisz, Lidia? - zwróciła się do mnie Ewa. - Żyjemy pod jednym dachem z alkoholikiem - zaśmiała się.
- Jutro masz trening, Łukasz - powiedziałam. 
- Pamiętam - uśmiechnął się Łukasz. - Ewa, to masz w końcu jakieś procenty w tym domu? 
- Nie - odparła Ewa. - Jak tak mocno pragniesz, to idź i sobie kup.
- Jak po tort pojadę, to wtedy coś kupię - powiedział Łukasz.
- Nie będę Cię powstrzymywać - wzruszyła ramionami Ewa. 
Łukasz tylko zaśmiał się pod nosem. Oni czasami byli przezabawni... Ale wiedziałam, że łączy ich ogromna miłość. 
Wkrótce Ewa zaczęła robić spaghetti, ja natomiast zabrałam się za sałatkę grecką. Sprawnie nam poszło. Wszystkie dania zostały przyrządzone.
Łukasz przywiózł tort, ale mi go nie pokazał, powiedział, że będzie to niespodzianka. Oprócz tortu przywiózł także piwo, które tak lubił. 
- Od razu mówię, że nie będę piła - powiedziałam.
- Dlaczego, Lidia? - zapytał Łukasz.
- Nie chcę kolejnej awantury z Marco - powiedziałam. - Poza tym, to faktycznie szkodliwe dla dziecka.
- Racja - powiedziała Ewa. 
- Rozumiem - powiedział Łukasz. - Wypijemy sobie z Kubą za Twoje zdrowie. 
- Obyście tylko nie przesadzili - powiedziałam. - Już widzę reakcję Kloppa, jak przychodzicie skacowani na trening! 
- Bez przesady, Lidka - Łukasz machnął ręką. 
Zerknęłam na zegarek w swojej komórce, jeszcze nawet trzynastej nie było. 
- Marco się odzywał? - zapytała Ewa. 
- Nie - odparłam. - Ale z pewnością dziś przyjdzie.
- Chyba będę musiał z nim pogadać - powiedział Łukasz. - Niech on nie przesadza! Ja Ewie awantur nie robiłem, kiedy była w ciąży i zdarzyło jej się wypić piwo, albo jeździć rowerem! 
- Lepiej nic nie mów na ten temat - poprosiłam. 
- On przegina z tą troską - powiedziała Ewa - ale też spójrz na to z innej strony! Troszczy się o Ciebie, bo Cię wyraźnie bardzo kocha. 
- Okej! Nie będę więcej pić alkoholu ani palić, ale nie chcę rezygnować z aktywności fizycznej - powiedziałam.
- Właśnie tę ostatnią kwestię chciałbym poruszyć - powiedział Łukasz.
- Łukasz, może lepiej nie tym razem - powiedziałam. - Marco potrafi być nerwowy...
- Po tym, jak zobaczyłem wczoraj tę aferę, to muszę przyznać rację - powiedział Łukasz. - Zawsze był taki spokojny, cichy, nigdy się nie unosił. 
Nagle otrzymałam SMS. Był od Marco... 

Kochanie, właśnie idę do Ciebie, mogłabyś za kilka minut wyjść przed dom? Chcę z Tobą porozmawiać na osobności... 

- Czyżby już Marco Cię namierzał? - uśmiechnęła się Ewa.
- Nie mylisz się - odparłam. - Chce ze mną porozmawiać, zaraz tu będzie. Wyjdę po niego.
- Zakochani są wspaniali - uśmiechnął się Łukasz.
- Prawda - powiedziała Ewa i przytuliła się do swojego małżonka. 
Ja natomiast nałożyłam japonki i wyszłam przed dom, usiadłam sobie na ławeczce stojącej na trawie. 
Zauważyłam Marco zmierzającego ulicą. Gdy go ujrzałam, aż poczułam drżenie w nogach. Poczułam, jak bardzo nienawidzę kłótni z nim, nieważne, z czyjej winy wynikała ta kłótnia. Ta ostatnia wynikała i z mojej, i z jego winy. Zabolało mnie, gdy wczoraj na mnie tak nakrzyczał. Mimo wszystko, zatęskniłam za nim. W końcu darzyłam go ogromną miłością. 
W końcu przeszedł przez furtkę prowadzącą do mojej (i Piszczków) posesji. Podniosłam się z ławki, on od razu do mnie podbiegł... 
- Lidia! - zawołał cicho, od razu mnie mocno do siebie przytulił. Poczułam mocny, zdecydowany zapach jego perfum. 
Jego ręce pogładziły moje kosmyki. Po chwili się odezwał.
- Przepraszam, skarbie - powiedział cicho. - Nie powinienem był na Ciebie tak wczoraj krzyczeć. Przesadziłem. 
- Faktycznie, przesadziłeś - przyznałam mu rację. - I to nie był pierwszy raz. Chociaż jest w tym nieco mojej winy, nie powinnam była palić, już więcej na pewno nie będę. Ale Ty nie możesz mi robić takich karczemnych awantur! Ciężarnych kobiet nie wolno denerwować! 
- Cieszę się - odparł Marco - nie tylko dziecku byś zaszkodziła paleniem, ale i sobie. Teraz mi wstyd, że tak wczoraj się zdenerwowałem i zrobiłem taką aferę. 
- Mam nadzieję, że już się to nie powtórzy - powiedziałam. - Co do jazdy rowerem, naprawdę niepotrzebnie się wkurzyłeś. 
- Jednak wolałbym, żebyś tego nie robiła - odparł Marco. 
- O tym pogadam z nim później - pomyślałam. Nic mu nie odpowiedziałam, przez krótką chwilę panowała cisza. 
- Gwiazdko, ja naprawdę chcę dla Ciebie dobrze - powiedział blondyn, gładząc mój policzek. - Nie gniewaj się. Obiecuję, że już nigdy Ci podobnej draki nie zrobię. 
- Zobaczymy... - westchnęłam. - Trzymam Cię za słowo. 
Nie chciałam już zaczynać sprzeczek, w końcu to był dzień moich urodzin, chciałam mieć tylko miłe wspomnienia z tego dnia. Postanowiłam w stu procentach pogodzić się z Marco, dać mu kolejną szansę. 
Przytuliłam się do mojego chłopaka, objęłam go w pasie. 
- Poza tym, wszystkiego najlepszego z okazji urodzin - powiedział. - Żebyś była zawsze zdrowa, szczęśliwa, uśmiechnięta, kochanie. A tu mam prezent dla Ciebie - uśmiechnął się i podał mi ozdobną torebkę. 
- Ojej, dziękuję - odwzajemniłam uśmiech i zajrzałam do torebki. 
Znalazłam w niej ozdobne pudełko pralinek, oprócz tego była tam przeurocza bransoletka, wysadzana drobnymi brylancikami. Jednak to nie było wszystko. Znalazłam również truskawkowy błyszczyk do ust - no tak, Marco kiedyś mówił, że uwielbia mnie całować, gdy mam usta pomalowane truskawkowym błyszczykiem. Ostatnią rzeczą była... koszulka nocna. 
- Marco, naprawdę Ci dziękuję - powtórzyłam i objęłam go. - Ta bransoletka jest przecudna. 
- Wiedziałem, że Ci się spodoba - uśmiechnął się Marco. 
- Pewnie kosztowała kupę kasy - stwierdziłam.
- Oj tam - Marco machnął ręką. - To nieważne. Jak dla mnie, cenniejszy jest Twój uśmiech na twarzy niż kasa na koncie. 
- Kochany jesteś - pocałowałam blondyna w policzek.
Słowa Marco w jego ustach brzmiały tak autentycznie, czułam, że to prawdziwa miłość. Kiedyś myślałam, że taka miłość zdarza się tylko i wyłącznie w filmach. 
Intuicja podpowiadała mi, że Marco jest facetem mojego życia. 
- Co do tej koszulki... chciałem dać Ci coś praktycznego - uśmiechnął się Marco. - I to tak na wypadek, jakbyś kiedy jeszcze nocowała u mnie... - puścił do mnie oczko.
- Oj, Marco, Marco - zaśmiałam się. - O jednym znowu myślisz! 
- Przenocuj dziś u mnie - zaproponował Marco. 
- Hm, no nie wiem... - wbiłam wzrok w trawnik. 
- A co Ci szkodzi? Spędzimy razem trochę czasu - powiedział Marco. - Wiesz, że w przyszłym tygodniu rusza Bundesliga i będę miał trochę roboty. 
- To nie będziesz w ogóle miał dla mnie czasu? - zapytałam. 
- Zawsze coś się znajdzie - uśmiechnął się Marco. - Dla Ciebie zawsze, słonko. 
- Przede wszystkim trenuj, żebyś był w formie, żebyś pomógł drużynie odzyskać mistrzostwo - powiedziałam. - Wierzę, że Wam się uda. Ale czółko trzeba trochę zapocić. 
- Zrobimy, co w naszej mocy - powiedział Marco. 
Wtuliłam się w Marco. Wreszcie nastąpiło to, za czym najbardziej tęskniłam - czuły pocałunek, którym obdarzył mnie blondyn... 









*** 









Staliśmy chwilę wtuleni w siebie, gdy usłyszeliśmy czyjeś głośne brawa. To Łukasz wyszedł na próg. 
- Jak słodko - uśmiechnął się. 
- Oj Łukasz, daj młodym żyć - powiedziała Ewa, która również wyszła na próg. 
- A Wy to co? Tacy już starzy? - zapytałam. 
- Troszeczkę od was starsi - uśmiechnęła się Ewa. - Niedługo powinni Kuba i Agata przyjść. Sara już nie może doczekać się Oliwii. 
- Mamo! Tato! - nagle usłyszeliśmy Sarę. - Komputer się zepsuł! 
- Jak to? - zdziwił się Łukasz. - Coś już tam nabroiła?
- Nic nie zrobiłam! Samo się zepsuło - jęknęła Sara.
- Pójdę zobaczyć - powiedział Łukasz. Ewa również poszła do domu.
- Marco, chodźmy do mnie do pokoju - powiedziałam. 
- To chodźmy!
Poszliśmy zatem do mojego pokoiku. Marco od razu się walnął na moje łóżko. 
- Jakie wygodne - stwierdził.
- Wiem - odparłam. - Twoje również jest komfortowe. 
- Więc jak, Lidia? Nocujesz dzisiaj u mnie? - zapytał Marco.
- Jak tak bardzo nalegasz... okej, nocuję dziś u Ciebie - odparłam. 
- Cieszę się - Marco pokazał mi uniesiony kciuk. Wyciągnęłam z szafki większą torbę, wrzuciłam do niej parę ciuchów, ręcznik, kosmetyczkę, i oczywiście nowy nabytek, czyli koszulkę nocną od Marco. Plus oczywiście telefon, chusteczki, portfel, błyszczyk do ust - bez tych rzeczy nigdy się nie ruszam z domu. 
- Już spakowana jestem, jakby co - powiedziałam. - Tylko nie wiem, ile to spotkanie potrwa. 
- Nieistotne - powiedział Marco. - Spędzimy miłe popołudnie z towarzystwem, a potem będziemy sami... 
Położyłam się delikatnie na leżącym już Marco. Biło niesamowite ciepło od niego. Upajałam się zapachem jego perfum, natomiast on bawił się w najlepsze moimi kosmykami ciemnych włosów. 
Żadne z nas nie patrzyło na zegarek. W końcu ktoś zapukał do drzwi, to była Ewa. 
- Lidia, goście przyszli - uśmiechnęła się. - Chodźcie na dół.
- Okej! - odparłam, poderwałam się z łóżka i poszliśmy na dół. 
Była już tam rodzina Błaszczykowskich. 
- Lidia! Wszystkiego najlepszego! - Agata od razu ciepło mnie uściskała. - Dużo zdrowia, szczęścia, pogody ducha i pomyślności w życiu! 
- I oczywiście szczęścia z Marco - uśmiechnął się Kuba, uścisnął moją dłoń. - Proszę, to od nas. 
- Dziękuję - powiedziałam i zajrzałam do torebki, którą podał mi prawy pomocnik Borussii. 
Otrzymałam bombonierkę, małą poduszkę z herbem Borussii, dwa lakiery do paznokci - fioletowy i jasnoróżowy, a także srebrne kolczyki. 
Poszliśmy do salonu, Ewa już ustawiła wszystkie dania, napoje oraz tort, w którym były wetknięte dwie świeczki - jedynka i dziewiątka. 
- Jaki śliczny! - skomentowałam. - Aż szkoda kroić.
- Prawda - pokiwała głową Agata. 
- Oliwia, Sara, chodźcie - Ewa otworzyła ogrodowe drzwi i zaczęła wołać dziewczynki, które już zdążyły pobiec na zewnątrz. 
W końcu wszyscy zasiedliśmy przy stole, naturalnie nie obyło się bez odśpiewania urodzinowej piosenki i zdmuchnięcia przeze mnie świeczek. A tort smakował jeszcze lepiej, niż wyglądał. 
Później wszyscy zaczęli kosztować przyrządzonych przeze mnie i Ewę potraw. Wszyscy je chwalili, zajadali z apetytem. 
- Ma ktoś ochotę na browar? - zapytał Łukasz. - Kuba, Ciebie nawet nie pytam - zaśmiał się i postawił przed nim piwo. - Agata, Ewa, a Wy? 
- Czemu nie - powiedziała Agata i wzięła puszkę. 
- Ja nie chcę - powiedziała Ewa. 
- Marco, a Ty? - zapytał Łukasz.
- Dlaczego nie - powiedział Marco, Łukasz wręczył mu puszkę z procentowym napojem. 
- Ja nie mogę, wiadomo dlaczego - wtrąciłam. 
- Ach, no tak - powiedziała Agata. - W ogóle, jak się czujesz z tą ciążą? 
- Całkiem nieźle - stwierdziłam. - Nie narzekam. 
- Ciekawe, jaka będzie płeć dziecka - powiedziała Agata.
- Mam nadzieję, że dziewczynka - powiedziałam.
Łukasza, Kubę i Marco pochłonęły rozmowy o treningach i piłce, natomiast ja rozmawiałam z Ewą i Agatą. 
Oliwia i Sara razem się wybornie bawiły w ogrodzie. 
Został również nieco poruszony temat śmierci Roberta - jednak nie był zbytnio roztrząsany. Wszyscy już byli w miarę z tym faktem pogodzeni. Każdy z nas wiedział, że nic mu już życia nie przywróci. Zastanawialiśmy się, czy policja już znalazła tego typa, który tak bestialsko pozbawił go życia. 
Co do Marco - on już również powoli godził się z tym, że nie ma już "Lewego". Zawsze wszyscy będziemy o nim pamiętać, był to niezwykły człowiek. 
Spędziliśmy przyjemne popołudnie. Około osiemnastej Kuba i Agata uznali, że muszą już się zbierać. Nie spodobało się to ich córce Oliwii, która dalej chętnie bawiłaby się z Sarą. 
Pożegnaliśmy zatem naszych gości, oni podziękowali za miłe spotkanie. 
I tak zleciał dzień. Nie zdążyłam się obejrzeć, a już nastał wieczór.
Pomogłam Ewie poznosić brudne naczynia do zmywarki, sprzątnąć wszystko ze stołu. Łukasz rozmawiał z Marco. Sara pobiegła na górę, zapewne pograć sobie na komputerze, z którym na szczęście nic poważnego się nie stało. 
Wszystko zostało ogarnięte. Poinformowałam Ewę i Łukasza, że tę noc spędzę u Marco. Nie usłyszałam słowa sprzeciwu, zatem pobiegłam na górę wziąć torbę. 
- Mam nadzieję, że jutro wrócisz - powiedziała Ewa, kiedy zakładałam balerinki.
- Wrócę, wrócę - uspokoiłam ją. 
- Teraz, jak sezon się zacznie i będą mieli więcej trenowania, to będziemy nieco samotne - zaśmiała się Ewa.
- Bez przesady - Łukasz objął żonę ramieniem. 
- Miłego wieczoru, kochani - powiedziała Ewa.
- Wzajemnie - powiedział Marco. 
Nałożył prędko swoje buty i wyszliśmy. 









*** 









- I jak Ci się podobało przyjęcie? - zapytałam, gdy szliśmy do domu mojego ukochanego. 
- Świetnie było - stwierdził. - Tylko gdy poruszyłyście temat śmierci Roberta, to przykro mi się zrobiło.
Sądząc po tonie, jakim Marco wypowiedział to ostatnie zdanie, dalej go to straszliwie bolało, choć tego nie okazywał. 
- Każdemu chyba wtedy smutno się zrobiło, mnie też - powiedziałam. 
- Zawsze będę o nim pamiętał - powiedział Marco - ale teraz nie rozmawiajmy o tym, dobrze? 
- Dobrze - powiedziałam.
Doszliśmy wkrótce do domu Marco. 
- Co teraz będziemy robić? - zapytałam.
- A co byś chciała? - zapytał z szelmowskim uśmiechem.
- Wymyśl coś - poprosiłam.
- Zgoda - odparł, pomyślał chwilę i się odezwał. - Na co czekać? Chodźmy się wykąpać, a potem... - tu puścił do mnie oczko. 
- Zboczeńcu Ty - uszczypnęłam mojego kochanego blondyna lekko za policzek.
- Idź na górę, do łazienki, zaraz przyjdę do Ciebie - powiedział Marco.
- Okej - powiedziałam i poszłam na górę. Ale mądra ja, nie wzięłam swojej torby, w której miałam ręcznik i koszulkę nocną. 
Pobiegłam z powrotem na dół po schodach. I nagle... powinęła mi się nóżka i poczułam, jak lecę do przodu... 
- Lidia! - usłyszałam przerażony głos Marco, który w ostatniej chwili podbiegł i mnie złapał. - Na litość boską, uważaj, dziewczyno! Pomyśl, co by było, jakby...
- Marco, miałeś mi więcej awantur nie robić, wiesz że nie wolno stresować kobiet w ciąży - przypomniałam mu. 
- Przepraszam - wymamrotał Marco. Nagle zbladł, w jego oczach stanęły łzy. Pobiegł do salonu. Podreptałam za nim, siedział na sofie ze spuszczoną głową, wpatrywał się tępo w dywan.
- Marco, o co chodzi? - zapytałam. - Co się dzieje? 

__________________________ 



Znów nie wyszło to tak, jak chciałam. -.- 
Ale pozostawiam Waszej ocenie! 
Mam nadzieję, że chociaż trochę się Wam podoba. 

Dziękuję za komentarze pod poprzednim rozdziałem i Wasze wsparcie. Dużo, bardzo dużo to dla mnie znaczy. Jesteście po prostu cudowne! Kocham Was <3 

łzy i wspomnienia stają w oczach po obejrzeniu tego -.- 

Bardzo Was proszę o komentarze i szczere opinie! 

Buziaki! 
WildChild 



środa, 17 lipca 2013

Rozdział 43.

Podczas ostatnich dni nic szczególnego, ciekawego się nie wydarzyło. Czekałam z utęsknieniem na sobotę i mecz Borussii z Wilhelmshaven.
Sobota nadeszła. W końcu... 
Obudziłam się około dziewiątej rano, czułam, że będzie to dobry dzień. Wierzyłam, że żółto-czarni pokażą dziś klasę i wygrają. 
Zerknęłam na termometr wiszący za oknem. Brr! Ledwie dziesięć stopni Celsjusza pokazywał. 
Wyciągnęłam zatem z szafy dżinsy, białą koszulkę z herbem Borussii i poszłam się ogarnąć. 
Gdy już byłam umyta, ubrana i uczesana, zeszłam na dół, gdzie Łukasz właśnie kończył pakować swoją torbę treningową. Sara już zapewne była w przedszkolu.
- Mam nadzieję, że wierzysz w nas - zaczepił mnie Łukasz.
- Oczywiście - powiedziałam. - Dacie radę!
- Cieszę się z Twojej wiary, a ja już uciekam - uśmiechnął się Łukasz. - Trening czeka. 
- Połamania nogi! - zaśmiałam się. Łukasz uśmiechnął się tylko do mnie i wyszedł. 
Poszłam do kuchni, gdzie krzątała się Ewa. 
- O, już jesteś - powiedziała. - Jedz śniadanie, tosty jeszcze są ciepłe. Później oczywiście mecz - uśmiechnęła się.
- Już nie mogę się doczekać - powiedziałam. - Agata idzie? 
- No pewnie - powiedziała Ewa. - Oliwia i Sara również pójdą, odbiorę dziś Sarę wcześniej z przedszkola. 
Sara uwielbiała chodzić na mecze i kibicować Borussii. Oliwia podobnie. Od dziecka były wychowywane miłością do dortmundzkiej drużyny. 
- A po meczu, pójdziemy zrobić jakieś zakupy - powiedziała Ewa. - Jutro przecież szykujemy dla Ciebie mini-fetę urodzinową. 
- Jasne - odparłam. 
Na jutro było zaplanowane małe przyjęcie urodzinowe, na które mieli wpaść Kuba i Agata, oczywiście z małą Oliwią. Łukasz i Ewa zawsze świetnie się z nimi dogadywali, ja również z nimi mam dobry kontakt. To są naprawdę mili, przyjacielscy ludzie. 
Marco również został zaproszony, a jakże inaczej! 
Miało to być skromne, kameralne spotkanie, ja nie chciałam niczego więcej. Huczne, ogromne imprezy - to nie w moim stylu. 
Zjadłam kilka tostów, wypiłam herbatę, później razem z Ewą sprzątnęłyśmy nieco w domu. Dzięki temu czas szybciej zleciał, wybiła godzina piętnasta. 
- Już za pół godziny mecz - powiedziała Ewa. -  Szykuj się, kochana, pojedziemy po Sarę, a potem od razu na SIP. 
- Okej! - odparłam, chwyciłam wiszącą na wieszaku bluzę i wyszłyśmy z domu. 
Pojechałyśmy autem po Sarę, która już z niecierpliwością czekała. Spotkałyśmy Agatę, która właśnie odebrała Oliwię i szły właśnie do swojego samochodu.
- To do zobaczenia na stadionie - uśmiechnęła się blondynka. 
- Do zobaczenia! - odwzajemniła uśmiech Ewa. Sara narzuciła na siebie swoją żółto-czarną bluzę i pojechałyśmy prędko do świątyni Borussii. 
Agata z Oliwią już siedziały na trybunach, chrupały chipsy. Obok nich siedziała Cathy, dziewczyna Matsa Hummelsa. Usiadłyśmy obok nich, czekałyśmy na rozpoczęcie meczu. 
W końcu obie drużyny wyszły na boisko, niebawem dało się słyszeć pierwszy gwizdek arbitra. 
Mój ukochany oczywiście wyszedł w podstawowym składzie, podobnie jak Łukasz, Kuba i Mats. Wszystkie byłyśmy niesamowicie dumne z naszych lubych. 
A moja duma jeszcze bardziej wzrosła, kiedy Marco w trzynastej minucie strzelił gola. Wstałyśmy wszystkie i zaczęłyśmy bić gromkie brawa. Marco podbiegł w kierunku trybuny, na której siedziałam i posłał całuska. Zapewne do mnie... Aż poczułam ciepło rozpływające się w moim wnętrzu. 
Sytuacja na boisku była pomyślna dla dortmundzkiej drużyny, nie pozwalali rozpędzić się piłkarzom z Wilhelmshaven. Mieli wszystko pod kontrolą. 
W dwudziestej pierwszej minucie Marco podwyższył wynik na 2:0! Rozpierała mnie duma, dziewczyny spoglądały na mnie uśmiechnięte. 
- Jesteś dumna, co? - zapytała zadowolona Agata. 
- No pewnie - powiedziałam szczęśliwa. - A Ty? To Kuba asystował przy tej bramce!
- Mój mistrz - rozmarzyła się blondynka. 
Do przerwy już nic się nie wydarzyło szczególnego na boisku. Piłkarze poszli do szatni, a Ewa poszła do sklepiku i przyniosła nam po wielkiej szklance coca-coli. 
Wkrótce zaczęła się druga połowa. 
- Już jedną nogą są w kolejnej rundzie - powiedziała z uśmiechem Ewa. 
- Jeszcze piłka w grze - odparła Agata.
- Oni wiedzą, że to ważny mecz, na pewno obronią ten wynik albo go nawet podwyższą - powiedziałam. 
- Obstawiam to drugie - powiedziała Ewa.
Miała rację, ponieważ w sześćdziesiątej minucie Marco skompletował hat-tricka! Asystował Ilkay. 
- Lidia, to niesamowite, co on dziś robi na tym boisku - odezwała się Cathy. 
- Zgadzam się - odparłam. 
Pięć minut później jednak drużyna z Wilhelmshaven strzeliła bramkę Borussii, niestety, przy tym strzale bramkarz Borussii, Roman, był bez szans. 
- Ojej - zaniepokoiła się Oliwia.
- Spokojnie, kochanie - powiedziała Agata. - Jest 3:1, sytuacja pod kontrolą!
Do końca meczu już wynik się nie zmienił, chociaż Borussia miała jeszcze kilka okazji na strzelenie bramki. 
W końcu sędzia zagwizdał i mecz się zakończył. Wszyscy oczywiście gratulowali mojemu ukochanemu blondynowi. 
- Nie macie pojęcia, jak jestem dumna z Marco - powiedziałam do dziewczyn.
- Nie dziwimy się - uśmiechnęła się Cathy.
- Poczekamy na nich? - zapytała Agata.
- Pewnie - powiedziała Ewa. 
Poszłyśmy pod wejście na stadion, wyczekując chłopaków. 
- Mamuś, brzuch mnie boli - zaczęła pojękiwać Oliwia. - Jedźmy do domu...
- Najadłaś się tyle tych chipsów, to nie dziwota - odparła Agata. - Cóż, jedźmy. Do zobaczenia, dziewczyny!
Pożegnałyśmy się z Agatą i Oliwią, pojechały do domu. Miałam nadzieję, że Oliwii szybko przejdą te boleści. 
- Mamo, chcę do łazienki - pisnęła Sara.
- Oj, Sara, Sara, trzeba było nie pić tyle tej coli - powiedziała Ewa. - Lidia, w takim razie pójdziemy do łazienki.
- Idźcie, idźcie - powiedziałam. - Poczekam. 
Zostałam sama z Cathy, która przyłączyła się do nas. 
- Papierosa? - zapytała, wyciągając paczkę miętowych Malboro.
- Nie, dziękuję - odparłam - jestem w ciąży, więc nie wolno mi palić.
- Kochana, moja siostra była niedawno w ciąży, a paliła jak smok - powiedziała Cathy. - I urodziła zdrowego synka. To alkohol gorzej szkodzi nienarodzonemu dziecku niż nikotyna. 
- No, nie wiem... - zawahałam się.
- Ty nie palisz nałogowo, prawda? - zapytała Cathy. 
- Sporadycznie - odparłam. - Bywały sytuacje, w których fajki pozwalały mi się uspokoić. 
- Więc tym bardziej nic się dziecku nie stanie - powiedziała Cathy - ale ja Cię oczywiście nie zmuszam...
- Albo wiesz co? Daj sztukę - uśmiechnęłam się. 
Wzięłam papierosa, odpaliłam i stałyśmy tak razem z Cathy, paląc i rozmawiając. Ewa i Sara coś długo nie wracały, pewnie była długa kolejka do toalet. 
- Lidia! Co Ty robisz?! - usłyszałam nagle znajomy głos... i struchlałam. Kompletnie zapomniałam, że Marco może lada chwila wyjść i przyłapać mnie z tym papierosem w ręku. Tak teraz się stało... 
Odwróciłam się i zobaczyłam rozgniewane oblicze blondyna.
- Dziewczyno, czyś Ty oszalała? - zapytał zły i wyrwał mi papierosa z ręki. - Zapominasz się! 
- Oj Marco, to tylko jeden papieros... - próbowałam się jakoś usprawiedliwić. 
- Cathy, Cathy, ludzi na złą drogę ściągasz - powiedział Mats, który wyszedł razem z Marco. 
- Czy Ty pamiętasz, że jesteś w ciąży?! - denerwował się Marco. - Już rozmawialiśmy na ten temat! A Ty znowu...
- Ale dlaczego Ty krzyczysz na mnie? - zapytałam. - Nie podoba mi się to!
- Bo mnie denerwuje Twoja nieodpowiedzialność - pieklił się blondyn. - Pomyśl, gdyby tak...
- Na litość boską, przecież nie paliłam jakiegoś zioła - powiedziałam już lekko podenerwowana. 
- Marco, nie denerwuj się - powiedział Mats. - My z Cathy idziemy, cześć Wam!
Modliłam się, żeby Ewa i Łukasz już przyszli. Tymczasem Marco dalej robił mi awanturę... 
- Lidia, ja myślałem, że porządna z Ciebie dziewczyna, a Ty takie numery odstawiasz?! Dlaczego Ty to robisz?! Nie tylko sobie krzywdę robisz, ale i dziecku! 
- Przecież nie jestem nałogowcem, ja tylko tak dla towarzystwa - próbowałam się bronić.
- Od tego się zaczyna, moja droga! - nie dawał się zbić z tropu blondyn. 
Zauważyłam, że Ewa, Łukasz i Sara właśnie wychodzą z SIP. Ucieszyłam się z tego faktu.
- Ja teraz wracam do domu - powiedziałam chłodno - a Ty ochłoń trochę. I przestań mi mówić, co mam robić, a czego nie! Nienawidzę, gdy ktoś mnie tak ogranicza. Cześć! 
- Lidia! Zaczekaj... 
- Powiedziałam, ochłoń trochę - powtórzyłam i podbiegłam do Łukasza i dziewczyn. Marco zrezygnowany odszedł swoją drogą. 











*** 










- Lidia, co się stało? - zapytała zszokowana Ewa. - Pokłóciliście się? 
- No... tak - pokiwałam powoli głową. 
- O co? - zapytała zdziwiona. - Rozegrał taki znakomity mecz, powinniście więc... 
- Poszło o jednego papierosa - powiedziałam. - Zapaliłam razem z Cathy, a on mnie przyłapał i zrobił mi awanturę przy ludziach. 
Faktycznie, jeszcze wtedy jacyś ludzie wychodzili ze stadionu, spoglądali zdziwieni na rozzłoszczonego blondyna, który powinien cieszyć się z sukcesu i ustrzelonego hat-tricka, a nie robić aferę. 
Dobrze, że żadnych fotoreporterów nie było w tamtej chwili... 
- Hej, to już nie pierwszy raz, kiedy on tak przesadnie się o Ciebie troszczy - powiedziała Ewa. - Przesadził z tą awanturą! Ale z drugiej strony, faktycznie nie powinnaś palić. 
- To bardzo szkodliwe - powiedział Łukasz.
- Prawda! - wtrąciła się Sara. - Od palenia się szybko umiera!
- Dokładnie, córcia - powiedział Łukasz, pogłaskał córkę po głowie. 
- Od jednego papierosa nic się dziecku nie stanie, ale wiesz... od jednego się zaczyna - powiedziała Ewa. - Więc lepiej więcej nie próbuj. 
- Wiem, Ewa, wiem - powiedziałam. 
- To dobrze - powiedziała Ewa. - Lidia, później na jakieś zakupy pojedziemy. 
- Okej - odparłam.
Wsiedliśmy do samochodu, pojechaliśmy do domu. 
Co do moich jutrzejszych urodzin - Marco na pewno przyjdzie, będzie mnie przepraszał za tę awanturę. Ba, może jeszcze nawet dziś zadzwoni! 
- Lidia, nasze rowery mają koszyki, może przejedziemy się rowerami do pobliskiego marketu? - zapytała Ewa. - Nie mamy dużo do kupienia. 
- Nie ma problemu! Chętnie się przejadę - powiedziałam. - Tylko jednego się boję...
- Że Cię Marco zobaczy? - dokończyła Ewa. - Nie przejmuj się, kochana. Na pewno jest teraz w domu i odpoczywa po meczu. 
- A jakby co, sama z nim porozmawiasz - powiedziałam, zakładając trampki. Niby dlaczego mam rezygnować z aktywności fizycznej? Przecież dziecku nic się nie stanie tylko dlatego, że przejadę się rowerem! 
- No pewnie - powiedziała Ewa. 
Wyciągnęłyśmy rowery z garażu i ruszyłyśmy w drogę. Ewa jechała rowerem Łukasza. 
- Trzeba kupić jakiś rower i dla Ciebie - powiedziała Ewa. - Będziemy wtedy wszyscy jeździć na przejażdżki! 
- Fajnie by było - ucieszyłam się. 
Szybko dojechałyśmy do marketu, zrobiłyśmy zakupy, które zmieściły się w naszych koszykach doczepionych do rowerów. 
- Widzisz? Nie trzeba zużywać tyle paliwa - uśmiechnęła się do mnie Ewa, gdy jechałyśmy z powrotem. 
- No pewnie - powiedziałam. - Ruch to zdrowie! 
- Łukasz zawsze to powtarzał - powiedziała Ewa. 
Już dojechałyśmy do furtki, gdy nagle... zobaczyłyśmy Marco zmierzającego w naszą stronę. Zapewne szedł mnie odwiedzić... 
- Ewcia! Co teraz? - jęknęłam.
- Spokojnie - odparła cicho. 
- Lidia, czy Tobie do reszty odbiło?! - Marco szybko do mnie podbiegł, złapał mnie za ramię. - Najpierw palenie, teraz jazda rowerem?! 
- Ciszej, Marco! - zwróciła mu uwagę Ewa. - Ludzie zaraz wyglądać zaczną!
- No i co z tego?! Lidia, ja Ci coś mówiłem! - powiedział Marco.
- Nie będę całymi dniami leżała na kanapie - powiedziałam. - Przestań się tak denerwować, niepotrzebnie robisz aferę.
- Ja tylko chcę dobra naszego dziecka, rozumiesz to czy nie? 
- Od jazdy rowerem nic mu nie będzie - powiedziałam. - Nie wiem, co w Ciebie wstąpiło! Jesteś przewrażliwiony!
- Przewrażliwiony?! Raczej odpowiedzialny! Pomyśl, co mogłoby się stać, jakbyś spadła z tego roweru! Poza tym, czemu jeździsz bez kasku? Lidia, Ty... 
- Skończ! Błagam! - jęknęłam. - Przestań mi prawić kazania! - syknęłam. 
- Marco, przestań jej robić awantury! - krzyknęła Ewa, wyraźnie się zdenerwowała - przeginasz, mój drogi! Ona doskonale wie, co robi! 
- Co się tam dzieje? - z domu wyjrzał Łukasz. 
- Marco, jak ochłoniesz, to daj znać - powiedziałam chłodno. - Teraz nie da się z Tobą sensownie porozmawiać. Do jutra!
Otworzyłam furtkę, i skierowałam się do garażu odstawić rower. Ewa poszła za mną.
Gdy wyszłam z garażu, Marco dalej stał przy furtce... 
- Lidia! Proszę Cię... 
- Porozmawiamy, gdy ochłoniesz - powiedziałam. 
- Dokładnie - krzyknęła Ewa. - Lidia, chodź do domu! 
Pomogłam Ewie wziąć zakupy i poszłyśmy do domu, Marco nie próbował już się kontaktować. 
- Co za diabeł wstąpił w mojego kumpla - westchnął Łukasz. - Krzyki słychać było w całym domu. 
- Nie mam pojęcia, Łukasz - powiedziałam smutno. - Może nie powinnam była palić, ale czy on musiał mi taką aferę zrobić? 
- Nie! Nikt mu nie powiedział, że nie wolno denerwować ciężarnych kobiet? - odezwała się Ewa. - Mam nadzieję, że to się nie powtórzy! Lidia, ochłoń trochę, ja pójdę przyrządzać potrawy na jutro. 
- Pomóc Ci? - zapytałam.
- Przyjdź później, teraz posiedź trochę i odetchnij - powiedziała Ewa.
Siedziałam w salonie z Łukaszem, on oglądał TV, ja siedziałam w fotelu i wpatrywałam się w dywan, myśląc, co się dzieje z Marco.
Czemu on tak się o mnie przesadnie troszczył? W ogóle nie rozumiałam jego postępowania wobec mnie... 

_________________________ 



Przepraszam za to powyższe ścierwo, ale ostatnio nie mam najlepszych dni. Krótki, nudny i taki głupi ten rozdział. Wybaczcie -.- 

Powtórzę się w sprawie Liebster Award, wprawdzie był już wpis o tym, ale powtórzę się.
Wybaczcie, że nie poodpowiadałam na pytania, ale ostatnio nie miałam zbytnio czasu, a potem namnożyło się tego, a ja siły nie mam, żeby wszystko to ogarnąć. 
Jednak jestem bardzo Wam wdzięczna za te nominacje, cieszę się, że lubicie mojego bloga. :) 

Ostatnio... nie czuję się najlepiej. Samotność mnie dobija i to bardzo.
Nie mam kogo odwiedzić, gdzie się wybrać. Nie mam przyjaciół, poza jedną osobą, która jest teraz na wakacjach za granicą.
Żadnej paczki znajomych nie mam. Myślę, że to wszystko przez moją nieśmiałość - uważają mnie wszyscy za nudną osobę i taki teraz jest efekt. 
Chciałabym pewnego dnia obudzić się z innym charakterem. 
Samotność jest czymś naprawdę okropnym... 
Siedzę ciągle albo przed kompem, lub TV. Moje wyjścia na zewnątrz to tylko samotne przejażdżki rowerowe, wyjścia na podwórko lub wypady do miasta (z mamą...) 
Ech... dobra, już nie użalam się więcej nad sobą, nie będę Was zanudzać. 

Buziaki!
WildChild

PROSZĘ O KOMENTARZE!