wtorek, 25 czerwca 2013

Rozdział 35.

- Marco, robi się niebezpiecznie - szepnęłam przerażona do mojego partnera.
- Spokojnie - odszepnął. 
- Zostaw mnie w spokoju - krzyknęła Ania - nie chcę więcej z Tobą mieć do czynienia! 
- Jak to?! - krzyknął facet - my jesteśmy sobie pisani! 
- Już mówiłam, że niezmiernie żałuję naszego romansu! - powiedziała Ania. 
- Nasz seks był wspaniały. Poza tym, jesteś taką cudowną kobietą - powiedział koleś - nie możesz mnie ot tak zostawić! 
Pomyślałam, że ten typ naprawdę jest wariatem. Ale tacy też żyją na tym świecie, niestety.
- Chodź tu do mnie - usłyszałam tego faceta.
- Puść mnie! - krzyknęła Ania. 
- Zostaw ją! - mój ukochany nagle się poderwał, ja uczyniłam to samo. Podszedł do faceta i próbował pomóc Ani. 
- A Ty gdzie?! Ona jest moja - wrzasnął koleś.
- Pomóżcie mi! - jęknęła Ania. - Nathan, puść mnie!
- Zostaw ją, bo wezwiemy policję - odezwałam się. 
Moje słowa poskutkowały, bo Nathan puścił brunetkę. Minę miał jednak groźną. 
- Jeszcze się spotkamy - rzucił na odchodne. - Albo będziesz ze mną, albo z nikim, zapamiętaj to sobie! 
I odszedł. Ania odetchnęła z ulgą, wyglądała na naprawdę przerażoną.
- Dziękuję - powiedziała cicho.
- Coś Ty najlepszego narobiła? - zapytał Marco. - Masz pojęcie, jak Robert się teraz czuje? 
- Wiem - powiedziała Ania - nie masz pojęcia, jak żałuję tego mojego romansu. Oddałabym wszystko, żeby cofnąć czas. Chcę być tylko z Robertem, zrobię wszystko, żeby mi wybaczył.
- Szczerze? Wątpię, żeby Ci wybaczył - odparł Marco - dla niego zdrada jest rzeczą niewybaczalną, sam mi to mówił. 
- Ale ja go kocham! - jęknęła Ania - pragnę być z nim! Boże, jaka ja byłam głupia! 
- Mądry Polak po szkodzie - pomyślałam. 
- Muszę z nim pogadać jeszcze raz - powiedziała Ania - mam nadzieję, że mnie wysłucha!
I prędko poszła, nie oglądając się na mnie i Marco. Spojrzałam na blondyna. Nie wyglądał zbyt wesoło. 
- Nie ma opcji, żeby Robert jej wybaczył - powiedział. 
- Ale on pewnie też ją dalej kocha - powiedziałam cicho.
- To prawda - powiedział Marco - ale ta zdrada przekreśliła ich związek. 
- Dobrze, że między nami się układa... - powiedziałam cicho.
- Oj tak - zgodził się ze mną Marco i wziął mnie za rękę. Widziałam, że Ania żałuje tego romansu, ale też uważałam, że powinna była pomyśleć, zanim coś zrobi (czyli zdradzi Roberta). 
Współczułam Robertowi. Nie dość, że był uziemiony przez złamaną nogę, to jeszcze rozpadł się jego związek z Anią. 
Spacerowaliśmy dalej, przechodziliśmy akurat obok sklepu z zabawkami. Zauważyłam na wystawie uroczą, wielką maskotkę Hello Kitty. 
- Spodobałaby się Sarze - pomyślałam. - No tak, ona ma jutro urodziny! 
- Na co tak patrzysz? O, niezła maskotka - powiedział Marco. - Chciałabyś taką? - zachichotał.
- Ja nie - odparłam - ale Sara na pewno tak. Kupiłabym jej, ma jutro urodziny, ale pieniędzy nie wzięłam. 
- Ja też - westchnął Marco. - Chociaż, czekaj... mam kartę płatniczą - odparł, klepiąc się po kieszeniach. 
- Przestań - odparłam - nie będę naciągała. 
- To będzie prezent od nas - powiedział Marco. - Niech się dzieciak cieszy. Ja gdy byłem w jej wieku, uwielbiałem Spider-Mana. 
- Pewnie ta maskotka droga - stwierdziłam. - Nie moglibyśmy się chociaż złożyć? 
- Nie - rzucił od razu Marco. 
- Uparciuch - zaśmiałam się. 
Weszliśmy do sklepu, maskotka kosztowała 40 euro. 
- To bierzemy? - zapytał Marco. 
- Jak tak bardzo nalegasz - odparłam. 
Poszliśmy do kasy, Marco zapłacił za maskotkę i wyszliśmy. 
- Na pewno się ucieszy - powiedział Marco.
- Bez wątpienia - powiedziałam - ona uwielbia Hello Kitty. 
- A ja uwielbiam Ciebie, wiesz? - zaśmiał się Marco.
- Tylko? - wzruszyłam ramionami.
- Kocham - poprawił się Marco. - Lepiej? 
- Lepiej - zaśmiałam się i chwyciłam go za rękę. - Mój Ty blondasie, tylko jak tę maskotkę mam przemycić? Żeby przypadkiem Sara jej nie zobaczyła przed jutrem! 
- Zostawimy u mnie - powiedział Marco. - Chodź, spędzimy trochę razem czasu w moim domu... Pobędziemy sami... - tu mrugnął do mnie. Jego oczy zabłyszczały. 
- A ten tylko o jednym - skwitowałam. 
- Wcale nie - Marco zrobił minę zbitego psiaka. 
- No dobrze, już dobrze - pogładziłam włosy mojego ukochanego blondyna. Poszliśmy do jego domu. 
Marco schował prezent dla Sary do szafki, po czym podszedł do mnie. Chwycił mnie za ręce... 
- Chodźmy do ogrodu - szepnął i pociągnął mnie do swojego kwiecistego ogrodu. Wokół nie było nikogo widać. Panowała cisza. 
Marco zaciągnął mnie między krzaki róż, tuląc i całując namiętnie. Już się domyśliłam, czego mój boski partner pragnie. Pozwoliłam mu się powoli rozebrać, sama również pozbawiłam go odzieży. 
Gdy już oboje byliśmy nadzy, gładziliśmy wzajemnie swoje coraz gorętsze ciała. Oczy mojego ukochanego błyszczały jak słońce odbite w porannej rosie. 
W końcu oboje przeszliśmy "do rzeczy". Te danie upustu naszej miłości wśród krzewów róż okazało się czymś rozkosznym, po prostu wspaniałym. 
Kochaliśmy się w najlepsze, gdy nagle błogi moment został przerwany... zostaliśmy przyłapani! 
- Ups! Przepraszam! - wymamrotał jakiś nieznany mi facet i się oddalił. 
Zniknął tak szybko, jak się pojawił. 
- Na litość boską, Marco, kto to był? - zapytałam zawstydzona tym, że jakiś obcy koleś zobaczył mnie w negliżu. 
- To był mój ogrodnik - powiedział podobnie jak ja zażenowany Marco. 
- Jak to? 
- Zapewne przykucnięty pielił gdzieś dalej kwiaty i go nie zauważyliśmy - stwierdził blondyn. - A ja kompletnie zapomniałem, że zawsze przychodzi w soboty. Wiesz, skarbie, on ma klucze do furtki ogrodowej, i... 
- Rozumiem, rozumiem - przerwałam mu. - Mój Boże, jaki wstyd!
Ubraliśmy się czym prędzej, i poszliśmy do domu. Nie było zbytnio co robić. 
Siedzieliśmy tylko przytuleni na kanapie, oglądając jakieś niemieckie programy, i tak prawie cała sobota nam zleciała... 









*** 









- Marco? Odprowadziłbyś mnie? - zapytałam. - Już późno się robi. 
- A po co? - zapytał z błyskiem w oku. - Zostań u mnie na noc. 
Moje serce szybciej zabiło. Jeszcze nigdy nie nocowałam w domu blondyna.
- Proszę - nalegał Marco. - Będzie fajnie, zobaczysz! Dokończymy pewną sprawę... - mój luby puścił do mnie oczko. 
- A ten tylko o jednym - skomentowałam. 
- Faceci tak mają - zaśmiał się Marco.
- Zaczną się treningi, to odechce Ci się - stwierdziłam. 
- Teraz to dwa, trzy razy w tygodniu będą, dopiero w tym tygodniu, kiedy będzie się zaczynał nowy sezon Bundesligi, będą praktycznie codziennie - powiedział Marco. - Więc jeszcze będę miał trochę wolnego, myszko. 
- A jak tam Mario? Orientujesz się, jak to w Bayernie będzie z tymi treningami? - zapytałam.
- Dopiero w czwartek będzie miał trening - powiedział Marco. - Jutro dopiero ma wrócić z obozu przygotowawczego. Znając życie, będą w Monachium dopiero wieczorem... 
- Ach, rozumiem - powiedziałam. 
- Ale jak się zacznie Liga Mistrzów, to dopiero będzie wycisk - powiedział Marco. 
- W to nie wątpię - zaśmiałam się. 
- To jak, kochanie? Przenocujesz u mnie? - drążył temat Marco.
- Niech Ci będzie. Skoro tak nalegasz - uśmiechnęłam się.
- Cieszę się - powiedział Marco i cmoknął mnie w policzek. 
Wysłałam SMS Ewie, że przenocuję u Marco. Ona odpisała, że dobrze, i żebym wpadła jutro razem z Marco na mini-przyjęcie urodzinowe Sary. 
- Chodź do kuchni, zjemy kolację - powiedział Marco.
- Okej - odparłam. 
Marco zaczął grzebać w lodówce, ja usiadłam przy stole i zauważyłam, że leżą na nim chipsy. Moje ulubione, o smaku cebuli i sera. Zaczęłam je sobie ze smakiem chrupać. 
Marco odwrócił się do mnie, gdy zobaczył, jak jem te chipsy, nie zrobił szczęśliwej miny...
- Lidia, na litość boską! - syknął i zabrał mi je.
- Marco, co Ty, paru chipsów mi żałujesz? - zdziwiłam się. 
- Jesteś w ciąży, nie możesz niezdrowo się odżywiać - powiedział. - Zaraz Ci przygotuję coś należytego do jedzenia. 
- Nie przesadzaj - powiedziałam. - Nie zjadłam ich dużo. 
- Zapamiętaj sobie, że nie możesz jeść teraz takich rzeczy, musisz dbać o siebie i dziecko - powiedział Marco stanowczo. 
- Nie przesadzaj - powtórzyłam.
- Nie przesadzam, tylko mówię prawdę - powiedział blondyn. 
Zrzedła mi mina. Uwielbiałam chipsy, jednak zawsze się pilnowałam, żeby nie utyć lub nie dostać krost na cerze. Mimo to wychodziłam z założenia, że od czasu do czasu można sobie sprawić taką przekąskę bez wyrzutów sumienia. 
Nie słyszałam też, żeby kobiety w ciąży CAŁKOWICIE musiały rezygnować z chipsów i słodyczy. Muszę zapytać Ewę, jak ona się odżywiała, kiedy była w ciąży. 
- Usmażę jajecznicę ze szpinakiem - powiedział Marco. - Sam ją bardzo lubię. 
- Może być - stwierdziłam. - A sam to tak starasz się zdrowo jeść? 
- No pewnie - powiedział Marco. - Czasami robię odstępstwa, zdarza się, ale generalnie przestrzegam zasad zdrowego odżywiania. 
Marco zabrał się za przygotowywanie naszej kolacji. 
- Możesz pokroić szpinak, kochanie? - zapytał.
- Jasne - powiedziałam, i spełniłam prośbę Marco. 
Niebawem jajecznica została usmażona, gdy już ją skonsumowaliśmy, wypiliśmy jeszcze po szklance owocowej herbaty, i poszliśmy na górę.
- Nie mam żadnej piżamy - powiedziałam.
- I tak nie byłaby Ci potrzebna - powiedział, mrugając do mnie. 
- Chciałabym się teraz umyć, panie niewyżyty - zaśmiałam się. - A potem zobaczymy...
- Nikt Ci nie zabrania - zaśmiał się. - Higiena, ważna rzecz. 
Poszłam do łazienki, wzięłam szybki prysznic, owinęłam się w ręcznik i wróciłam do sypialni. Marco w niej nie było, zapewne kąpał się w łazience, która była na dole. 
Nie myliłam się, niebawem przyszedł, miał na sobie tylko niebieskie bokserki. 
Rzucił się na łóżko, porwał mnie w ramiona...
- Teraz jesteś moja - wyszeptał podniecony. Wpił się w moje usta, zaczął całować. Jego dłonie masowały całe moje ciało. Zauważyłam, jak mu testosteron rozsadza bokserki.
- Teraz nikt nam nie przeszkodzi... - uśmiechnął się zawadiacko Marco. 
Poczułam drżenie w nogach. Poczułam po chwili, jak się wsuwa we mnie. Coraz głębiej i głębiej... 
Aż poczułam lekki ból. Pchnięcia blondyna były mocne jak nigdy. Ból mieszał się z rozkoszą...
Marco tylko cały czas łobuzersko się uśmiechał. Cały czas trzymał mnie za ręce. 
W końcu z moich ust wyrwał się głośny krzyk ekstazy. Marco po chwili również doszedł i położył się obok mnie, wyraźnie słyszałam jego przyśpieszony oddech.
- Jesteś cudowna - wysapał.
- A Ty brutalny - zaśmiałam się.
- Chciałem spróbować czegoś nowego - powiedział.
- No to spróbowałeś - powiedziałam. 
- A Tobie jak się podobało? - zapytał cicho.
- Źle nie było - stwierdziłam. - Kocham Cię, Ty brutalu. 
- Ja Ciebie też, cudaku - zaśmiał się i mnie pocałował w usta. - Dobranoc - szepnął. 
- Dobranoc - odpowiedziałam.
Marco wziął mnie w ramiona, wtulona w jego tors powoli zasnęłam. 











*** 











Gdy się obudziłam, nie było obok mnie Marco. 
- Pewnie poszedł do łazienki - pomyślałam i ziewnęłam. 
Poleżałam jeszcze z pięć minut. Do sypialni zajrzał Marco.
- O, już się obudziłaś - powiedział z uśmiechem. - Śniadanie już czeka. 
- Specjalnie wstałeś wcześniej, żeby zrobić śniadanie? - zapytałam zaskoczona.
- No pewnie - powiedział. - Chcę dbać o Ciebie i nasze dziecko. 
- Ty lepiej daj mi teraz jakieś świeże ciuchy - zaśmiałam się.
- Oczywiście - Marco zasalutował. 
Wyciągnął z szafy zwykły, zielony t-shirt, oraz krótkie, czarne spodenki. Ubrałam się w to i zeszliśmy oboje na dół. Na stole czekała już zaparzona miętowa herbata, oraz kanapki z sałatą i szynką. 
- Smacznego - powiedział Marco.
- Wzajemnie - powiedziałam. 
Po śniadaniu, pomogłam Marco zapakować naczynia do zmywarki. Zerknęłam na zegarek, wskazywał godzinę dziesiątą. 
Usiedliśmy z Marco przed TV, oglądaliśmy wiadomości. Najwięcej to było mowy o polityce. Nudy! 
Otrzymałam SMS od Ewy, żebyśmy przyszli na trzynastą. 
Jednakże około dwunastej Marco otrzymał telefon od prezesa Borussii, by ten stawił się w klubie, jednak powodu spotkania nie zdradził. 
- W niedzielę głowę zawracają - westchnął Marco. - Jednak pójdę. Odwiozę Cię najpierw do domu. 
- Mogę iść na piechotę, myślę, że trafię - powiedziałam.
- Nie! Nie będziesz się przemęczać, będąc w ciąży - powiedział Marco. 
Dalej nie protestowałam, Marco odwiózł mnie do domu. 
- Złóż Sarze życzenia ode mnie - powiedział, gdy wysiadałam. 
- Oczywiście - uśmiechnęłam się. - Trzymaj się! 
Poszłam do domu. Sara była wystrojona w różową sukienkę, na twarzy miała radosny uśmiech.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, kochanie - uśmiechnęłam się do niej, przytuliłam ją. - Marco również Ci tego samego życzy. A to prezent od nas - powiedziałam, i podałam jej ozdobną torebkę, w której znajdowała się maskotka. 
- Dziękuję! - ucieszyła się Sara. - A czemu nie przyjechał? 
- Musiał pojechać na pewne pilne spotkanie - powiedziałam. 
Sara wyciągnęła maskotkę z torebki, wyraźnie jej się spodobała.
- Jaka piękna! Dziękuję, Lidzia - krzyknęła i rzuciła mi się na szyję. 
- Ależ nie ma za co - powiedziałam.
- Faktycznie, świetna - powiedziała Ewa. - A co to za spotkanie, Lidia? 
- Prezes Borussii prosił go, żeby przyjechał do klubu - powiedziałam. - A dlaczego, to nie wiem. Później się dowiem. 
- W niedzielę głowę zawracają - westchnęła Ewa. 
- No cóż - powiedziałam. 
- Kuba i Agata mają przyjść - powiedziała Ewa.
- A Oliwia? - zapytała Sara.
- Też na pewno będzie. Będziesz miała wesoło - uśmiechnęła się Ewa. 
Łukasz w salonie oglądał telewizję. Stół był już ładnie nakryty. 
- Szkoda, że Marco nie będzie - powiedziała Ewa. 
- Oj tak - powiedziałam. - Myślałam, że razem przyjedziemy o trzynastej, a tu klops. 
- Tak to w życiu już bywa - powiedziała Ewa - chcesz zobaczyć tort?
- Chętnie - powiedziałam.
Ewa pokazała mi tort, był bajeczny.
- Aż szkoda kroić - stwierdziłam. 
Przysiadłyśmy sobie przy kuchennym stole, zapytałam Ewę, jak się odżywiała, gdy była w ciąży. Powiedziała, że starała się przestrzegać zdrowej diety, ale bez przesady. Opowiedziałam jej o wczorajszym incydencie z chipsami.
- To teraz uważaj, kochanie - zachichotała Ewa. 
- Niby na co? 
- Żeby Cię jeszcze kontrolować nie zaczął, czy coś. Pamiętam, że gdy byłam w ciąży, zdarzyło mi się wypić lekkie piwo, i urodziłam zdrowe dziecko. Nie ma co popadać w paranoję - powiedziała Ewa. 
- Ale chyba wódki nie piłaś, co? - zapytałam ze śmiechem. 
- Nie - powiedziała Ewa - to już zbyt mocny byłby trunek. 
Niedługo przyszła rodzina Błaszczykowskich, Sara otrzymała od nich książkę z bajkami, konika Pony i słodycze. 
Zasiedliśmy wszyscy do stołu, Ewa przyniosła tort. Zapaliła na nim sześć świeczek.
Zaśpiewaliśmy jej "Zum Geburtstag viel Glück" , niemiecką piosenkę urodzinową. Sara nie znała polskiego, była od dziecka uczona mówić po niemiecku. Jednak znała kilka polskich słów, to naprawdę pojętna i mądra dziewczynka. 
- Pomyśl sobie życzenie - uśmiechnęła się Agata. 
Sara pokiwała główką i zdmuchnęła świeczki. Zaczęliśmy bić brawo.
- Mamuś, trochę szkoda kroić - powiedziała Sara.
- No właśnie - wtrąciła się Oliwia.
- Niestety, Oliwia, musimy - Sara powiedziała to takim dojrzałym głosem. Była naprawdę dojrzała, jak na swój wiek.
Ewa pokroiła tort, wszyscy dostali po kawałku. Był przepyszny. A Marco to na pewno prosiłby o dokładkę. 
Gdy już wszyscy zjedli urodzinowe ciasto, Sara i Oliwia pobiegły się bawić, wiadomo jak to dzieci - nie usiedzą za długo przy stole z dorosłymi. 
Pomogłam Ewie przynieść potrawy, jakie przyrządziła. A były to : sałatka grecka, kurczak w panierce, krewetki w sosie śmietanowym, koreczki, oraz na deser sernik. 
Czas sympatycznie upływał. Łukasz poszedł na chwilę do kuchni i przyniósł browary. 
- Ludziska, łapcie się za browary - powiedział wesoło.
- Ja nie chcę - powiedziała Ewa. 
- Agata, Kuba, może Wy? - zapytał Łukasz.
- Czemu nie - powiedział Kuba. 
- On nigdy nie odmawia - zaśmiała się Agata. 
- No proszę, i kto to mówi - powiedział Kuba. 
- Mi się zdarzyło odmówić, więc nie gadaj - powiedziała Agata. - No dobrze, Łukasz, ale tylko na jedno mogę się zgodzić. 
- A Ty, Lidia? - zapytał Łukasz.
- Nie, ja nie - powiedziałam - przecież w ciąży jestem...
Ups! Wymsknęło mi się przy Agacie i Kubie. Nie miałam zamiaru tego mówić. Że też nie ugryzłam się w język.
- Co?! - zdziwiła się Agata.
- W ciąży? Jak to? - zdziwił się Kuba. 
- No... tak wyszło - powiedziałam. Lekko się zarumieniłam.
- Gratuluję - powiedział Kuba. 
- Jak Marco to przyjął? - zapytała Agata.
- Powiedział, że się cieszy - powiedziałam.
- Trochę wcześnie się to stało - powiedział Kuba - ale teraz nie ma sensu gdybać, prawda? Będzie dobrze, na pewno! 
- Kuba ma rację - powiedziała Agata. - Ewa na pewno będzie Cię wspierała, prawda? 
- Oczywiście - powiedziała Ewa. 
- Dla Ciebie przewidziałem naprawdę leciutkie piwo - powiedział Łukasz i postawił przede mną piwo o zawartości 0,5 % alkoholu. O cytrynowym smaku.
- No dobrze - powiedziałam. - Ewa mówiła, że jej też się zdarzało coś wypić w trakcie ciąży.
- Oj, to prawda - zaśmiał się Łukasz. - A jak widać, z naszą Sarą jest wszystko w porządku. 
Powolnymi łykami popijałam piwo, gdy skończyłam je pić, w ogóle nie szumiało mi w głowie. 
- Wiesz, Lidia - powiedziała Agata - nawet jeśli jesteś w ciąży, powinnaś uprawiać sporty. Na przykład, powinnaś jeździć rowerem, mój lekarz mówił, że jest to wskazane. 
- Nie mam roweru - powiedziałam. 
- Ale ja mam - powiedziała Ewa. 
- Ma żółto-czarne barwy - dodał Łukasz. 
- Więc musi być uroczy - stwierdziłam.
- Ewa, mogłabyś pożyczyć czasem Lidii roweru - zasugerowała Agata. - Tylko zawsze zabieraj ze sobą butelkę wody na przejażdżkę, i nie szalej po jakichś wertepach. 
- A chętnie - powiedziała Ewa.
- Nawet teraz bym mogła się wybrać - stwierdziłam, patrząc przez okno. - Jest ładna pogoda.
- Chodźmy do garażu, pokażę Ci ten sprzęt - zaśmiała się Ewa.













*** 










Rower od razu mi się spodobał. Ewa przyniosła mi jeszcze butelkę wody mineralnej.
- Uważaj na siebie - powiedziała - w razie czego, dzwoń. Nie jedź zbyt prędko. I uważaj na samochody...
- Dobrze, dobrze - zaśmiałam się - ja to wszystko wiem, kochana.
- No to miłej przejażdżki - zaśmiała się Ewa. - Nie jedź za daleko! 
To też wiedziałam. Nie zamierzałam się zbyt daleko zapuszczać, żeby potem nie błądzić. Komórkę na szczęście miałam dobrze naładowaną. 
Pojechałam przed siebie, uczucie wiatru we włosach było bardzo przyjemne. 
Na chwilę się zatrzymałam, żeby napić się wody. Gdy już trochę się nawodniłam, ruszyłam dalej. Dojechałam aż do parku. 
- Zrobię rundkę po parku i wracam - pomyślałam.
Wjechałam do parku, sporo osób po nim spacerowało lub również wybrało się na przejażdżki rowerowe. Pojechałam alejką, na której nikogo nie było. Nagle jednak zauważyłam jakiegoś kolesia. Po chwili jednak stwierdziłam... że to Marco! Biegł przed siebie wolnym truchtem. 
- Nastraszę go - pomyślałam rozbawiona.
Jednak nie zdążyłam, bo gdy podjechałam nieco bliżej, ten się odwrócił. 
- Hej, kochanie - uśmiechnęłam się.
- Lidia, czyś Ty oszalała?! - krzyknął.
- Ale o co Ci chodzi, Marco? - zapytałam zdumiona. 
- Po pierwsze, jeździsz rowerem i się przemęczasz będąc w ciąży, po drugie, jeździsz bez kasku, a co, jakbyś się nie daj Boże gdzieś wywróciła z tym rowerem?! - denerwował się blondyn. 
- Nie przemęczam się, nie jadę zbyt szybko, i jestem ostrożna - broniłam się. 
- Tobie nie wolno teraz takich wysiłków fizycznych podejmować! - krzyknął. - A w ogóle... czuję od Ciebie piwo! 
- Wypiłam jedno, które miało 0,5 % alkoholu - powiedziałam - Ewa i Łukasz powiedzieli, że...
- W ciąży nie możesz pić żadnego alkoholu, rozumiesz, żadnego?! - pieklił się Marco - chcesz, żeby coś się stało naszemu dziecku?! 
- Nie, nie chcę - powiedziałam. - Po co się w ogóle tak denerwujesz? Nie poznaję Cię, Marco! 
Zdenerwowałam się. Marco zaczynał robić się jakiś dziwny. Przesadnie się teraz o mnie i o dziecko troszczył... 
- Schodź z tego roweru - rozkazał mi... 









_______________________ 





No no. Rozpisałam się i to nieźle. Mam nadzieję, że jakoś przez to przebrnęłyście. :> 
I oczywiście mam nadzieję, że Wam się podoba! 

Zapraszam na bloga, który prowadzę razem z Andżeliką16
Obserwacja i komentarze mile tam widziane! 

Dziękuję za te 40 komentarzy pod poprzednim rozdziałem, za Wasze wsparcie. Kocham Was! 



UWAGA! 
Weszłam dziś w ustawienia, i zobaczyłam, że komentarze mogą dodawać tylko zarejestrowani, a myślałam, że anonimowi też mogą. Szybko zaznaczyłam, że KAŻDY może zostawić komentarz. 
Są tu jacyś anonimowi, którzy czytają tego bloga? Jeśli są tacy, mogą teraz swobodnie komentować :) 

Buziaki, Sylwia ;* 

KTO PRZECZYTAŁ, KOMENTUJE! 



niedziela, 23 czerwca 2013

NOWY BLOG!

Moje kochane czytelniczki, razem z Andżeliką16 założyłyśmy bloga, który będziemy wspólnie prowadzić. Póki co są bohaterowie, niedługo powinien pojawić się prolog.


http://two-different-worlds-story.blogspot.com/ 

Obserwacja i komentarze bardzo mile widziane! 

Pozdrawiam, Sylwia ;* 

+ dziękuję za komentarze pod poprzednim rozdziałem <3. Kocham Was! 

sobota, 22 czerwca 2013

Rozdział 34.

BARDZO PROSZĘ O KOMENTARZE I WSPARCIE W NICH, BO AUTORKA PRZECHODZI KRYZYS...TRACI WIARĘ W SIEBIE I W TE OPOWIADANIE! 



*oczami Marco* 


Wyszedłem wzburzony ze szpitala, nie miałem pojęcia, co myśleć. Spodziewałem się, że Lidii najzwyczajniej w świecie zrobiło się słabo albo zjadła coś nieświeżego. Jednak sprawa okazała się o wiele poważniejsza. 
Zdenerwowałem się, i to bardzo. Przecież ona mogła już się nigdy nie obudzić, kto wie, co to były za tabletki? 
Szedłem przez parking gdy nagle zobaczyłem rodzinę Piszczków przy ich samochodzie. Ewa zapinała małą w foteliku, a Łukasz szukał czegoś w bagażniku. 
- Stary, czemu tak szybko wyszedłeś? - zawołał do mnie Łukasz, który mnie od razu spostrzegł. 
- Czy Wy wiecie, że ona spożyła tabletki poronne? - zapytałem cicho. 
- Wiemy - powiedziała Ewa. 
- Mogło ją to zabić - powiedziałem. - Jeśli chodzi o dziecko, to na pewno zabiło... 
- Mylisz się - powiedziała Ewa. 
- Że co? 
- Słyszałeś - powiedziała Ewa - z dzieckiem jest wszystko w porządku, a Ty zbyt nerwowo zareagowałeś. 
- Jak to? Czyli... będę ojcem? - wydukałem. 
- Tak - powiedział Łukasz. 
- Jak się domyślam, Lidia sama by Ci to powiedziała - stwierdziła Ewa - ale Ty tak szybko wyszedłeś, że pewnie nie zdążyła z tą informacją... 
- Lidia popełniła błąd - powiedział Łukasz - ale to nie znaczy, że mamy wszyscy się od niej odwrócić, my wszyscy powinniśmy ją wspierać, zwłaszcza Ty, Marco. 
- Ona Cię potrzebuje - powiedziała Ewa. - Ona tak bardzo za Tobą tęskniła, nie masz pojęcia, jak Cię kocha. 
- A myślicie, że ja jej nie kocham i nie tęskniłem za nią? Nie macie pojęcia, jak bardzo - powiedziałem. - Macie rację, powinienem ją wspierać...
- Więc na co czekasz? Idź do niej - powiedziała stanowczo Ewa. 
- Tak zrobię - powiedziałem. - Do zobaczenia!
Pożegnałem się uściskiem ręki z Ewą i Łukaszem, i skierowałem swoje kroki w kierunku szpitala. 
Jednak, ku mojemu niezadowoleniu, recepcjonistka oznajmiła, że godziny odwiedzin już minęły, i że mogę przyjść dopiero jutro. Zrezygnowany wyszedłem, i wróciłem do domu. 
Nie mam dzisiaj najlepszego dnia. Wszystko od rana mnie drażniło. Przytrafiło mi się kilka głupich gaf. 
Gdy jedliśmy śniadanie przed treningiem, niechcący wylałem herbatę na Svena. 
Wprawdzie nie wściekał się z tego powodu, ale i tak nieco głupio mi było, wszyscy to widzieli. 
Na treningu, biegnąc za piłką, potknąłem się o własną nogę. Sven tak się śmiał, że hej. 
- Oj, Marco, Marco, z Tobą to nigdy nie jest nudno - rechotał. 
Bardzo mi brakowało Mario i Roberta. Ten obóz przygotowawczy byłby o wiele przyjemniejszy i weselszy, gdyby oni też tam byli. 
Nie mogłem sobie znaleźć miejsca w domu, kręciłem się po wszystkich pomieszczeniach po kolei. 
- Wyjdę na przechadzkę - pomyślałem. 
Nałożyłem buty i wyszedłem. Szwendałem się po ulicach, cały czas wpatrywałem się tępo w chodnik. Nagle bym prawie zderzył się z latarnią, ale na szczęście w porę ją wyminąłem. 
Postanowiłem zadzwonić do Mario. Potrzebowałem z kimś porozmawiać.
Jednak, jak na złość, nie odbierał. Dwa razy próbowałem się do niego dodzwonić, jednak bezskutecznie.
- Akurat teraz nie odbierasz - pomyślałem - akurat w tej chwili, kiedy Cię potrzebuję! 
A jeszcze tak bardzo późno nie było, zerknąłem na zegarek, było kilka minut po dwudziestej. 
Zastanawiałem się, czy nie zadzwonić do Lidii. Nie mogłem jej już dziś odwiedzić, więc może pogadałbym z nią przez telefon? Niestety, włączała się poczta głosowa. 
- Jutro rano do niej pójdę - pomyślałem - bezsprzecznie!
Akurat przechodziłem obok domu Roberta. Nagle usłyszałem stukanie w okno. Zauważyłem, że to Robert siedzi przy oknie. Otworzył je. 
- Marco! - zawołał mnie - już wróciliście? 
- Jak widać - uśmiechnąłem się.
- Masz trochę czasu? Wpadnij na herbatę!
- Czemu nie - stwierdziłem. 
Za chwilę znalazłem się w domu Roberta, biedak dalej musiał chodzić w gipsie, nieprędko się od niego uwolni, zwłaszcza, że to poważniejsze złamanie. 
Gdy herbata została zaparzona, usiedliśmy przy stoliku w salonie naprzeciwko siebie.
- Opowiadaj, stary, jak w Szwajcarii było - powiedział Robert.
- Codziennie treningi - odparłem - a tam, bez Ciebie i Mario to nie to samo. 
- Żeby nie ta kontuzja... - westchnął smutno Robert. - Wieki miną, zanim wrócę do optymalnej formy!
- Wszystko będzie dobrze - próbowałem go pocieszyć. - Twardy jesteś, szybko wrócisz do formy! 
- Nie byłbym taki pewny - powiedział Robert i wziął łyk herbaty. 
- A jak tam z Anią? - zapytałem. 
- Jutro wraca - odparł Robert. - I co z tego? I tak już koniec naszego związku. Zdrada jest czymś niewybaczalnym. 
- Może jeszcze się Wam uda... 
- Na pewno nie - ściął Robert - jak miałbym jej teraz ufać? 
- Może powinniście zrobić sobie przerwę, odetchnąć od siebie, przemyśleć wszystko - zasugerowałem. 
- Nie - powiedział Robert - to koniec. Kocham Anię, ale nie mogę już z nią dłużej być. 
Robert powiedział to takim smutnym głosem, tak bardzo mu współczułem. 
- Jak dobrze, że chociaż mam takiego dobrego przyjaciela jak Ty - powiedział Robert cichym tonem. - Jak wiesz, moja rodzina mieszka bardzo daleko. Teraz, gdy jeszcze Ania...
- Rozumiem - powiedziałem, usiadłem obok niego, poklepałem go po przyjaźnie po ramieniu. - Zawsze możesz na mnie liczyć. 
- Cieszę się - powiedział Robert. - Naprawdę. 
Porozmawiałem z Robertem jeszcze trochę, aż w końcu był czas iść do domu. Rankiem miałem zamiar iść do szpitala, do mojej ukochanej. Tylko czy mi wybaczy, że dziś tak nerwowo zareagowałem? 
Wróciłem do domu, wziąłem prysznic, po czym włączyłem TV i rozłożyłem się na kanapie. Oglądałem jakiś komediowy serial, gdy moja komórka zadzwoniła. To Mario dzwonił. Naturalnie od razu odebrałem.
- Cześć, Marco - przywitał się Mario.
- Cześć, stary - odparłem. 
- Wybacz, że nie odbierałem, ja dopiero teraz zauważyłem nieodebrane połączenia - powiedział Mario - mieliśmy trening! Jeszcze jestem z drużyną w Chinach na obozie przygotowawczym. Dopiero w niedzielę wracamy. 
- Rozumiem - odparłem. 
- Brakuje mi Ciebie i Roberta - westchnął Mario. - W ogóle, co tam nowego w Dortmundzie? 
- Stara bieda - odparłem. 
Nasza rozmowa przeciągnęła się do dwóch godzin. Wszystko zostało omówione. W końcu powiedzieliśmy sobie dobranoc, i poszedłem spać. 










*** 











Obudziły mnie promienie słońca. Zauważyłam pielęgniarkę wchodzącą do mojej sali. 
- Dzień dobry - uśmiechnęła się - przyniosłam lekarstwa. Dziś jeszcze zostaniesz na obserwacji, może pod wieczór otrzymasz wypis. 
- Witam - powiedziałam - to wspaniale!
Zażyłam lekarstwa, które przyniosła mi pielęgniarka, i sięgnęłam po swoją komórkę. Była wyciszona. Zauważyłam kilka nieodebranych połączeń od Marco. 

Westchnęłam smutno. Ciekawe, jak to teraz będzie między nami. 
Zegarek wskazywał godzinę dziewiątą. Może za dwanaście godzin będę o tej porze już w domu. 
Wzięłam jedną z gazet, które przywiozła mi Ewa, i zaczęłam czytać. Było to jakieś czasopismo o gwiazdach. 
Nagle do sali niespodziewanie zajrzała pielęgniarka.
- Lidio, masz gościa - powiedziała i wpuściła na salę... Marco, mojego ukochanego. Zostawiła nas samych.
Marco powoli podszedł do mojego łóżka, usiadł przy nim. Wziął mnie delikatnie za rękę.
- Co Cię tu sprowadza tak wcześnie rano? - zapytałam. 
- Tęsknota i miłość do Ciebie - odparł z uśmiechem. 
Aż mi się ciepło zrobiło w środku. 
- Nie powiedziałam Ci wczoraj czegoś... nie zdążyłam - odezwałam się, ale Marco mi przerwał. 
- Wiem już wszystko, kochanie - powiedział cicho - będziemy rodzicami! 
- Tak - odparłam - to prawda. 
Dreszcz przebiegł mi po plecach... 
- Lidia, powiedz mi jedno - powiedział Marco - czemu Ty próbowałaś pozbyć się tego maleństwa? 
- Nie czuję się gotowa na bycie matką - odparłam - i Ty zapewne też nie jesteś gotowy na ojcostwo. Jesteś jeszcze taki młody, na pewno chcesz korzystać z życia, i...
- Ale ja się cieszę - powiedział Marco.
Wytrzeszczyłam oczy. On się cieszył? On się cieszył z tego, że w tak młodym wieku zostanie tatą? 
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Na szczęście mój ukochany zabrał głos. 
- Naprawdę się cieszę - powiedział Marco. - Pomyśl, będziemy rodziną! Może faktycznie to trochę zaszło za wcześnie, ale czasu nie cofniemy. 
- To prawda - powiedziałam powoli. - I teraz wiem, że zażycie tych poronnych tabletek było głupie. 
- Dobrze, że to zrozumiałaś - powiedział Marco - kto wie, co mogło się w nich znajdować!
Marco pogłaskał mnie subtelnie po głowie, spoglądał na mnie z czułością.
- Będzie dobrze - powiedział - będę Cię wspierał z całego serca. 
- Mam nadzieję - powiedziałam, zdobyłam się na lekki uśmiech. 
- Kiedy stąd wychodzisz? Wiadomo już coś? - zapytał Marco.
- Możliwe, że dzisiaj wieczorem - powiedziałam zadowolona. 
- Super - powiedział Marco. 
- Masz jakieś plany na dzisiaj? - zapytałam.
- Spędzić tylko z Tobą ten dzień - powiedział. 
- Słodki jesteś, wiesz? - zaśmiałam się lekko.
- No co? Tęskniłem - odparł.
Faktycznie, jak Marco powiedział, tak zrobił. Siedział przy moim łóżku cały dzień, w międzyczasie przyjechała jeszcze Ewa z Łukaszem i Sarą. Również się ucieszyli na wieść, że prawdopodobnie tego wieczoru już znajdę się w domu. 
W szpitalu porobiono mi jeszcze kilka badań, aż w końcu wieczorem do mojej sali przyszła pani doktor, aby dać mi wypis. 
Już czułam się o wiele lepiej, byłam wypoczęta. 
Na szczęście był dalej ze mną Marco. Poczekał, aż się ogarnę, i razem wyszliśmy ze szpitala. Obiecał odwieźć mnie do domu, żebym już nie musiała wydzwaniać do Ewki czy Łukasza. 
- Jak się czujesz? - zapytał Marco, gdy staliśmy na światłach.
- O wiele lepiej - powiedziałam. - W tym szpitalu postawili mnie na nogi. 
- Wiesz, że musisz się oszczędzać - powiedział Marco. - W końcu jesteś w ciąży.
- Wiem - odparłam - ale to nie znaczy, że mam robić za świętą krowę. 
- Tego nie powiedziałem! 
- Spokojnie - zaśmiałam się - proszę, zabierz mnie jutro na spacer! Chyba to nie jest jakimś wielkim wysiłkiem fizycznym? 
- Nie jest... - przyznał. - Chętnie, jak sobie życzysz, myszko. 
Marco podwiózł mnie pod samą furtkę. 
- Więc do zobaczenia jutro, kochanie - odparłam i chciałam wyjść z auta, ale Marco nagle przyciągnął mnie do siebie. 
- Po co ten pośpiech? - wyszeptał ze śmiechem i wpił się w moje usta. Obdarzył mnie namiętnym pocałunkiem.
To był właśnie Marco, przy kolegach dowcipniś, a gdy zostawaliśmy sami, stawał się czułym i romantycznym facetem. 
Weszłam do domu, Ewa i Łukasz siedzieli przed telewizorem. 
- Jesteś! - ucieszyła się Ewa - jak się, kochana, czujesz? 
- Dobrze - powiedziałam.
- Chcesz coś może zjeść? - zapytała.
- Nie, dzięki, kolację w szpitalu jadłam - odparłam.
- Jak tam, Lidia? - zainteresował się Łukasz.
- Nie jest źle - stwierdziłam.
- Musisz teraz dbać o siebie - powiedział Łukasz. 
- Wiem, wiem, Marco to samo mi powtarzał - odparłam. 
- No widzisz... - uśmiechnął się Łukasz.
Skierowałam swoje kroki do kuchni, zrobiłam sobie zieloną herbatę. Gdy ją wypiłam, poszłam do swojego pokoju, położyłam się wygodnie na łóżku i założyłam słuchawki na uszy, w których zabrzmiało Biding my time zespołu Pink Floyd. 










*** 









Obudziłam się rześka i wypoczęta w sobotni poranek. Dziś miałam iść na przechadzkę z Marco. Zapewne niedługo już nie będzie miał tyle czasu dla mnie, zaczną się treningi, mecze, a co drugi to na wyjeździe. 
Wyciągnęłam z szafy sukienkę i poszłam do łazienki się ogarnąć, a gdy to zrobiłam, zeszłam na dół. 
Ewa już szykowała śniadanie.
- Jaka śliczna sukienka! - zawołała Sara, która już siedziała przy stole i zajadała się bułkami z Nutellą. 
- Dziękuję - uśmiechnęłam się. 
- Niech zgadnę! Niedługo wychodzicie gdzieś z Marco - powiedział Łukasz.
- Strzał w dziesiątkę - powiedziałam. - Idziemy na spacer. 
- Dobry pomysł, śliczna pogoda jest - powiedziała Ewa, smarując pajdy chleba masłem. 
Położyłam sobie na kromkę chleba plaster szynki i zaczęłam konsumpcję. Gdy już się najadłam, wzięłam jeszcze kilka łyków soku jabłkowego i poszłam do swojego pokoju. Zegarek wskazywał godzinę jedenastą. Nieźle sobie pospałam. Zawsze lubiłam długo spać. 
Zauważyłam, że dostałam SMSa. Był od Marco.


Mam nadzieję, że już nie śpisz, bo mam zamiar właśnie wyjść z domu po Ciebie! 

Uśmiechnęłam się sama do siebie i mu odpisałam.

Jakiś Ty niecierpliwy, skarbie! Już jestem na nogach, więc możesz śmiało przychodzić. :) 


Nie umówiliśmy się na konkretną godzinę. Umówiliśmy się "po cygańsku" tzn. umówiliśmy się, że spotkamy się tego dnia, ale nie umówiliśmy się na dokładną godzinę. 
Marco wnet do nas zawitał. Akurat przebywałam z Łukaszem w ogrodzie, gdy Ewa go przyprowadziła. 
- Lidia, ukochany do Ciebie przyszedł - uśmiechnęła się.
- Witam, witam - zaśmiałam się.
- No cześć, jaka urocza sukienka - powiedział Marco zadowolony. 
- To jak, spacerek? - zapytałam. 
- Słowo się rzekło - powiedział Marco. - Więc w drogę! 
- Bawcie się dobrze - powiedział Łukasz.
- Dzięki - odparliśmy razem z Marco.
Postanowiliśmy wybrać się do pobliskiego parku. 
- Kiedy zaczynacie treningi? - zapytałam. 
- Od poniedziałku - odparł Marco.
- Już nie będzie leniuchowania całymi dniami - zaśmiałam się.
- Takie życie, kochanie - powiedział Marco. 
Zadowoleni szliśmy jedną z alejek, gdy nagle zauważyłam znajomą osobę, która trzymała w ręku walizkę. Rozmawiała z jakimś o wiele wyższym od niej facetem. Przyjrzałam się dokładniej i stwierdziłam, że to... Ania. 
- Marco! Patrz, Ania - powiedziałam. 
- Faktycznie, to ona! - powiedział Marco. - Co ona tu robi z tym kolesiem? 
- Nie mam pojęcia... 
- Hej, czy oni się... kłócą? 
Faktycznie, wytężyłam słuch i usłyszałam podniesione głosy, i Anki, i tego obcego kolesia. 
- Ciekawe, o co im chodzi - powiedziałam cicho. 
- Chodź, może spróbujemy trochę ich podsłuchać... - powiedział Marco.
- No co ty! - zaprotestowałam - to się nie uda! Poza tym, nieładnie jest podsłuchiwać.
Ale Marco pociągnął mnie za rękę parę metrów dalej, kazał kucnąć za krzakami. Teraz o wiele lepiej wszystko słyszeliśmy. Na szczęście, ani ten facet, ani Anka nas nie dostrzegli. 
- Przez Ciebie rozpadł się mój związek z Robertem - krzyczała Ania. - Przez nasz głupi romans! Dziś o szóstej rano wróciłam do domu, a Robert kazał mi się wynosić. 
- I dobrze - powiedział facet - będzie Ci ze mną dobrze, ja Cię kocham, Ania!
- Ale ja Ciebie nie kocham, ja kocham Roberta, żałuję tego naszego romansu jak cholera - powiedziała Ania. Głos jej się łamał. 
- Robert nie pasuje do Ciebie - powiedział koleś. 
- Ania miała wrócić w piątek, a nie w sobotę - powiedział Marco cichutkim tonem. - Rozmawiałem z Robertem. 
- Może coś jej wypadło - wzruszyłam ramionami. 
- Muszę iść do niego i prosić go o wybaczenie - powiedziała Ania. - Nie mogę tak łatwo się poddać.
- O nie! - krzyknął facet. - Nie pozwolę Ci na to! Albo będziesz moja, albo niczyja! 



____________________________ 





Uff, napisałam.
Nudny jak flaki z olejem, ale jak już na samym początku napisałam - przechodzę pisarski kryzys. Odnoszę ostatnio wrażenie, że te opowiadanie jest do kitu i mało fascynujące. Do tego brak weny. -.- 
Następny nie wiem kiedy. 


Jak tam Wam poszły testy gimnazjalne? Chwalić się wynikami! :) 

U mnie:
J. polski - 88 % 
Historia & wos - 70 % 
Matematyka - 28 % (matury z takim wynikiem bym nie zdała) 
Przyrodnicze - 43 % 
J. angielski podstawowy - 98 %
J. angielski rozszerzony - 95 % 

Przedmioty ścisłe nie są moją mocną stroną, niestety. -.- 


Bardzo proszę o komentarze! Każdy sprawia mi wielką radość! 


Buziaki, Sylwia :* 


















wtorek, 18 czerwca 2013

Rozdział 33.

- Lidia! Lidia! Żyjesz?! 
Otworzyłam oczy, czułam się, jakbym wróciła z zaświatów. Ewa potrząsała mnie za ramiona. 
- Dojechałyśmy do szpitala - powiedziała - dasz radę wstać i podejść kilka kroków? 
- Pomóż mi - powiedziałam słabiutkim głosem. Ewa pomogła mi wyjść z auta, poprowadziła mnie do szpitala. Kręciło mi się w głowie, brzuch nie przestawał boleć. 
- Lidzia, co Ci? - pytała przerażona Sara.
- Spokojnie kochanie - uspokajała ją jej matka - nic poważnego! Mam nadzieję - dodała cicho. 
- Ja też... - pomyślałam zlękniona. 
Weszłyśmy do szpitala, recepcjonistka, gdy zobaczyła w jakim jestem stanie, natychmiast zawołała pielęgniarki, które przyprowadziły łóżko na kółkach i mnie powiozły na salę. 
- Nie wytrzymam - jęknęłam - aż mnie rozrywa od środka... 
- Spokojnie - uspokajała mnie młoda pielęgniarka - będzie dobrze!
Przyszła pani doktor, zaczęła rozmawiać z Ewą. Ewa nie miała zielonego pojęcia, co mogło mi się stać. 
- Może to jakieś zatrucie, albo wirus, ja już sama nie wiem - mówiła strwożona Ewa. 
- Niech się pani nie denerwuje - powiedziała pani doktor - niedługo wszystko powinno być jasne. 
Tak, wszystko niedługo będzie jasne - wszyscy się dowiedzą, co takiego zrobiłam. Może trzeba im po prostu powiedzieć w tej chwili? 
Poczułam, że tracę przytomność. Zaczynało mi się robić czarno przed oczami. Ale zanim kompletnie odpłynęłam, zdołałam wydukać :
- Zatrułam się... tabletkami poronnymi...
- Co?! - zawołała Ewa. Zdążyłam tylko zobaczyć jej zszokowaną minę, po chwili nie widziałam już nic... 












*** 











- Ma szczęście - usłyszałam czyjś głos.
- Katastrofa była blisko... 
- Na litość boską, wiadomo już coś? - usłyszałam głos Ewy. 
Otworzyłam oczy, światło zaczęło drażnić moje spojówki. Zamrugałam kilka razy intensywnie. 
- Widzę, że już jesteś z nami - powiedziała pielęgniarka stojąca obok mojego łóżka. 
Ewa stała w progu sali, trzymając Sarę na rękach. Zerknęłam na zegarek wiszący nad drzwiami, minęło ładnych kilka godzin. Przez te kilka godzin pozostawałam nieprzytomna. 
- Nie masz pojęcia, ile się działo, gdy Ty byłaś nieprzytomna - powiedziała Ewa, podeszła do mnie. Zauważyłam, że miała łzy w oczach. 
- Płukanie żołądka, prześwietlenie... - powiedziała pani doktor. - I inne wymagane czynności.
- Naprawdę? - Ewa westchnęła ciężko. - Lidia, ja parę godzin siedziałam na korytarzu z Sarą, martwiłyśmy się, co z Tobą.
- Już wszystko jasne - powiedziała pani doktor. 
- Lidia, nim zemdlałaś, wspominałaś coś o tabletkach poronnych - powiedziała Ewa. 
- Tak, te boleści były spowodowane tabletkami.... ale nie poronnymi, to nie były poronne tabletki.  - powiedziała pani doktor - bo z dzieckiem jest wszystko dobrze, nic mu nie jest. 
- Jakim dzieckiem?! - zawołała Ewa. 
- Lidia jest w ciąży - powiedziała pielęgniarka. 
Ewa złapała się za głowę. Wiedziałam, że ta wiadomość nią wstrząśnie. 
- Niech panie sobie na spokojnie porozmawiają, my przyjdziemy później podać leki - powiedziała jedna z pielęgniarek. W końcu wszystkie opuściły salę, jedna z nich wzięła Sarę za rękę i powiedziała, że zrobi jej herbatę i da kawałek ciasta. Dziewczynka chętnie z nią poszła. Może to i dobrze? Sara była jeszcze za mała, by cokolwiek zrozumieć z zaistniałej, przykrej sytuacji. 
Ewa usiadła na krzesełku stojącym przy moim łóżku, ujęła mnie za rękę. Łzy zaczęły jej spływać po policzkach.
- O co chodzi, Lidia? - zapytała - czy Ty próbowałaś... pozbyć się tej ciąży?! 
- Tak - powiedziałam cicho. 
- Na litość boską, dlaczego?! - zapytała cichym, smutnym głosem. - Lidia, czemu nie powiedziałaś mi o tym? 
- Nie chciałam nikomu problemu sprawiać - powiedziałam, cicho płacząc. 
- Ale jaki to byłby problem?! Przecież Ty mogłaś umrzeć, jakby pomoc nie przyszła w porę - powiedziała Ewa.
- Ewa, proszę Cię, wysłuchaj mnie - odezwałam się. W końcu musiałam jej wszystko powiedzieć, co mi leżało na sercu, co mną kierowało, gdy nabywałam i spożywałam te tabletki. 
- To tak niespodziewanie się stało - zaczęłam. - Te wszystkie moje nudności, bóle brzucha, to były objawy ciąży. W końcu wykonałam test i okazało się, że faktycznie jestem w ciąży. - powiedziałam drżącym, łamiącym się głosem. - To był dla mnie niemały szok. Ewka, ja nie czuję się gotowa na to, by być matką, a Marco także zapewne jeszcze nie dorósł do roli ojca - powiedziałam. -to po prostu stało się za prędko! Jedna beztroska chwila i... - głos mi się załamał.
- Ja Cię rozumiem - powiedziała Ewa - ale nie powinnaś była próbować pozbyć się tego maleństwa! Mówisz, że nie czujesz się gotowa na macierzyństwo - rozumiem. Wiesz, że bym Ci pomogła, mam już pewne doświadczenie w tej kwestii, wiem, jak...
- Kolejna, brzydko mówiąc, gęba do wykarmienia - powiedziałam - ciekawe, co Łukasz powie!
- Przestań - powiedziała Ewa - to nie pieniądze są najważniejsze, na litość boską! Zaręczam, że Łukasz nie będzie zły, wręcz będzie się cieszył. 
- Może i Łukasz zrozumie - westchnęłam. - Ale jak ja to powiem Marco? Jest taki młody, na pewno chciałby jeszcze się trochę wyszumieć, korzystać z młodości... 
- Będzie dobrze - pocieszała mnie Ewa - Marco na pewno Cię samej z tym nie zostawi, jestem o tym przekonana. Stało się, to się stało, czasu nikt nie cofnie. 
- To moja wina... - mruknęłam pod nosem.
- Lidka - powiedziała poważnie Ewa - obwinianie siebie lub kogokolwiek innego nie ma sensu. To i tak już niczego nie zmieni, kochanie.
- Wiem - westchnęłam. 
Nagle na salę weszła pielęgniarka, niosąc jakieś leki. 
- Proszę wypić ten syrop - powiedziała i podała mi małą miarkę z lekiem. Zażyłam go, po czym napiłam się wody. 
Na salę weszła też pani doktor.
- Mam jeszcze jedno pytanie - zwróciła się do mnie. - Kochana, skąd miałaś te tabletki? 
- Kupiłam u takiej jednej kobiety, nawet nie znam jej nazwiska - powiedziałam. - Szukałam w Internecie tych tabletek poronnych, i natrafiłam na jej ofertę. 
- Dziecko, przecież ona Ci mogła jakąś truciznę nawet sprzedać! - zawołała przerażona Ewa. 
- Pamiętasz nazwę tych środków? - zapytała pani doktor.
- Nie - powiedziałam - tylko pamiętam, że miały owalny kształt, były dość spore i miały niebieski kolor. Ponoć sprowadzone z Włoch.
- Ta kobieta Cię perfidnie oszukała - powiedziała pani doktor. - Nie powinno się spożywać leków nieznanego pochodzenia, zapamiętaj to sobie! Mogło być naprawdę groźnie, zarówno z Tobą, jak i z dzieckiem, które na szczęście przetrwało. Gdybyś połknęła więcej tych tabletek, mogłaby być katastrofa. 
Teraz to zrozumiałam. 
- Jeśli ktoś naprawdę nie chce dziecka, powinien je oddać do adopcji po urodzeniu, a nie próbować usuwać - stwierdziła pielęgniarka. - Kochana, to naprawdę nie było rozsądne wyjście!
- Teraz to rozumiem... - powiedziałam cicho.
- To dobrze - powiedziała pani doktor, uśmiechnęła się do mnie. - Wypoczywaj, i niczym się nie denerwuj. Już najgorsze za Tobą.
Najgorsze za mną?! Teraz będę musiała całą historię opowiedzieć Marco! Najgorsze dopiero przede mną... 











*** 










Ewa siedziała przy mnie cały czas, próbowała mnie pocieszać i wspierać.
- Wszystko będzie dobrze - mówiła - będziesz dobrą matką, a ja i Łukasz będziemy Cię wspierać, jak tylko się da. No i oczywiście Marco, Lidia, nie wierzę, żeby zostawił Cię na lodzie. 
- Sama już nie wiem, co myśleć... Ewka, to nie jest takie proste - westchnęłam.
- Wiem, jesteś jeszcze taka młoda... - powiedziała Ewa - ale stało się, to się stało, nie ma sensu gdybać czy drążyć tematu. 
- Pewnie masz rację - westchnęłam cicho.
Zaczął dzwonić telefon Ewy.
- To Łukasz, pewnie już wrócili - powiedziała i odebrała. Zaczęła rozmawiać ze swoim małżonkiem, a ja struchlałam. Pewnie Łukasz się zaraz wszystkiego dowie, a jak Łukasz się dowie, to zaraz też mój ukochany. 
Racja, Ewa napomknęła, że leżę w szpitalu, i że mu wyjaśni wszystko, gdy pojedzie po niego na lotnisko. 
Gdy się rozłączyła, zwróciła się do mnie.
- Lidzia, muszę jechać po Łukasza - powiedziała - później wpadniemy do Ciebie! 
- Nie mów nic Marco - powiedziałam szybko - sama mu muszę powiedzieć. 
- Dobrze - powiedziała Ewa - masz moje słowo. 
Ewa poszła jeszcze po Sarę, która rysowała sobie w pokoju obok, i pojechały po Łukasza. Zostałam sama, leżałam i gapiłam się tępo w sufit. 
- Mój Boże, co za dzień - pomyślałam. - Ewa pewnie się zawiodła na mnie, choć nic takiego nie mówi. 
Na pewno. Teraz zaczęło docierać do mnie, że mogłam dwóm osobom na raz zrobić poważną krzywdę, i sobie, i temu dziecku. 
Ale Ewa nie robiła mi żadnych wyrzutów, wręcz powtarzała cały czas, że będzie mnie wspierać. 
I jednak... zaczęłam się cieszyć, że dziecku nic się nie stało. Jeszcze pozostawała jednak jedna kwestia - powiedzieć Marco o tym, że zostanie ojcem. 
- A ciekawe, jaka będzie płeć tego dziecka - pomyślałam. 
Leżałam tak i analizowałam wszystko, co się stało, aż na salę nagle przyszła Ewa, towarzyszył jej Łukasz, który trzymał Sarę na rękach. 
- Marco przyszedł do Ciebie - powiedział Łukasz. 
- Niech wejdzie - powiedziałam.
- Lidka, my już musimy uciekać, jutro do Ciebie zajrzę, dobrze? - powiedziała Ewa. - Przywiozłam Ci kilka gazet i dwie wody mineralne. 
- Dzięki - powiedziałam.
- Trzymaj się - powiedział Łukasz, i cała trójka wyszła z sali. Wszedł do niej za to mój ukochany, nie miał zbyt wesołej miny, był cały blady. Bez słowa usiadł przy moim łóżku i ujął mnie delikatnie za rękę.
- Lidia, skarbie, co się stało? - zapytał. - Myślałem, że zawału dostanę, jak Ewa powiedziała... 
- Marco, ja nie wiem, jak Ci to powiedzieć... 
Zadrżałam. Musiałam mu opowiedzieć wszystko od początku. Wzięłam głęboki oddech i powoli zaczęłam mu opowiadać, co się wydarzyło. 
- Widzisz, ja... 
- Proszę, tylko mi nie mów, że to jakaś poważna choroba - powiedział drżącym głosem.
- Nie - powiedziałam. - Nie będę owijać w bawełnę, Marco. Bo ja... zaszłam w ciążę z Tobą, a że nie czułam się gotowa na to... otrułam się tabletkami poronnymi...
Musiałam przerwać na chwilę opowieść. Marco się wyraźnie zdenerwował, gdy usłyszał to, co powiedziałam.
- Wzięłaś tabletki poronne?! - zawołał wkurzony - co Ci do głowy strzeliło?! Lidia, jak mogłaś być tak nieodpowiedzialna? 
- Marco, ja... - nie zdążyłam dokończyć swojej wypowiedzi, bo Marco poderwał się szybko z siedzenia i wyszedł z sali. Konkretnie się zdenerwował. 
Nawet nie zdążyłam mu powiedzieć, co mną kierowało, no i najważniejszego, czyli tego, że z dzieckiem jest wszystko dobrze! 
Jednak miał trochę racji, zażycie tych tabletek było nieodpowiedzialne z mojej strony. 
Nasze spotkanie nawet dziesięciu minut nie potrwało, a ja tak bardzo za nim tęskniłam. 
Wtuliłam twarz w poduszkę i zalałam się gorzkimi łzami. 




__________________________ 






Jaka niedobra ta Sylwia, no nie? :> Miało być szczęśliwe zakończenie, a tu... 
Ale tak na serio, między Lidią a Marco było zbyt cukierkowo, a nie chcę, żebyście rzygały tęczą. 
Zresztą, rozdział zostawiam Waszej ocenie, mam nadzieję, że mimo wszystko się podoba. 
Bardzo proszę o komentarze! :) 

Buziaki, Sylwia ;*


+ polecam zajebiście zaczynającego się bloga http://rozne-swiaty-ona-i-on.blogspot.com/ 
Zajrzyjcie, bo serio warto!