piątek, 5 lipca 2013

Rozdział 39.

*oczami Marco* 



Faktycznie, Mats dobrze postąpił, decydując się na wcześniejszy wyjazd. Cały Dortmund był zakorkowany. 
Jak się okazało, podobnie jak my, wiele osób zmierzało na pogrzeb Roberta. 
- Mogłem wziąć tabletkę na uspokojenie - pomyślałem - aż mnie rozrywa od środka z bólu! 
To, co czułem, było nie do opisania. Gorączkowo się zastanawiałem, kto był sprawcą śmierci Roberta. 
- Żebym tak dorwał tego osobnika, to bym wyrwał mu łeb z płucami - pomyślałem zdołowany. 
I nagle przyszedł mi do głowy ten cały Nathan. Ilekroć go widywałem, zachowywał się jak wariat. Kto wie, czy to nie on za tym stoi? Policja wprawdzie miała szukać sprawcy, ale jak dotąd, nikt z komisariatu się do mnie nie odezwał. 
- Hej, Marco - Mats wyrwał mnie z ponurego zamyślenia. - Już jesteśmy na miejscu! 
- Ach, no tak - mój kumpel zaparkował już pod kościołem, wysiadłem na miękkich nogach z auta. Mnóstwo ludzi się pojawiło. Wiele z nich miało zaczerwienione, zapłakane oczy. Poczułem, że zaraz i ja będę takie miał. 
Zauważyłem rodzinę mojego zastrzelonego przyjaciela, jego matkę, siostrę, i jeszcze kilka osób. Tata Roberta nie żył, zmarł, gdy Robert miał szesnaście lat. 
Robert mi wielokrotnie mówił, że bardzo go mu brakuje. 
Nie zabrakło również wszystkich moich kolegów z drużyny, pojawił się także trener oraz członkowie zarządu Borussii. 
Oczy mi zaszły łzami. Mats, widząc to, przytulił mnie mocno, poklepał po plecach. 
Niebawem przyjechał samochód z zakładu pogrzebowego. Wyjęto z niego trumnę, w której leżał Robert. Poniesiono ją do kościoła, na ten widok jeszcze bardziej łzy cisnęły mi się do oczu. 
Poszliśmy wszyscy do świątyni, która wnet calutka się zapełniła. Na szczęście, udało mi się załapać na miejsce siedzące. Usiadłem pomiędzy Matsem a Kevinem. 
Wkrótce zaczęła się msza. Kapłanowi również łamał się głos. Widziałem, jak mama Roberta cicho płacze w swojej ławce. Dostrzegłem również Ewę i Łukasza, siedzących przed panią Iwoną. A przed nimi siedziała Ania. 
- Jeśli to Nathan zabił Roberta, to Ania jest temu współwinna - pomyślałem - bo po co się wdawała w ten pieprzony romans?! Gdyby nie to, wszystko mogłoby być zupełnie inaczej... 
Jednak teraz za późno na takie gdybanie. Czasu nie da się cofnąć... 
Wczoraj zostałem poproszony o przygotowanie i odczytanie mowy pogrzebowej na cmentarzu. 
Na szczęście nie zapomniałem jej. Próbowałem wczoraj przed lustrem ćwiczyć tę przemowę, jednak za każdym razem gorycz dławiła mój głos. 
Msza dość szybko (jak dla mnie) zleciała, po czym wzięto trumnę, za którą wszyscy ruszyliśmy na pobliski cmentarz. 
- Masz tę kartkę? - zapytał Kevin.
- Mam - powiedziałem, klepiąc się po kieszeni. 
- A teczkę wziąłeś? - zapytał Mats - bo to nieładnie będzie wyglądać, gdy będziesz czytać z pogniecionej kartki.
- W samochodzie zostawiłem - jęknąłem.
- Okej - westchnął Mats - to ja szybko po nią pójdę. 
Mats popędził do auta, a ja i Kevin szliśmy obok siebie powolnym krokiem, w tłumie zrozpaczonych ludzi. 
Niebawem środkowy obrońca Borussii wrócił. Szedłem ze spuszczoną głową, coraz gorzej się czułem. Nie mogłem uwierzyć, że to pogrzeb Roberta. 
- To chyba jakiś koszmar - pomyślałem. 
Zauważyłem, że kilka kroków przed nami idzie Ania, którą wspierała Cathy. Ania straszliwie głośno szlochała, aż biło od niej smutkiem i żalem. Może ona faktycznie kochała Roberta, a ten jej romans... był zwykłym błędem? 
Nie miałem siły ani chęci o tym rozmyślać. 










*** 










Dotarliśmy niebawem na cmentarz. Otoczyliśmy wszyscy trumnę Roberta. Miałem ochotę wrzeszczeć, krzyczeć wniebogłosy, ból psychiczny był nie do wytrzymania. 
Podszedłem bliżej, wiedziałem, że zaraz będzie czas na mowę pogrzebową. Wyciągnąłem kartkę z tekstem, położyłem ją na teczce. Prześledziłem jeszcze raz ten tekst, który sam napisałem. Wszystkie te słowa płynęły z mojego serca. 
- Teraz zostanie odczytana mowa pogrzebowa - powiedział kapłan, podał mi przenośny mikrofon. 
Poczułem, jak szloch mnie dławi, jakimś cudem go opanowałem i zacząłem czytać. 

Zebraliśmy się wszyscy tutaj, żeby towarzyszyć w ostatniej drodze ś.p. Robertowi Lewandowskiemu. 
Odszedł od nas, po otrzymaniu śmiertelnego strzału w głowę. Wiemy, że już nigdy do nas nie powróci. Zostaną nam tylko i wyłącznie wspomnienia po tym wspaniałym człowieku. 
Przyszedłem do Borussii zaledwie rok temu, wtedy go poznałem. Ale od razu wiedziałem, że zostanie moim przyjacielem. Biła od niego sympatia, radość życia, czułem, że połączy nas wspaniała przyjaźń. Tak też się wkrótce stało.
Połączyła nas również gra w jednej drużynie. Robert dzięki ambicjom i wytrwałości był fenomenalnym, znakomitym piłkarzem, dumą Borussii, jednak nigdy nie uderzyła mu do głowy woda sodowa, pozostawał sobą. Pozostawał sobą, czyli był ciepłą osobą, zawsze chętną do pomocy, nigdy nie odmawiał wsparcia. Zawsze wyciągał pomocną dłoń. Dobro swojej rodziny i przyjaciół stawiał ponad swoje. Jeśli czegoś mu brakowało, to na pewno nie życzliwości, dobrego serca i przyjacielskości. Nie mogę uwierzyć, że już go z nami nie ma... 


Musiałem na chwilę przerwać swoją przemowę, gdyż zalałem się gorzkimi łzami. Nie ja jeden. Wszyscy zebrani zaczęli płakać, i młodzi, i starzy. Nikt nie powstrzymywał swoich smutnych emocji. 
Ktoś podał mi butelkę wody. Wziąłem szybko łyka i z trudem zacząłem czytać dalej. 


Nigdy o nim nie zapomnę, nie będzie dnia, żebym go nie wspomniał. Dziękuję rodzinie, fanom, wszystkim tu zebranym, że jesteście tutaj i towarzyszycie Robertowi w jego ostatniej drodze. 
Kochany Robercie! Nigdy Cię nie zapomnę, i naszej wspaniałej przyjaźni. Bywało między nami różnie, ale dałeś mi wiele od siebie. Zawsze Ci będę za to wdzięczny. Byłeś dla mnie jak rodzony brat! Mam nadzieję, że będziesz czuwał nade mną i po śmierci. 


Skończyłem czytanie. Rozszlochałem się na dobre. Czytając ostatnie zdania, spoglądałem na trumnę mojego przyjaciela, gdyż te zdania były skierowane bezpośrednio do niego. 
Płakali wszyscy. Podszedłem do Matsa, który mnie objął i podał mi chusteczki. 
- Z prochu powstałeś, i w proch się obrócisz - powiedział kapłan po kilku swoich zdaniach, rzucił na trumnę garść ziemi. 
Mama Roberta podeszła do trumny, uklękła przy niej, płakała jak bóbr. Patrzyłem na tę scenę z ogromnym bólem, żalem, goryczą. 
Grabarze już się zbierali do tego, aby umieścić trumnę w wykopanym wcześniej dole, a ja nagle nie wytrzymałem i rzuciłem się na trumnę. 
- Robert, ja nie wierzę, że Ty leżysz w tej trumnie - jęknąłem żałośnie. 
Po momencie poczułem na ramieniu czyjąś dłoń. Należała do Łukasza. Pomógł mi wstać, przytulił mnie mocno, a grabarze zaczęli spuszczać trumnę w dół. 
Ten widok rozdzierał moje serce. Ktoś mógłby pomyśleć, że tylko rok znałem się z Robertem... ale między nami wytworzyła się silna więź. Bardzo silna. Świetnie się rozumieliśmy, nadawaliśmy na tych samych falach. Teraz zostały mi tylko wspomnienia! 
W końcu grabarze zaczęli zakopywać dół. Wszystkim zgromadzonym jeszcze bardziej posmutniały miny. Wszystkie dziewczyny i żony moich kolegów z drużyny zanosiły się płaczem, atmosfera była totalnie przepełniona cierpieniem i niezmiernym żalem, smutkiem. 
Koledzy z drużyny nie odstawali od swoich ukochanych. Trener pocieszał Svena, Neven i Sebastian próbowali się wzajemnie podnieść na duchu, płakali w swoich ramionach. 
Zaczęto składać kwiaty na świeżym grobie Roberta. Tyle ich przyniesiono, aż się nie mieściło. 
Mats złożył żółto-czarną, sztuczną wiązankę kwiatów. Kevin miał dwie, wręczył mi jedną. Poprosiłem go wczoraj, aby kupił za mnie - ja nie miałem sił wychodzić na miasto. 
Złożyłem kwiaty, ludzie zaczęli również zapalać znicze. Myśl o tym, że Robert leży pod tym wszystkim martwy... znów wywołała u mnie strumień łez. 
Mats i Kevin próbowali mnie pocieszać jak tylko się da, choć sami nie byli w lepszych nastrojach.
Poczułem, że chcę zostać na chwilę sam przy grobie Roberta. Jednak ludzie nie zaczęli się prędko rozchodzić. 
Podeszła do mnie siostra Roberta, Milena. 
- Wspaniała przemowa - powiedziała - naprawdę cudownymi słowami pożegnałeś mojego brata.
- Nie mogę uwierzyć, że już go nie ma - powiedziałem. Milena naprawdę świetnie mówiła po niemiecku! 
- Ja też - powiedziała, drżąc. 
- Naprawdę współczuję Tobie i twojej rodzinie - powiedziałem. 
- My Tobie również. Widać po Tobie, że byłeś jego prawdziwym przyjacielem - powiedziała Milena. - Słowa tej przemowy musiały płynąć z Twojego serca.
- Prawda - powiedziałem - sam ją układałem. 
Milena pokiwała głową. Zawołała ją zaraz matka, pożegnała się i poszła. 
Wszyscy powoli zaczęli się rozchodzić. Kucnąłem nad grobem Roberta, nie mogłem się nijak uspokoić. Cały drżałem, czułem, że cała moja twarz jest mokra od łez. 
- Marco! - usłyszałem Matsa - idziesz? 
- Idźcie, idźcie - powiedziałem - chcę zostać tu na chwilkę sam.
Kevin i Mats pokiwali głowami, i poszli. 
W końcu zostałem sam. Niebo zrobiło się pochmurne. Zaczął wiać wiatr, który pochylał smukłe drzewa rosnące na cmentarzu. 
- Nie wierzę... po prostu nie wierzę... - szeptałem sam do siebie łamiącym się głosem. 
Nagle usłyszałem czyjeś szybkie kroki... 










*** 










Ktoś poklepał mnie po ramieniu. Odwróciłem się.
- Mario?! - zdziwiłem się. - Nie widziałem Cię wcześniej... 
- Przyjechałem z lekkim poślizgiem - powiedział. 
Mario też płakał. Jego oczy były wyraźnie zaczerwienione, twarz mokra od łez. 
Podniosłem się, spojrzałem w te jego zapłakane oczy. Mario nic już nie mówił, tylko... zwyczajnie mnie przytulił, jakby nie było żadnej kłótni między nami.
Wprawdzie miałem żal do niego o to, jak mnie potraktował w poniedziałek, ale teraz uświadomiłem sobie, jak bardzo mi go brakuje. Wiedziałem, że nie mogę, i że nie chcę zrywać naszej przyjaźni przez jedno głupie zachowanie Mario. 
- Przepraszam - powiedział cicho Mario - przepraszam Cię za wszystko. Do końca życia będę się wstydził, że...
- Cicho - powiedziałem cicho - nie wypominajmy sobie nad grobem Roberta. Wiem, o co Ci chodzi, ja Ci wybaczam. Tylko błagam Cię, nigdy nie rób mi tego więcej! 
- Obiecuję - szepnął Mario. 
- Dziękuję, że przyjechałeś - powiedziałem szeptem. 
Gdy Mario mnie wspierał, czułem się najlepiej, nie obrażając Matsa czy Kevina, którzy również potrafili pocieszyć człowieka. 
- Jak mógłbym nie przyjechać? - zapytał cicho Mario - Robert był też moim przyjacielem. Nie masz pojęcia, jak się czułem, gdy się dowiedziałem o jego śmierci. Ta informacja kompletnie mną wstrząsnęła. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. 
Mario pewnie próbował się do mnie dodzwonić, ale ja miałem cały czas wyłączony telefon. Leżałem cały czas w swojej sypialni, odizolowałem się od ludzi, gapiłem się tylko tępo w sufit. 
- Nie wierzę, że już go z nami nie ma - powiedziałem - mam wrażenie, że to jakiś zły sen! 
Niestety, to jednak feralna rzeczywistość. Nie ma już Roberta. 
- Mam nadzieję, że policja dorwie tego zabójcę - powiedział Mario. 
Zaczęło grzmieć na horyzoncie. No tak, po tylu upałach musiała w końcu nadejść burza. 
- Chyba burza nadchodzi - powiedziałem. 
- Słyszę - westchnął Mario. - Będę mógł pomieszkać u Ciebie? Chciałbym dopiero w niedzielę wrócić do Monachium. I tak nie ma nic tam teraz do roboty. Treningi dopiero od poniedziałku. 
- Tutaj też - powiedziałem. - Nie ma problemu, Mario. Moje drzwi są zawsze otwarte dla Ciebie. 
Obaj spojrzeliśmy jeszcze raz na grób Roberta. Przepełnieni ogromnym smutkiem, wyszliśmy ze cmentarza objęci ramionami. 
Do mojego domu przyjechaliśmy taksówką. 
- Marco... - odezwał się Mario.
- Tak? 
- Co tam u Lidii? - zapytał.
- Mario - jęknąłem - Lidia jest w szpitalu! Leży w śpiączce! - powiedziałem tonem przepełnionym bólem. 
- Jak to? - zapytał Mario, zrobił wielkie oczy. - Co jej się stało? 
- Jakieś dwie dziewczyny ją pobiły - powiedziałem smutno. - Nie mam pojęcia, kim były te gnidy. 
- O matko... - Mario pokręcił głową. - Mam nadzieję, że szybko się wybudzi!
- Ja też - powiedziałem - tak bardzo mi jej brakuje. Dobrze, że Ty przyjechałeś... 
- Już nigdy, przenigdy się na mnie nie zawiedziesz, jak kilka dni temu - powiedział Mario. - Obiecuję Ci to. 
- Mam nadzieję - pokiwałem głową. 
- Zależy mi na naszej przyjaźni - powiedział Mario - w poniedziałek byłem podpity, nie zdawałem sobie z niczego sprawy... 
- Rozumiem - przerwałem mu. - Już się nie obwiniaj ani nie dołuj. Wybaczam Ci. 
Przytuliłem go mocno. Siedzieliśmy tak do wieczora, opłakując śmierć Roberta. 
- Jutro rano odwiedzę Lidię - pomyślałem. 
Zbliżała się już dwudziesta trzecia. Za oknem lało jak z cebra, słychać było grzmoty, co chwila na niebie ukazywały się błyskawice. 
Przesiadywaliśmy w ciemnym salonie, wolałem nie używać teraz prądu. 
- Ale pada - westchnąłem cicho. Jednak nie usłyszałem żadnej odpowiedzi ani przytaknięcia. Zorientowałem się, że Mario usnął na siedząco, wtulał się we mnie. 
Sam nijak nie mogłem zasnąć. Jednak w końcu oczy same mi się zamknęły... 






_______________________ 





Kolejny smutny rozdział. Grr... ta mowa pogrzebowa nie wyszła mi za bardzo. 
A zresztą, same oceńcie. 

Ech... nie wiem jak Wy, ale coś nie mogę pogodzić się z tym, że Mario jest teraz zawodnikiem Bayernu. -.- Gdy go widzę w koszulce Bawarczyków, ech... smutno mi się robi. Brakuje mi go wśród pszczółek -.- 

Bardzo Was proszę o komentarze! 


Buziaki! :* 


+ jak myślicie, czy to sam Marco to śpiewa? 







środa, 3 lipca 2013

Rozdział 38.

*oczami Marco*


  
Przygnębiony, dowlokłem się do domu Roberta. Liczyłem na jego wsparcie. Mój przyjaciel siedział przed domem i czytał gazetę. 
- O, już jesteś - powiedział, gdy mnie zobaczył. - Chodźmy do domu, napijemy się czegoś, porozmawiamy... 
Zatem poszliśmy do kuchni, Robert zaparzył nam herbatę i naturalnie zapytał mnie, co z Lidią. 
- Jeszcze nic nie wiadomo - powiedziałem. - Może wieczorem czegoś się dowiem, zobaczymy. 
- Mam nadzieję, że to nic poważnego - powiedział Robert. 
- Nie masz pojęcia, jak się teraz czuję - powiedziałem. - Jeżeli ona... nie przeżyje... 
Głos mi się załamał. W mojej głowie aż roiło się od czarnych myśli. 
- Przeżyje! - powiedział Robert pewnym tonem. 
Pokiwałem tylko głową i przytuliłem się do niego. Robert starał się mnie pocieszyć i wesprzeć, jak tylko mógł. Byłem mu za to niezmiernie wdzięczny. 
- Wszystko będzie dobrze - mówił poruszony Robert, klepiąc mnie po plecach. 
- Nie byłbym taki pewny - westchnąłem ponuro. 
- Kochany, grunt to pozytywne nastawienie. Pomyśl, że wszystko będzie w porządku, a od razu zrobi Ci się lepiej - powiedział Robert. 
- Łatwo Tobie mówić - odparłem. - Z tych nerwów aż rozrywa mnie od środka. 
- Chcesz jeszcze jedną herbatę? - zapytał Robert. 
- Dlaczego nie - odparłem. 
Popijaliśmy herbatę, rozmawialiśmy, czas bardzo szybko zlatywał. W końcu zerknąłem na zegar wiszący nad drzwiami kuchennymi i stwierdziłem, że już godzina osiemnasta.
- Ja już chyba będę się zbierał - powiedziałem. - Muszę iść do Lidii.
- Rozumiem - pokiwał głową Robert. 
- Hej, co to za krzyki? 
Sprzed domu mojego przyjaciela było słychać podniesione głosy, ktoś się zawzięcie kłócił. 
Poszliśmy szybko to sprawdzić i zobaczyliśmy Anię kłócącą się z tym całym Nathanem. 
- Zostaw mnie w spokoju! Odczep się ode mnie raz na zawsze! - wrzeszczała Ania. 
- Ani mi to w głowie - uśmiechał się szelmowsko Nathan. - Należysz tylko do mnie, złociutka!
- Chyba w Twoich chorych snach - powiedziała Ania. Nathan próbował ją objąć, ale Ania mu się sprytnie wyrwała. No tak, Ania to karateczka, jest bardzo wysportowana. 

- Robert, Marco, pomóżcie - jęknęła - Robert, ja przyszłam do Ciebie porozmawiać, a ten całą drogę za mną szedł i mnie maltretował. 
- Zapomnij o niej - Nathan zwrócił się do Roberta - Ania jest tylko i wyłącznie moja, rozumiesz? 
- Wynoś się stąd - krzyknął Robert. - W tej chwili!
- Bo zaraz wezwiemy policję, jak natychmiast nie znikniesz - powiedziałem. 
- Mówcie co chcecie! Ania, i tak jesteś moja, nie uciekniesz ode mnie - krzyknął Nathan na odchodne i poszedł. 
- Co za czubek - powiedziała nieco roztrzęsiona Ania. - Robert, chcę z Tobą o czymś porozmawiać, masz chwilkę? 
- Jak tak bardzo prosisz - westchnął Robert. - Więc chodźmy do domu. 
- Więc ja już pójdę swoją drogą - powiedziałem. Przytuliłem Roberta na pożegnanie. 
- Do jutra - powiedział Robert.
- Trzymaj się, Marco - powiedziała Ania.
- Do zobaczenia - powiedziałem do nich i poszedłem w kierunku szpitala. 
Ciekawe, o czym Ania chce porozmawiać z Robertem. Czyżby kolejny raz chciała go przekonać, aby znów byli parą? 
Wszystko możliwe. 
Szedłem szybkim krokiem, niebawem znalazłem się w szpitalu. Szedłem korytarzem, szukając sali Lidii, gdy zaczepiła mnie pani doktor. 
- Kogo pan szuka? - zapytała - może mogłabym w czymś pomóc? 
- Szukam Lidii Miller - powiedziałem. - Chciałbym się dowiedzieć, co... 
- Chwileczkę - przerwała mi pani doktor - czy jest pan z nią spokrewniony? 
- Jestem jej chłopakiem - powiedziałem. - Ona tu nie ma żadnej rodziny. Proszę, niech mi pani powie, co jej dolega. 
- Nie ma tu żadnej jej rodziny? - zdziwiła się pani doktor. 
- Cała jej rodzina mieszka w Polsce - powiedziałem. - I nie interesuje się Lidią ani trochę - pomyślałem smutno. 
- No cóż, w takim razie zapraszam do gabinetu - powiedziała medyczka. 
W gabinecie pani doktor zaczęła przeglądać jakieś papiery, w końcu zwróciła się do mnie. 
- Pani Lidia Miller żyje, pobicie nie było śmiertelne - powiedziała. - Ale na wskutek uderzenia w głowę doznała lekkiego wstrząsu mózgu. 
- Czy jest teraz przytomna? - zapytałem.
- Niestety - medyczka pokręciła głową. - Zapadła w śpiączkę, która powinna ustąpić po kilku dniach. 
- Śpiączka?! - prawie krzyknąłem. - Jak to? 
- Takie sytuacje się zdarzają, na skutek pobić - powiedziała pani doktor - ale niech się pan nie martwi, po kilku dniach pani Lidia powinna się obudzić! Poza tą śpiączką i tym lekkim wstrząsem mózgu, wszystko jest z nią w porządku. 
- Jeszcze mam jedno pytanie - powiedziałem. - Lidia jest w ciąży. Czy z dzieckiem jest wszystko dobrze? 
- Na to pytanie jeszcze nie mogę panu odpowiedzieć - powiedziała pani doktor. - Jeśli chodzi o tę kwestię, jeszcze niczego nie stwierdzono. Ale proszę się nie denerwować, wierzę, że i z dzieckiem będzie wszystko dobrze. 
- Łatwo pani mówić - odparłem. 
- Najlepiej, jakby pan przyszedł jutro po południu, może już będzie wiadomo, co z maleństwem - powiedziała pani doktor. - Proszę być dobrej myśli! Grunt to pozytywne nastawienie!
- Już to dzisiaj słyszałem - westchnąłem. - A mógłbym choć na chwilkę pójść na salę, w której jest Lidia? 
- Przecież ona jest nieprzytomna - powiedziała pani doktor. 
- Chcę ją tylko zobaczyć - powiedziałem błagalnym tonem.
- Zgoda, ale tylko na moment pana wpuszczę - powiedziała medyczka i zaprowadziła mnie na salę mojej ukochanej. Zostawiła mnie samego z Lidią...
Usiadłem przy jej łóżku, ująłem delikatnie Lidię za dłoń. 
- Lidia, skarbie, nie masz pojęcia, jak mi Ciebie brakuje... obudź się jak najszybciej - wyszeptałem, choć wiedziałem, że ona tego nie usłyszy... 
Oddychała spokojnie i równo. Jej ciemne włosy rozsypały się na poduszce. 
Twarz miała bladą. Dla mnie i tak pozostawała pięknością... 
Złożyłem subtelny pocałunek na jej kredowym policzku i opuściłem pomieszczenie. 
Zasmucony, przybity i zgnębiony wróciłem do domu. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić.
Poszedłem do ogrodu. Przysiadłem na ławeczce stojącej wśród tulipanów. 

Wyciągnąłem komórkę. Ku mojemu zdziwieniu, zobaczyłem kilka nieodebranych połączeń od Mario. No tak, telefon miałem wyciszony.
Oprócz tych nieodebranych połączeń zauważyłem SMSa od niego. 

Marco, proszę Cię bardzo, odbierz ten telefon! Wiem, że jesteś na mnie wściekły po tym, jak Cię potraktowałem, ale nie masz pojęcia, jak bardzo żałuję mojego zachowania! 

Po krótkim namyśle postanowiłem mu nie odpisywać ani nie oddzwaniać. Przynajmniej nie teraz. Uznałem, że przyda mu się jeszcze trochę czasu na przemyślenia. 
- Niech teraz sam tu przyjedzie, ma do końca tygodnia wolne - pomyślałem. 
Schowałem komórkę do kieszeni, wtopiłem wzrok w krzewy białych i żółtych róż. 
Jednak widok tych bajecznych kwiatów niespecjalnie poprawiał mi humor. Powlokłem się do domu, wziąłem kilka tabletek nasennych, i położyłem się na kanapie. Chciałem jak najszybciej zakończyć ten dzień, próbowałem się sam przekonać, że jutro będzie lepiej. 











*** 












Zaczęło mnie męczyć przekonanie, że z Lidią dzieje się coś złego. I nijak nie mogłem się tego wrażenia pozbyć, więc nałożyłem szybko buty i poszedłem do szpitala. 
W korytarzu przed salą, w której leży moja ukochana, smutek i przykre wyrazy twarzy pielęgniarek. Na ten widok najczarniejsze myśli przyszły mi do głowy. 
Nie bacząc na nie, wszedłem do sali. 
Moja ukochana leżała... cała nakryta białym prześcieradłem. Gdy to zobaczyłem, zamarłem, struchlałem, poczułem się, jakby ktoś wbił mi nóż w pierś. 
Bo w szpitalach nakrywają prześcieradłami tych... co zmarli. 
- Lidia! - zawołałem... podbiegłem do łóżka, zerwałem z niej to prześcieradło... moja ukochana leżała sztywna, blada, dotknąłem jej policzka - był zimny. 
- Mój Boże! Dlaczego? - przestałem panować nad sobą, z moich oczu popłynął strumień gorzkich łez. 
Lidia zmarła. Przeczucia jednak nie kłamią. Przytuliłem się do jej ramienia, dałem upust łzom...
- Bardzo nam przykro - usłyszałem. 
- Dlaczego jej nie ratowaliście? Jak ona mogła umrzeć? - krzyknąłem.
- Ale proszę nie krzyczeć, to jest szpital - powiedziała pielęgniarka.
- I co z tego? - warknąłem i znów zalałem się łzami. Tuliłem się do mojej zmarłej dziewczyny, moja gorycz nie miała granic. 
- Lidia, dlaczego? - szeptałem - jak mogłaś umrzeć?! 
Rozszlochałem się jak dziecko, nie mogłem się nijak uspokoić...
I nagle... otworzyłem oczy, zobaczyłem, że jestem we własnym domu, a nie w szpitalu... Poderwałem się jak oparzony, zlazłem z kanapy, ciężko oddychając. 
- Mój Boże - wysapałem - to był tylko zły sen! Już dobrze, już dobrze... - próbowałem się sam uspokoić. 
Zerknąłem na zegar, była za pięć dziewiąta rano. Przysiadłem na kanapie, próbując się wyciszyć. Ten sen był taki... rzeczywisty... 
Wziąłem prysznic, założyłem świeże ubrania, doprowadziłem fryzurę do porządku, po czym zaparzyłem sobie melisę. Popijałem powolnymi łykami, przy tym intensywnie rozmyślając. 
- Po południu przejdę się do Lidii - postanowiłem. 
Jutro mnie czekał trening. Zastanawiałem się, jak ja będę mógł skupić się na piłce, kiedy moja ukochana leży w śpiączce. Ale wiedziałem, że trzeba iść i przygotowywać się na nowy sezon, który już niedługo się rozpocznie. 
Ale to dopiero jutro, w czwartek. Póki co, trzeba przeżyć dzisiejszy dzień, który dopiero się zaczął. 
Włączyłem TV i zacząłem oglądać poranne wiadomości. Właśnie mówili o jakimś wypadku autobusowym w Berlinie, gdy zadzwoniła moja komórka. 
- Ania? - zdziwiłem się. Odebrałem.
- Halo, Marco? - gdy usłyszałem jej głos, aż struchlałem. - Przyjedź natychmiast do domu Roberta! - ona wręcz krzyczała, a jej krzyk mieszał się z płaczem. 
- Co się stało? - zapytałem przerażony. 
- To nie jest rozmowa na telefon - przez jej szloch ledwo zrozumiałem, co powiedziała. Rozłączyła się. 
Przeraziłem się nie na żarty. Natychmiast nałożyłem buty, chwyciłem kluczyki do auta i pojechałem prędko do domu mojego przyjaciela. 
Ale jakże wielka była moja groza, gdy już z dala zobaczyłem karetkę, która właśnie parkowała przed domem Roberta. 
Ania wyszła przed drzwi, gdy ją zobaczyłem, mało co nie padłem. Cała się trzęsła, płakała jak bóbr... 
- Ania, o co chodzi? - zapytałem - co z Robertem? 
- Robert nie żyje! - krzyknęła - ktoś go zastrzelił!
- Co?! - krzyknąłem. Wparowałem do mieszkania... i zobaczyłem mojego przyjaciela leżącego na podłodze. Z jego głowy sączyła się niewyobrażalna ilość krwi. 
- Proszę się tu nie kręcić - powiedział jeden z ratowników. 
Przysiadłem na sofie, Ania usiadła obok mnie, zalewając się łzami. Nie mogłem uwierzyć w ten makabryczny widok! Chwilę siedziałem nieruchomo... ale w końcu uderzyłem w płacz, gdyż już nie mogłem dłużej wytrzymać.
- Bardzo nam przykro - powiedział ratownik - ale stwierdziliśmy właśnie zgon. Otrzymał strzał centralnie w skroń, nie miał najmniejszych szans. 
- Jak to?! - krzyknąłem. - Nie wierzę! Po prostu nie wierzę!
- Naprawdę, bardzo nam przykro - powiedział drugi ratownik. - Zaraz przyjedzie tu policja badać miejsce zbrodni. 
Zapakowali Roberta na nosze, zabrali go do karetki i odjechali z piskiem opon. 
- Nie wierzę - krzyknąłem - jak to się mogło stać?! Kto to mógł zrobić?!
- Spędziłam noc u Roberta - powiedziała roztrzęsiona Ania - rano wyszłam do sklepu, on wiedział o tym. Nie było mnie raptem dwadzieścia minut. Gdy wróciłam... - tu Ania się rozszlochała. 
Niebawem przyjechała policja. Zaczęli badać miejsce zbrodni, przesłuchali też mnie i Anię. 
W końcu byliśmy wolni. Ania pojechała do Cathy, dziewczyny Matsa, ja natomiast... nie miałem gdzie pojechać. 
Nagle przyszło mi do głowy, pojechać do Ewy i Łukasza. 
Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Ledwo jednak prowadziłem te auto. Ręce mi się trzęsły, oczy zaślepione łzami. 
Otworzyła mi Ewa. Zauważyłem od razu u niej łzy w oczach.
- Wiemy już wszystko - powiedziała drżącym głosem, wpuściła mnie do środka - w lokalnym radiu właśnie powiedzieli! 
Fakt, przed domem Roberta było mnóstwo fotoreporterów i dziennikarzy, którzy działali mi na nerwy. 
- Nie wierzę, po prostu nie wierzę - usłyszałem Łukasza. - Mój Boże, kto to mógł zrobić? 
- Do tego Lidia w szpitalu - powiedziałem. - Straciłem bezpowrotnie przyjaciela, kto mógł go tak... 
Łukasz podszedł do mnie i mnie przytulił, starając się pocieszyć. 
- Wczoraj byliśmy u Lidii - powiedziała Ewa - jest w śpiączce. 
- Wiem, wiem - wymamrotałem. 
Więcej było łez niż rozmowy. Ewa poiła nas wszystkich melisą, wszyscy byliśmy pogrążeni w ogromnym smutku. Nie dość, że nasza kochana Lidia leżała w śpiączce... to jeszcze jakiś drań zastrzelił Roberta. Tego już było stanowczo za wiele. 
- Jakbym tak dorwał tego zabójcę... - pomyślałem. 
Godziny mijały, w końcu cały Dortmund, a potem całe Niemcy się dowiedziały i aż huczało od plotek. 
Nie mogłem po prostu uwierzyć, jeszcze wczoraj rozmawiałem z Robertem, a dziś leży martwy...











*** 









Nadszedł piątek. Ostatnie dwa dni wydawały się najgorszymi w całym moim życiu. 
Jedyna rzecz, która poprawiła mi humor, to była wieść, że nasze dziecko żyje, że go nie straciliśmy. Jednak Lidia dalej pozostaje w śpiączce. 
Wczoraj wprawdzie wszyscy pokazali się na treningu, ale po półgodzinie trener wysłał wszystkich do domów. Nikt nie był w stanie trenować. Trener powiedział, że nam daruje ze względu na zaistniałą, straszliwą sytuację, ale od następnego tygodnia bierzemy się ostro do roboty. 
Pogrzeb został zaplanowany na ten piątek, na godzinę piętnastą. 
Miałem cały czas telefon wyłączony. Nie miałem ochoty na żadne rozmowy, siedziałem cały czas sam w domu. Leżałem i tępo wpatrywałem się w sufit w mojej sypialni. Docierało bowiem do mnie powoli, że już nie ma Roberta... 
Wprawdzie raz wpadli Mats i Kevin, starali się mnie jakoś wesprzeć, ale nie na wiele się to zdało. 
Leżałem i się gapiłem tępo w ścianę, gdy ktoś zadzwonił do drzwi.
- Cholera! Kogo tu przyniosło - pomyślałem rozdrażniony i poszedłem otworzyć. W drzwiach stał Mats. 
- Cześć, Marco - powiedział i mnie objął na przywitanie. - Już czternasta, zbieraj się!
- Ach, no tak - powiedziałem smutno. - Za godzinę pogrzeb.
Poszedłem się szybko umyć, założyłem garnitur i już byłem gotowy. 
- Chodźmy - Mats objął mnie ramieniem. - Zanim dojedziemy na miejsce, to minie trochę czasu. 
- Dobrze - powiedziałem. Zamknąłem drzwi na klucz i pojechaliśmy z Matsem do kościoła. 




_____________________ 





Grrr! Nie wyszło to tak, jak chciałam. Niezbyt dopracowany i trochę nieogarnięty ten rozdział. Nie podoba mi się zbytnio -.- 
Postaram się, żeby kolejny był lepszy. 

Kto przeczytał, niech zostawi komentarz, bardzo o to proszę! Zmotywujcie mnie, aby 39 rozdział był lepszy! 

Buziaki, Sylwia :* 



+ mam nadzieję, że nie rozszarpiecie mnie na strzępy za to, co się stało z Robertem. 







wtorek, 2 lipca 2013

Liebster Award

„Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.” 

Zostałam nominowana do Liebster Award przez Zuzę Błaszczykowską i Magdę Lewandowską.
Dziękuję Wam bardzo! 



*** 



Pytania od Zuzy Błaszczykowskiej : 

1.Ulubiony klub piłkarski ?
2.Ulubiony sportowiec ?
3. Jak masz na imię ?

4. Skąd jesteś ?
5.Największe marzenie ?
6.Ile masz lat ?
7. Jest coś czego żałujesz ?
8.Wolałabyś córeczkę czy synka ?
9.Czy podoba Ci się mój blog i na ile go oceniasz 1-10 ( o ile go czytasz ) ?
10. Dlaczego zaczęłaś pisać bloga ?
11.Jaki zawód chcesz mieć w przyszłości?  


Odpowiedzi : 

1. Borussia Dortmund. 
2. Marco Reus. 
3. Sylwia.
4. Mazury. 
5. Pojechać kiedyś na mecz BVB. 
6. 16. 
7. Hmm...
8. Córeczkę. 
9. Uwielbiam Twojego bloga! 10! 
10. Uznałam, że będzie to fajna rozrywka na ferie, i się wciągnęłam. 
11. Nie wiem jeszcze. 



*** 



Pytania od Magdy Lewandowskiej : 

1.Jak masz na imię?
2. Ile masz lat?
3. Co lubisz robić najbardziej?
4. Dlaczego piszesz bloga?
5. Zrobiłaś/łeś kiedyś coś szalonego?
6. Ulubione słowo?
7. Którą porę dnia lubisz najbardziej?
8. Co chiałabyś/chciałbyś zmienić w swoim życiu?
9. Najlepszy film jaki w życiu oglądałaś/łeś  to...?
10. Kim chcesz zostać w przyszlości?
11. Na czym najbardziej Ci zależy? 



Odpowiedzi : 

1. Sylwia.
2. 16. 
3. Jeździć rowerem, słuchać muzyki, pisać opowiadania. 
4. Bo lubię. 
5. Pewnie. 
6. Nie wiem.
7. Wieczór. 
8. Nieśmiały charakter.
9. Nie wiem.
10. Nie wiem. 
11. Pojechać kiedyś na mecz Borussii. 



*** 



Blogi nominowane przeze mnie : 



Pytania : 

1. Jak masz na imię?
2. Ile masz lat? 
3. Jaki jest Twój ulubiony klub piłkarski? 
4. Co sądzisz o moich blogach (jeżeli je czytasz)? 
5. Jakie są Twoje wymarzone wakacje? 
6. Jaka jest Twoja ulubiona potrawa? 
7. Jaki jest Twój charakter? 
8. Ilu masz przyjaciół? 
9. Jaka jest Twoja ulubiona pogoda? 
10. Czy uważasz się za szczęśliwą i zadowoloną z życia osobę?
11. Podaj linki do swoich najulubieńszych opowiadań. 


Gdy już odpowiecie na pytania, dajcie znać pod tym postem, chętnie przeczytam.
Buziaki! :* 

poniedziałek, 1 lipca 2013

Rozdział 37.

*oczami Marco*


Nie poznałem dzisiaj Mario. Co się stało z moim przyjacielem?! Nigdy, przenigdy się tak nie zachowywał. Zawsze mogłem mu się zwierzyć czy pogadać, nigdy się nie wykręcał, dawał mi zawsze odczuć, że jestem dla niego bardzo ważną osobą... 
Jakimś cudem opanowałem mój cichy płacz i odjechałem czym prędzej spod jego domu. 
- Za późno, żeby teraz jechać z powrotem do Dortmundu - pomyślałem. - Muszę gdzieś spędzić tę noc. 
Natrafiłem na jakiś hotel. Wynająłem sobie pokój i zamknąłem się w tych wynajętych czterech ścianach. 
Czułem się po prostu okropnie. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Usnąć nie mogłem nijak, tylko chodziłem w kółko po pomieszczeniu.
Znów zacząłem ronić łzy. Może i mięczak ze mnie, ale musiałem jakoś dać upust swoim uczuciom. To nieprawda, że chłopaki nie płaczą. 
Stałem zdołowany przy oknie, wpatrując się w monachijskie ulice, gdy moja komórka nagle zadzwoniła.
- Lidia, obyś to była Ty - pomyślałem. Nie! To nie moja ukochana dzwoniła. To Robert mnie namierzał.
- Halo, Robert? - wymamrotałem. 
- Cześć, Marco - powiedział przyjaźnie Robert. - Wyszedłem właśnie ze szpitala. Zdaje się, chciałeś porozmawiać.
- Robert! - jęknąłem. - Nie masz pojęcia, co się stało. 
- Opowiadaj - powiedział mój przyjaciel. - Będzie Ci wtedy lżej, zobaczysz.
- Po pierwsze - zacząłem - możliwe, że straciłem Lidię! Widziała, jak Sophie mnie znienacka pocałowała. Ta chora dziewczyna mnie osacza, powtarza mi ciągle, że zakochała się we mnie, że chce ze mną być. 
- O mój Boże... - powiedział zaniepokojony Robert. - Próbowałeś to Lidii wyjaśnić? 
- Tak - powiedziałem - ale Lidia nie chce mnie widzieć. 
- Musisz poczekać, aż ochłonie - powiedział Robert. - Nie masz pojęcia, jak Ci współczuję! Mam nadzieję, że ułoży się między wami, przecież kochasz Lidię tak bardzo - powiedział Robert. 
- Kocham ją jak nikogo innego - powiedziałem cicho. 
- Chcesz się teraz spotkać? - zapytał Robert. - Bo rozmowa telefoniczna to jednak nie to samo. 
- Nie ma mnie w Dortmundzie - powiedziałem.
- To gdzie Ty się podziewasz, stary? - zdziwił się Robert.
- W Monachium - powiedziałem. - Robert, ja przyjechałem do Mario, liczyłem na jego wsparcie, a on akurat miał imprezę w domu i... zwyczajnie mnie olał. 
- Co?! - krzyknął Robert. - Mario tak postąpił wobec Ciebie? Nie wierzę! 
- Naprawdę - powiedziałem. 
- Kiedy wrócisz do Dortmundu? - zapytał Robert. - Nie spodziewałbym się tego po Mario! Zawsze był Ci taki oddany, a teraz... 
- Nie wiem, co w niego wstąpiło - powiedziałem łamiącym się głosem. - Jutro wrócę. 
- Gdy wrócisz, spotkamy się - powiedział Robert. 
- Nie ma problemu - powiedziałem.
- Ja też nie najlepiej się czuję - powiedział Robert - ciągle siedzę sam jak kołek w domu. Straciłem bezpowrotnie Anię... 
- Żebym ja wiedział, nie jechałbym do Monachium - powiedziałem. 
- A kto by przewidział, że Mario się tak zachowa? - zapytał Robert.
Porozmawialiśmy jeszcze przez pewien czas. Minimalnie poczułem się lepiej dzięki Robertowi. On wiedział, jak wesprzeć człowieka.
Nie mam pojęcia, co dalej z Mario, czy nasza przyjaźń przetrwa. 
Położyłem się na łóżku, jednak nieco czasu minęło, zanim zdołałem zasnąć i odrobinę wypocząć przed powrotem do Dortmundu. 










***











Ledwo wybudziłam się ze snu we wtorkowy ranek, a znów poczułam smutek i rozpacz. 
Z jednej strony, czułam niewyobrażalną złość na Marco, ale z drugiej strony... strasznie mi go brakowało. Tęskniłam za nim, tak bardzo chciałam go przytulić, pocałować. Ale nie brakowało również we mnie wściekłości na niego. 
Nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić. Zwlokłam się z łóżka, wyciągnęłam z szafy szare dresy i rozciągniętą koszulkę z Myszką Miki. Podreptałam do łazienki zrobić z sobą porządek. 
Prawie całą noc przepłakałam. Teraz czułam się, jakby mnie dopiero co z krzyża zdjęli, byłam kompletnie niewyspana. 
Podreptałam na dół. W kuchni była tylko Ewa, Łukasza i Sary nigdzie nie było widać.
- Gdzie Łukasz i Sara? - zapytałam, robiąc sobie kawę. 
- Na poranny spacerek poszli - powiedziała Ewa - kochana, nie powinnaś pić kawy w ciąży.
- Ale ja prawie całą noc nie spałam - powiedziałam.
- Mój Boże... - westchnęła Ewa. - To wypij, ale żeby to nie było Twoim codziennym rytuałem, pamiętaj!
- Wiem, wiem - powiedziałam - kofeina jest szkodliwa. 
- Mam nadzieję, że już troszkę ochłonęłaś - powiedziała Ewa. - Powinnaś jeszcze porozmawiać z Marco. Przecież Wy będziecie mieli dziecko!
- Ewa, ja już się pogubiłam w tym wszystkim. Z jednej strony jestem na niego wściekła, ale z drugiej strony strasznie za nim tęsknię - powiedziałam smutno. 
- Rozumiem - powiedziała Ewa. - Jeżeli dziś przyszłoby mu do głowy tu przyjść, to postaraj się z nim pogadać. 
- To nie byłoby takie proste, Ewcia - powiedziałam. 
- Wiem, kochanie, wiem - westchnęła Ewa. - Ale nie było jeszcze na świecie takiego związku miłosnego, w którym by kłótni czy spięć nie było. 
- Jakoś nie widzę, żebyś kłóciła się z Łukaszem - powiedziałam.
- Bywały i między nami kłótnie, i to niemałe - powiedziała Ewa. - Mnóstwo razy płakałam przez niego. 
- Ciężko mi sobie wyobrazić wasze kłótnie - stwierdziłam.
Ewa tylko pokiwała głową. Posłodziłam swoją kawę i zaczęłam ją pić. Siedziałyśmy obydwie w milczeniu. Ewa zaczęła czytać gazetę, ja popijałam kawę i patrzyłam przez okno. 
Niebawem wrócił Łukasz z Sarą. Pogoda była prześliczna, aż chciało się wyrwać z domu. 
- Jak się czujesz, Lidia? - zapytał Łukasz. 
- A jak mam się czuć? - westchnęłam. - Tak samo, jak wczoraj.
- Musisz jeszcze porozmawiać z Marco - powiedział Łukasz. - Może jeszcze się wszystko ułoży! Przecież Ty go dalej kochasz, widać to po Tobie!
- To prawda - powiedziałam - jestem wściekła na niego, ale jednocześnie tęsknię za nim i to bardzo. To wszystko jest takie pogmatwane... 
Ewa i Łukasz byli bardzo troskliwi, chcieli mnie wspierać. Bardzo to doceniałam. 
Ale poczułam chęć pobycia w samotności. W związku z tym, postanowiłam wybrać się na krótki spacer. 
- Pójdę na przechadzkę - powiedziałam. - Może dobrze mi to zrobi.
- Na pewno - powiedział Łukasz. - Tylko nie odchodź zbyt daleko.
- Masz komórkę naładowaną? - zapytała Ewa - żeby w razie czego...
- Tak, są wszystkie trzy kreski - powiedziałam, spoglądając na wyświetlacz mojego telefonu. 
- To dobrze - powiedziała Ewa. - Miłego spacerku. 
Uśmiechnęłam się do małżeństwa, nałożyłam trampki i wyszłam. 
Nie wyglądałam szałowo. Moje włosy były w  nieładzie, do tego te dresy... Ale akurat wygląd najmniej mnie wtedy obchodził. 
Zerknęłam na zegarek w mojej komórce, wskazywał godzinę dziesiątą trzydzieści. 
Szłam akurat mniej uczęszczaną uliczką, gdy usłyszałam głośny śmiech. 
- No proszę, kogo my tu mamy - ten głos zabrzmiał znajomo. Odwróciłam się i zobaczyłam... Sophie, tę za przeproszeniem sukę, która tak bardzo chciała odebrać mi Marco. 
Towarzyszyła jej jakaś koleżanka. Obie spoglądały na mnie z wyższością i się głośno śmiały. 
- I co, panno kudłata? Marco jest mój - zawołała ze śmiechem. 
- Tak Ci się tylko wydaje - powiedziałam. - On Ciebie w ogóle nie kocha, to Ty się do niego przyczepiłaś.
- Jemu się wydaje, że Cię kocha, szybko Cię i tak zostawi, bo jesteś nudna i brzydka - powiedziała Sophie.
- Niby Ty taka piękna, zadbana jesteś, a jesteś zwykłą szmatą pozbawioną skrupułów! Nie widzisz, że Marco jest zajęty?! - krzyknęłam. 
- Ty suko - syknęła Sophie. Nagle poczułam, jak moje ciało wita się z ziemią. Chciałam się szybko podnieść, ale nie zdążyłam, gdyż... ta idiotka zaczęła mnie kopać. Zapiszczałam z bólu. Nie mogłam wstać. 
- I co? Opłacało się zadzierać? - zachichotała koleżanka Sophie.
Zaczęłam krzyczeć i wołać o pomoc. 
- Zamknij się - syknęła Sophie. - Zrobię wszystko, żeby Marco był mój, rozumiesz? - wycedziła mi do ucha. 
Poczułam nagle stopę Sophie uderzającą moją głowę... Teraz to całe moje ciało przeszywał niewyobrażalny ból...
- Hej, Wy tam! Zostawcie ją! - usłyszałam damski głos. 
- Spadamy! - jęknęła koleżanka Sophie. 
Usłyszałam, jak odbiegają, po chwili ktoś nade mną się pochylił. Po chwili rozpoznałam w tej osobie... Anię!
- Ania... co Ty... - chciałam ją zapytać, co ona tu robi, i o parę innych rzeczy, ale nie byłam w stanie nic powiedzieć.
- Lidia, spokojnie - powiedziała i wyciągnęła telefon. - Zaraz wezwę karetkę.
Coraz gorzej wszystko widziałam, aż w końcu czarne płatki zaćmiły moje oczy... 










*** 




*oczami Marco* 







Wyruszyłem w drogę powrotną skoro świt, jechałem szybko, więc po kilku godzinach znalazłem się w moim rodzinnym mieście. 
- Uff! Nareszcie - pomyślałem zmęczony, gdy zaparkowałem przed domem. 
Wszedłem do domu, zrobiłem sobie mocną kawę, gdyż w nocy słabo spałem, nie czułem się wypoczęty. 
Wysłałem SMS Robertowi, że już wróciłem. On mi niemalże natychmiast odpisał, żebym go odwiedził.
Współczułem mu tak bardzo. Żeby tak chociaż mógł trenować, ale złamana noga mu na to nie pozwalała. 
Całymi dniami siedział sam w domu. Każdy na jego miejscu czułby się samotny i nieszczęśliwy. 
Kiedy jeszcze był w związku z Anią, wszystko wyglądało inaczej... 
Przebrałem się i wyszedłem z domu. 
- Wieczorem odwiedzę Lidię - pomyślałem - łatwo się nie poddam! 
Kocham Lidię całym sercem, pragnę być przy niej, chronić ją, nigdy nie pozwoliłbym komuś zrobić jej krzywdy. A jeżeli ktoś by ją skrzywdził, miałby od razu ze mną do czynienia. 
Byłem już kilka metrów od domu Roberta, gdy nagle na mojej drodze pojawił się facet, który mi kogoś przypominał. Wpatrywał się we mnie uporczywie. Ja również przyjrzałem się mu i stwierdziłem, że to... ten Nathan, z którym Ania zdradziła mojego przyjaciela.
- Nie widziałeś może Anny? - zapytał. 
- Nie - odparłem. - Czego od niej chcesz? 
- Ja całej jej pragnę - powiedział z szelmowskim uśmiechem. - Szukam jej od rana! 
Przewróciłem tylko oczami i poszedłem dalej. Ten facet wyglądał na wariata... ale to tylko moje odczucie. 
Zadzwoniłem do drzwi domu Roberta. Po kilku minutach otworzył mi je.
- Cześć, Marco - uśmiechnął się.
- Witaj, przyjacielu - powiedziałem i go objąłem. 
- Wejdź - powiedział. 
Poszliśmy do kuchni, Robert zaparzył nam herbatę. Usiedliśmy naprzeciwko siebie i zaczęliśmy rozmawiać. 
- Pewnie jesteś zmęczony po takiej długiej jeździe - powiedział Robert.
- Trochę - westchnąłem. - Nie dość, że Mario mnie olał, to dalej jesteśmy nie pogodzeni z Lidią. Dziś wieczorem mam zamiar iść do niej, ona musi mnie wysłuchać! Po prostu musi - powiedziałem cicho. 
- Przecież Ty nie zrobiłeś nic złego - powiedział Robert. - No, poza tym, żeś dał się pocałować tej całej Sophie. 
- Nie masz pojęcia, jak tego żałuję. Do końca życia będę się tego wstydził - powiedziałem. 
- Wierzę - powiedział Robert. - Wiesz co, stary? Nie mogę zapomnieć o Ani. Jestem wściekły na nią, że wdała się w ten romans i mnie okłamywała... ale ja dalej ją kocham. Co ja mam teraz zrobić? 
- Zastanów się... czy nie dać jej drugiej szansy - powiedziałem.
- Nie wiem - westchnął Robert - nie mam pojęcia, czy to najlepszy pomysł.
- Tak w ogóle, spotkałem dziś tego jej kochanka - powiedziałem - pytał mnie, czy wiem, gdzie jest Ania!
- Co za bezczelny typ - zezłościł się Robert.
- Prawda - pokiwałem głową. 
- I podobno krąży już od rana po mieście i jej szuka - powiedziałem.
- Może to jakiś psychol? Kto wie - powiedział Robert.
- Tacy też żyją na tym świecie - przyznałem. 
Nagle ktoś zaczął nieustępliwie dzwonić do drzwi. 
- Kto to się dobija? - syknął Robert. Poszedł otworzyć. 
- Ania? Co ty tu robisz? - usłyszałem zdziwiony głos mojego przyjaciela.
- Robert, sprawa jest poważna - mówiła przejętym, nerwowym głosem. - Musisz mi dać numer do... o, Marco, jak dobrze że tu jesteś! - powiedziała, gdy wpadła do kuchni i mnie zobaczyła.
- O co chodzi? - zapytałem. 
- Marco, Lidia jest w szpitalu - powiedziała Ania. - Jakieś dwie dziewczyny ją pobiły na ulicy, do nieprzytomności! Powiadomiłabym telefonicznie, ale wszystkie numery mi się usunęły w komórce! 
- Co?! - krzyknąłem. - Co to były za dziewczyny? 
- Nie mam pojęcia - powiedziała Ania - szybko uciekły. 
- Musimy tam jechać! - powiedziałem - mój Boże, oby tylko wszystko było z nią dobrze! 
- Jestem tu na piechotę - powiedziała Ania - ten szpital jest niedaleko. 
- To idziemy - powiedziałem zdenerwowany. - Ania, Łukasz i Ewa wiedzą? 
- Mówiłam, że wszystkie numery mi się usunęły - powiedziała Ania. - Akurat miałam blisko do Roberta, chciałam wziąć numer do Ciebie. Dobrze, że Cię akurat zastałam!
- Ania, nie gadaj już tyle, idziemy - powiedział Robert i wziął swoje kule.
- Lepiej może zostań, nie będziesz tyle szedł o kulach - powiedziałem, nakładając buty. 
- Nie zostawię Cię samego w takim stanie - powiedział Robert. - Przecież Ty cały się trzęsiesz!
Faktycznie, trząsłem się z nerwów i strachu o Lidię... i dziecko! A co, jeżeli ten atak tych dwóch lasek je zabije?! 
Wyszliśmy z domu. Strasznie się martwiłem o Lidię. Zacząłem także myśleć, kto mógł ją tak pobić. 
Nagle przyszła mi do głowy... Sophie. Ta dziewczyna nie była nigdy aniołkiem. 
Kto wie, czy to nie ona?!
- Jeżeli to ona, to uduszę ją gołymi rękoma - pomyślałem. 
- Cholera! Domu nie zamknąłem - powiedział Robert. 
- Mówię Ci, lepiej zostań, później przyjdę - powiedziałem. 
- No dobrze - westchnął Robert. - Trzymaj się!
Robert poszedł z powrotem do domu, a my z Anią popędziliśmy do szpitala jak najprędzej. 
- Mam nadzieję, że z Lidią będzie wszystko w porządku - powiedziała Ania. 
- Ja też - powiedziałem. - Nie masz pojęcia, jak się denerwuję!
- Rozumiem - pokiwała głową.
Weszliśmy do szpitala. Recepcjonistka powiedziała nam, w której sali jest Lidia. Ania o wszystko pytała, bo ja nie byłem w stanie. 
Jednakże zobaczyliśmy przez szklane drzwi, że lekarze coś robią przy mojej ukochanej. Zaczepiła nas pielęgniarka.
- Nie można tam póki co wchodzić - powiedziała. 
- Czy pani wie, co z nią się dzieje? Czy to coś poważnego? - zapytałem drżącym głosem. 
- Jeszcze nie - powiedziała pielęgniarka - najlepiej, jakby pan przyszedł jutro. 
- Nie wytrzymam do jutra - powiedziałem cicho.
- Albo wieczorem niech pan przyjdzie, może już coś niecoś będzie wiadomo - powiedziała pielęgniarka. - Proszę jednak być dobrej myśli! 
- Chodźmy, Marco - powiedziała Ania. 
Spojrzałem jeszcze raz przez szklane drzwi. Łzy mi się cisnęły do oczu na widok nieprzytomnej Lidii. 
Cudem opanowałem się i wyszliśmy ze szpitala. Niczego się nie dowiedzieliśmy. Mogłem tylko zobaczyć Lidię przez szybę i nic więcej... 
- Idę do Roberta - powiedziałem. 
- Dobrze - powiedziała Ania. - Ja wracam do swojego domu. Trzymaj się. 
Podała mi rękę, pożegnaliśmy się i każde z nas ruszyło swoją drogą. 
Jak dobrze, że jest Robert, że mogę liczyć na jego wsparcie. Inaczej bym niechybnie zwariował... 






_________________ 





Oj, namieszałam  z tą Lidią. 

A to jeszcze nie koniec! Zanim zaczniecie czytać kolejny rozdział, zaopatrzcie się w chusteczki. 
Mam nadzieję, że powyższy się Wam podoba. 

Bardzo Was proszę o komentarze i szczere opinie! Nie macie pojęcia, jaką radość mi one sprawiają i jaką motywację dają. 

Buziaki! ;* 


+ zapraszam na moje pozostałe blogi 



Czytajcie, obserwujcie i komentujcie! ;)