poniedziałek, 10 czerwca 2013

Rozdział 29.

Siedziałam wciąż na kanapie, przygryzając z nerwów wargi, aż niedługo wróciła Ewa z Łukaszem. Ewa była zapłakana, Łukasz też nie wyglądał najlepiej. Spojrzeli na mnie smutnym wzrokiem. 
- To wszystko moja wina - szlochała Ewa - gdybym... 
- To niczyja wina - próbował pocieszyć ją Łukasz - nie obwiniaj się, błagam! 
- Co się stało?! - zapytałam, serce zaczęło mi mocniej bić. - O co chodzi?!
- Chodzi o Sarę - powiedział Łukasz - dziś rano... ktoś... 
- Porwali ją! - krzyknęła Ewa - porwali moje dziecko! To moja wina! Żebym ją tak wczoraj wieczorem odebrała! Boże... - Ewa zaczęła płakać jeszcze mocniej. 
Struchlałam. Ktoś porwał Sarę?! Nie mogłam w to uwierzyć. Przeraziłam się na maksa. Myśl, że już możemy nie zobaczyć naszej słodkiej, kochanej, wesołej Sary, przepełniła mnie grozą. 
- Opiekunka mówiła, że stało się to około godziny dziesiątej - mówiła dalej zrozpaczona Ewa - a ja wtedy spałam! Mało tego, miałam jeszcze wyciszony telefon, a jak się okazało, ona dzwoniła do mnie z dziesięć razy! 
- Do mnie też próbowała dzwonić, ale ja miałem wyłączony telefon, bo bateria się w drodze kompletnie wyczerpała, a po przyjeździe nie podłączyłem komórki do ładowania - wyznał Łukasz. - Tragedia! Co teraz?! 
- Wy... wy musicie iść z tym na policję - zdołałam jedynie wydukać. 
- Byliśmy już! - powiedziała Ewa - ale nie wiadomo, czy to coś da! A jak już nie zobaczę nigdy mojej córki?! 
Łukasz objął Ewę ramieniem, a ja poszłam do kuchni i zaparzyłam nam wszystkim herbatę. Ewa wyciągnęła z szafki tabletki na uspokojenie, i zażyła dwie sztuki. Była cała czerwona na twarzy, która była mokra od łez. 
- A co z Oliwią? - zapytałam drżącym głosem.
- Oliwię Agata odebrała wczoraj wieczorem - powiedział Łukasz. 
- Dobrze zrobiła - powiedziała Ewa - jestem wściekła na siebie! Chociaż, Łukasz, tą komórkę to jednak mogłeś do ładowarki podłączyć! Może wtedy...
- Faktycznie - przyznał Łukasz - ale proszę, nie obwiniajmy się! To wina tych porywaczy! 
- Ja nie wiem, jak ja przeżyję dzisiejszą noc - jęknęła Ewa. - Boże, dlaczego to nas musiało spotkać?! 
Dla mnie również zeszkliły się oczy. 
- Biedna Sara - pomyślałam - co teraz się z nią dzieje?! Gdzie ona może być?! 
Łukasz przytulił mocno Ewę, która nie przestawała płakać, ja natomiast skierowałam swoje kroki do swojego pokoju. Położyłam się na łóżku, wtuliłam twarz w poduszkę. Chociaż w takiej upiornej chwili wolałabym wtulić się w mojego lubego. Również bałam się o Sarę, nie chciałam, żeby ktoś jej zrobił krzywdę.
Godziny mijały. Zero jakichkolwiek nowin ze strony policji. Łukasz i Ewa, tacy zawsze roześmiani, pogodni, teraz byli w fatalnym nastroju, na nic nie mieli ochoty, po prostu byli załamani. Nie dziwiłam się im. 

Niedługo nastał wieczór, nikt z policji dalej się nie odezwał. Siedziałam w salonie w towarzystwie Ewy, Łukasz wyszedł na spacer nieco ochłonąć. Ewa wpatrywała się w ścianę pustym wzrokiem. Nagle z tego ponurego zamyślenia wyrwała ją dzwoniąca komórka. 
- To opiekunka - powiedziała Ewa. Odebrała, po chwili rozmowy pobladła na twarzy. Zapytałam ją naturalnie, o co chodzi.
- Dostała jakiś anonim od porywaczy. Prosiła, abyśmy z Łukaszem przyjechali jak najszybciej - powiedziała. 
Już chciała zadzwonić do niego, gdy ten wrócił ze spaceru. Ewa powiedziała mu o anonimie, i szybko pojechali do pani Aumann, tak miała na nazwisko ta opiekunka. 
Kiedy wrócili, wyglądali na jeszcze bardziej załamanych. Ewa położyła ręce na moich ramionach i zaczęła smętnym tonem wyjaśniać, o co chodzi.
- Porywacze zażądali w tym anonimie 1000 euro - powiedziała Ewa - i w środę o 6 rano te pieniądze mają być złożone, w anonimie podany jest adres, miejsce - wyjaśniła Ewa. - A jeżeli nie będzie tych pieniędzy, to Sara zginie - gdy to powiedziała, rozpłakała się. - I... że jeżeli zgłosimy sprawę na policję, to już po naszej córce!
- Ale Wy już to zgłosiliście! Masz ten anonim przy sobie? - zapytałam przerażona. Ewa skinęła głową, wyciągnęła pogniecioną kartkę z torebki i mi ją podała. List był oczywiście wydrukowany. 
- Mam nadzieję, że policja ich dorwie do środy - powiedziałam drżącym głosem. 
- Oby - powiedział Łukasz - ale na szczęście, 1000 euro jeszcze można... 
- Nieważne - powiedziała Ewa - ja tylko chcę odzyskać moją Sarę! 
- Ciekawe, czy ci porywacze wiedzą... - westchnęłam.
- O czym? - zapytał Łukasz.
- Że już zgłosiliście porwanie - powiedziałam.
- Oby nie - powiedziała Ewa. - Boże, nie wiem, co zrobię, jak już nigdy nie zobaczę Sary! 












*** 













Nastał wtorek. Ewa i Łukasz byli coraz bardziej zrozpaczeni, podobnie jak ja. Jutro o poranku Łukasz miał iść do parku, i złożyć pieniądze, zgodnie z życzeniem porywaczy. Policja dalej się nie odzywała, widocznie dalej nie odnaleźli Sary. A pani Aumann dostała jeszcze jeden anonim - że Sara zostanie przyprowadzona do parku przed południem, jeżeli pieniądze zostaną złożone. 
Marco dowiedział się o wszystkim, podobnie jak reszta znajomych. Agata przychodziła pocieszać załamaną Ewę. 
Siedziałam w pokoju, gapiąc się tępo w monitor laptopa, przeglądając jakieś stare zdjęcia, gdy do pokoju ktoś zapukał. To Marco przyszedł. 
- O, Marco - odezwałam się - wchodź! 
- Hej, kochanie - powiedział cicho, wszedł do pokoju i pochylił się, żeby mnie pocałować. - Jak się czujesz?
- Niezbyt dobrze - przyznałam - martwię się o Sarę. 
- Rozumiem - powiedział. - Właśnie spotkałem się z chłopakami, razem z Mario u Roberta byliśmy. Teraz będę z Tobą... 
- I teraz już nigdzie nie odchodź. Bądź przy mnie - poprosiłam - wczoraj tylko chwilę się widzieliśmy... 
Wczoraj cały dzień Marco i Mario spędzili poza miastem. Dopiero wieczorem Marco mnie odwiedził. I dopiero wtedy się dowiedział o porwaniu Sary. 
Nie miałam mu za złe, że zamiast siedzieć calutki czas ze mną, spotyka się z Mario, no i dzisiaj z Robertem. W końcu Mario już jutro odlatuje do Monachium. Spędzałam dużo czasu z Ewą i Łukaszem, starałam się ich wspierać. 
- Oczywiście - powiedział cicho. - Będę przy tobie, bo cię kocham jak nikogo innego. 
Odstawiłam laptop, i przytuliłam się do blondyna. Położyliśmy się na moim łóżku i leżeliśmy wtuleni w siebie, niewiele rozmawiając. Wystarczyło, że jesteśmy blisko siebie. 
Nagle usłyszałam jakieś radosne krzyki na dole. Poderwałam się i pobiegłam na dół, a Marco za mną. Ewa promieniała, trzymała komórkę w ręku...
- Znaleźli Sarę - wołała radośnie - znaleźli ją! Już niedługo ją zobaczę!
- Ewa, nie wariuj - zaśmiał się Łukasz - Lidia, jedziemy po naszą córkę, niedługo wrócimy! Znaleziona jest!
- Nie macie pojęcia, jak się cieszę - powiedziałam poruszona. W moich oczach stanęły łzy szczęścia. - Może pojedziemy z Wami? 
- Jak chcecie - powiedziała Ewa. Spojrzałam na Marco, pokiwał głową. Zatem wszyscy poszliśmy do auta i pojechaliśmy, Ewa zawiozła nas do jakiegoś opuszczonego budynku. 
Przed tym budynkiem stał radiowóz policyjny, kilku facetów w mundurach skuło w kajdanki jakichś łysych typów. Obok stała Sara, wystraszona, przerażona wszystkim, współczułam tej małej dziewczynce tak bardzo. 
Ewa wybiegła z samochodu i od razu pobiegła do Sary. Chwyciła ją w ramiona.
- Moja mała córeczka! - zawołała - już wszystko dobrze! 
- Mamuś - usłyszałam Sarę - dlaczego oni mnie porwali?! 
- Bo to źli ludzie - odezwał się Łukasz. - Córeczko, jak dobrze, że już jesteś z nami! 
Ewa od razu wyciągnęła anonim od porywaczy z torby i pokazała go mundurowym, co wzbudziło wściekłość aresztowanych. Zaczęli krzyczeć, co drugie słowo to był wulgaryzm. Policjanci zapakowali ich do wozu i zwrócili się do szczęśliwych rodziców Sary. 
- Musicie państwo jeszcze z nami podjechać na komisariat - powiedział policjant - podpisać oświadczenie, że dziecko się znalazło.
- Oczywiście - powiedział Łukasz. Wziął córkę na ręce, i we trójkę skierowali się do auta. 
- Dajmy im się nacieszyć córką - szepnął do mnie Marco - chodźmy na miasto! 
- W sumie... dobry pomysł - odszepnęłam mu. - Ej, Łukasz, my nie jedziemy z wami, idziemy swoją drogą.
- Potem Lidię odprowadzę - uśmiechnął się Marco.
- Jak chcecie - powiedział. - Do zobaczenia! - powiedział rozpromieniony, i pojechał za policyjnym wozem. 
Kamień mi spadł z serca, poczułam ogromną ulgę, że ta mała, wesoła, cudowna dziewczynka się odnalazła. 
- To gdzie idziemy? - zapytałam. 
- A gdzie chcesz, kochanie? - zapytał. 
- Ty znasz Dortmund, ty stąd pochodzisz, więc...
- No dobrze - zaśmiał się - chodźmy na lody! 
- Okej - odparłam.
Poszliśmy do lodziarni, Marco postanowił zaszaleć i wziął duży pucharek lodowy, który mieliśmy oboje zjeść. Usiedliśmy przy ustronnym stoliku.
- Czy my damy radę zjeść tyle lodów? - zapytałam.
- Jestem o to spokojny - zaśmiał się mój blondyn. Uwielbiałam jego śmiech, on był wtedy taki uroczy. 
Jedliśmy lody, nawet szybciej nam poszło niż się spodziewaliśmy. Po wszystkim postanowiliśmy jeszcze nieco się przejść. 
- A może pójdziemy do mnie... - powiedział cicho Marco. 
- Chodźmy - zgodziłam się. 
- A co byś powiedziała na jakieś dobre wino? - zapytał. 
- Pijaku Ty... - zaśmiałam się. Nagle zauważyłam, że dziennikarze robią nam zdjęcia. Zdenerwowało mnie to, ale cóż było robić. Uśmiechnęliśmy się do kamer, po czym Marco zgodnie ze swoim pomysłem poszedł do marketu na rogu w celu kupna wina, ja usiadłam sobie na ławeczce. Dziennikarze już znikli na szczęście. 
Siedziałam sobie wyluzowana, gdy nagle zauważyłam... Mitchella. Szedł, trzymając jakąś dziewczynę za rękę. Również mnie zauważył. Zaczął coś szeptać do swojej towarzyszki...
- A Ty co? Siedzisz i żebrzesz na wino? - zwróciła się do mnie ta jego lalunia. Zapewne Mitchell jej podszepnął, kim jestem. 
Ta dziewczyna od razu wydała mi się pustakiem. 
- Znamy się? - warknęłam nieuprzejmie. Ale czy ona zachowała się lepiej? 
- Nie i lepiej niech tak pozostanie - zaśmiała się głośno, a Mitchell razem z nią. 
- Nie pyskuj, bo Ci tapeta spadnie - odparłam. 
Mitchell po tych moich słowach podszedł do mnie, chwycił mnie za brodę...
- Co Ty sobie wyobrażasz?! Przeproś ją albo...
- Mitchell?! Co Ty tu robisz?! - usłyszałam nagle Marco, który właśnie wyszedł.
- Zostaw ją w tej chwili! Słyszysz?! - Marco odepchnął ode mnie Mitchella. 
- Znalazł się rycerz - zakpił sobie Mitchell. Odwrócił się na pięcie i razem ze swoją blondynką poszli w swoją stronę.
- Nic Ci nie zrobił? - zapytał troskliwie Marco. 
- Nie - odparłam - chociaż, kto wie, gdyby nie Ty... 
- Zamordowałbym go chyba - powiedział cicho. - Nie pozwolę nikomu zrobić Ci krzywdy, nawet najmniejszej. 
- Marco... Ty jesteś taki... taki... - tu się zacięłam. 
- Po prostu Cię kocham i chcę dbać o Ciebie - powiedział. - Chodźmy już, dobrze? 
Zmierzyliśmy do jego domu. Czułam, że bardzo miło spędzimy razem czas. Tylko we dwoje... 













*** 











Marco zaproponował, żebyśmy poszli sobie do jacuzzi. Zgodziłam się. Poszliśmy zatem do pokoju relaksacyjnego, jak on nazywał te pomieszczenie, i napuścił gorącej wody do owego jacuzzi. Rozebraliśmy się i weszliśmy do wody. Woda przyjemnie bulgotała, jak to w jacuzzi. 
Atmosfera robiła się coraz gorętsza. Marco mnie całą obsypywał pocałunkami, ja to odwzajemniałam. Gładził całe moje ciało swoimi subtelnymi dłońmi. Nasze oddechy były coraz szybsze...
- Pragnę Cię... - szepnął.
- Ja Ciebie też pragnę, Marco... - odszepnęłam. 
Daliśmy upust naszej miłości, po prostu to był totalny odlot. Po prostu coś bajecznego. 
Po wszystkim leżeliśmy i pieściliśmy się delikatnie, gdy nagle usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. 
- O matko... - jęknął Marco - akurat w takiej chwili! 
Ubrał się szybko i pobiegł otworzyć, ja również nałożyłam swoje ubrania. Okazało się, że to Mario przyszedł. Miał coś ważnego do powiedzenia.
- Marco - powiedział - dziś o 20 wylatuję! Jutrzejszy lot został odwołany, a najbliższy byłby dopiero w piątek, no i jeszcze dzisiaj jest! Muszę lecieć dzisiaj - powiedział - mam nadzieję, że mnie odprowadzisz na lotnisko. 
- Już dzisiaj?! - zasmucił się Marco. - Boże... 
- Proszę... - Mario spojrzał błagalnie na przyjaciela. Objął go ramieniem, poklepał po plecach. 
Mario został jeszcze na kawie, później poszedł wziąć swoją walizkę i pożegnać się z Robertem i kilkoma innymi kolegami. Robert zapewne również pojechałby na lotnisko, ale z złamaną nogą nie mógł za często wychodzić. Musiał się oszczędzać. Chciał jak najszybciej wyzdrowieć i wrócić do optymalnej formy.
Gdy Mario poszedł, Marco wziął mnie za biodra i usadził na swoich kolanach. Chwycił mnie za dłonie... Jego twarz nie miała zbyt wesołego wyrazu.

- Pójdziesz ze mną go odprowadzić, dobrze? - zapytał. 
- No pewnie - powiedziałam. 
- Miał lecieć jutro, o 18 - powiedział Marco - ale okazało się, że już dzisiaj... 
- Współczuję Ci, Marco - powiedziałam cicho - domyślam się, jak się musisz teraz czuć.
- Źle - przyznał - ale dobrze, że jesteś tu ze mną. 
Gdy już zaczęła się zbliżać godzina odlotu Mario, ten zadzwonił i poprosił Marco, żeby ten podjechał po niego i go zawiózł. Marco oczywiście spełnił prośbę przyjaciela, i wsiedliśmy do auta. 
Marco niewiele się odzywał, miał smutny wyraz twarzy. Nawet gdy podjechaliśmy po Mario i ten wsiadł, dalej nic się nie odzywał. Mario zwrócił na to uwagę.
- Marco, czemu nic nie mówisz? - zapytał.
Marco westchnął ciężko.
- Mario, Ty wiesz, że ja... 
- Nie załamuj się - prosił Mario - mi też jest trudno! Ale będzie dobrze!
- Już nic nie będzie takie samo - mruknął Marco.
Mario wtopił wzrok w swoje trampki. Dojechaliśmy w końcu na lotnisko, do odlotu Mario zostało dziesięć minut. 
Poszliśmy we trójkę w kierunku miejsca odlotów, nadszedł najsmutniejszy moment, czyli chwila pożegnania. Sprawdziłam, czy mam chusteczki w torbie, pomyślałam, że może Marco będzie ich potrzebował.
- Okej, Lidia, najpierw z Tobą się pożegnam - Mario uśmiechnął się lekko, i mnie przyjaźnie objął. Poklepałam go po plecach. 
- Bądź przy Marco, nie daj mu się załamać - szepnął do mnie. 
- Obiecuję - odszepnęłam. 
Potem Mario przytulił mocno mojego ukochanego, któremu zeszkliły się oczy. 
- Będę bardzo tęsknił - powiedział łamiącym się głosem Marco.
- Ja też - powiedział Mario. - Nawet nie wiesz, jak bardzo. 
Chłopaki coś jeszcze po cichu do siebie mówili, mojemu ukochanemu aż łzy zaczęły spływać po policzkach. Mario od niego nie odstawał, on również dał upust łzom. Wyglądało to tak smutno. Patrzyłam na nich poruszona, nikt by teraz nie zaprzeczył, że to prawdziwa przyjaźń. 
Gdy już Mario musiał iść do samolotu, dali sobie jeszcze po buziaczku w policzek i poszłam z Marco do samochodu. 
Marco nie od razu ruszył, dalej płakał. A ja podawałam mu chusteczki, próbowałam podnieść na duchu. 








_____________________________ 






Taki trochę nieogarnięty i niedopracowany ten rozdział, ale nieco w pośpiechu napisany.
Następny dopiero w sobotę lub niedzielę! Mam napięty nieco grafik - jutro i pojutrze będę na wycieczce, w Krakowie i Oświęcimiu, w piątek bal gimnazjalny... Same wiecie :> 

Sprawa z porwaniem Sary dość szybko się rozwiązała, ale już mam inne (i drastyczniejsze!)  pomysły, więc jeszcze trochę namieszam ;>  
Co do mojego drugiego bloga - następny również dopiero w sobotę lub niedzielę, jutro po drodze będę myślała, co tam nabazgrać, aby Wam przypadło do gustu ;) 


Buziaczki ;* 



Haha! <3 Urzekł mnie ten gif. 


Kto przeczytał, komentuje! 
Dzięki. <3 






sobota, 8 czerwca 2013

Rozdział 28.

Czas zleciał bardzo szybko. Jutrzejszy dzień to będzie dzień powrotu do Niemiec. 
Wszystko byłoby idealnie, gdyby tylko Robert nie złamał nogi trzy dni temu. Gdy wychodził ze sklepu, powinęła mu się nóżka i niefortunnie się przewrócił na schodach. 
Teraz biedak ma nogę w gipsie, musi chodzić o kulach.
Był ciepły, słoneczny, piątkowy wieczór. Siedzieliśmy sobie wszyscy w kręgu, Robert nie miał zbyt szczęśliwej miny. Wiadomo - teraz będzie musiał długi czas pauzować, nie będzie mógł jechać z drużyną żółto-czarnych do Szwajcarii, na przygotowania do kolejnego sezonu Bundesligi. A mieli jechać w przyszłym tygodniu, w piątek. Natomiast Mario miał jechać z drużyną Bayernu do Chin, tyle że w niedzielę. 

- A co Wy na to - odezwał się Łukasz - żeby zrobić ognisko, tak na zakończenie tych wspaniałych wakacji? 
- Świetny pomysł - poparła męża Ewa. 
- Czemu nie - powiedział Kuba. - Ale ktoś musi po zaopatrzenie pojechać, bo...
- A ten tylko o jednym - westchnęła Agata. 
- Nie miałem na myśli napojów procentowych - zaśmiał się Kuba.
- Akurat - odparła Agata - mi tego nie wmawiaj!
- Nie ma problemu, ja mogę pojechać - powiedział Łukasz - ktoś się dołączy? 
- To ja mogę - powiedział Mario.
- Ja też - powiedział Mats.
- To chodźcie - powiedział Łukasz, skierowali swoje kroki do minibusu, który został już naprawiony i odebrany, i pojechali do marketu. 
- Wreszcie trochę spokoju - powiedział Marco. - Mario mi dziś cały dzień żyć nie daje. 
Faktycznie, dziś dla Mario kompletnie odwalało. 
- Z Mario jest źle, ale bez niego będzie jeszcze gorzej - stwierdziłam.
- Oj tak... - westchnął Marco.
Mario już miał załatwione mieszkanie w stolicy Bawarii, firma do przeprowadzek miała spakować i zawieźć tam wszystkie jego meble i rzeczy. Na prośbę Mario, jego rodzice mieli czuwać nad tym. A sam beztrosko wypoczywał z nami na Mazurach. W środę miał zarezerwowany lot do Monachium. 
- Nie mówmy o transferze Mario - wtrącił się Robert - wszystko będzie dobrze, zobaczysz, Marco! Zawsze można w wolnej chwili wskoczyć w samochód i...
- Wiem, wiem - uśmiechnął się Marco - mam nadzieję!
- Ale ta moja złamana noga mnie denerwuje - powiedział Robert, ponuro spoglądając na gips. - Wieki miną, zanim do formy wrócę!
- Będzie dobrze - próbowała go pocieszyć Ania. - Nie możesz się załamywać.
- Staram się jak mogę - odparł Robert. 
Robert nie przedłużył kontraktu z Borussią, ostatecznie ustalono, że odejdzie po sezonie, za darmo. 
Niebawem nadjechali Łukasz, Mats i Mario. Mats i Mario nieśli skrzynkę piwa. Łukasz dwie siatki z jedzeniem. 
- Na powrotną drogę wziąłem co nieco - powiedział Łukasz. - To znaczy, jedzenie, nie piwo! 
- No ja myślę - powiedziała Ewa. 
- To rozpalcie te ognisko - powiedział Robert. 
- Ognia dajcie - powiedział Łukasz. 
Mario pogrzebał w kieszeni swoich spodenek i podał Łukaszowi zapalniczkę.
- Mario, Ty palaczu - skomentowałam.
- Oj tam, od razu palaczu... - machnął ręką Mario. 
Parę dni temu, przyłapałam niemiecką trójcę na paleniu papierosów. Całą paczkę razem spalili. Nawet mnie jednym poczęstowali. Ale też powiedzieli, że więcej nie będą palić. 
- Zaczyna się od jednej paczki - powiedział Robert. 
- U nas zaczęło się i skończyło na jednej - powiedział Mats. 
- Mam nadzieję - powiedział Łukasz, rozpalając ognisko. 
Wnet wielki ogień buchnął w górę. Siedziałam na kolanach Marco, który nie przestawał mnie obejmować. 
- Ej, zakochańce, łapcie się za browary - powiedział Mario. 
Marco ochoczo wziął piwo. Wszyscy już mieli otwarte butelki. Postanowiłam, że nie będę odstawać od reszty. 
Powoli zaczynało się ściemniać. Ale to nam nie przeszkadzało, siedzieliśmy i rozmawialiśmy, popijając złotą oranżadę. 
Niestety, jak to w letnie wieczory bywa, zleciało się mnóstwo komarów, które zaczęły nam dokuczać.
- Ale się doczepiły ścierwa - syknęłam, zabijając komara, który wylądował na mojej łydce - sio! 
- Prawda - powiedział Mats - żyć nie dają! 
- Macie słodką krew - powiedział Mario - a mnie jakoś w ogóle nie ruszają! 
- Ciebie to i diabeł by nie ruszył - powiedział Mats. 
Roześmiałam się, nieźle mnie rozśmieszył ten tekst, podobnie jak mojego ukochanego blondyna. 
- Pijany i teraz bredzi - wzruszył ramionami Mario.
- Oj tam, od razu pijany - ziewnął Mats - co najwyżej, lekko podchmielony!
- Właśnie widzimy - stwierdził Marco - oczka aż ci się świecą! Ale nie, Ty nie piłeś, Ty jesteś wieczny abstynent! 
Ostatnie zdanie było naturalnie ironiczne. Te wzajemne przekomarzanie się niemieckiej trójcy było niesamowite. 
Wieczór upływał w sympatycznej, przyjacielskiej atmosferze, aż w końcu zerknęłam na zegarek, dochodziła dwunasta w nocy. Ognisko już powoli gasło, trzeba było iść spać, wypoczywać przed powrotem. 
Weszłam do namiotu, zaraz za mną Marco. Bez słowa oboje się położyliśmy na karimacie, nakryliśmy się kocem. Od razu zamknęłam oczy, byłam już dosyć śpiąca, i chciałam jak najszybciej usnąć. Nagle poczułam, jak Marco mnie bierze w swoje ramiona. Nie protestowałam, chętnie się do niego przytuliłam. 
- Dobranoc - wyszeptał. 
- Dobranoc - odpowiedziałam. 














*** 











Łukasz nie dał zbyt długo pospać, o szóstej rano pobudził wszystkich. Wszyscy grzecznie szybko się ogarnęli, zapakowali wszystko do minibusu, namioty  zostały oddane do wypożyczalni. Wszystko wskazywało na to, że możemy już jechać. 
- No to teraz sobie posiedzimy - powiedziałam do Marco, który siedział obok mnie. 
- Może odleżyn nóg nie dostaniemy - zachichotał.
- Spokojnie, przewiduję postoje - zaśmiał się Łukasz, który prowadził pojazd. 
Łukasz i Kuba najmniej wczoraj wypili, ze względu na to, że będą dziś kierowcami.
Niektórzy usnęli na siedząco. Robert spał z głową opartą o szybę, Ania słuchała muzyki przez swoje ogromne słuchawki, Agata i Ewa czytały jakieś gazetki, Mario usnął na ramieniu Matsa. Kuba siedział obok Łukasza i popijał napój energetyczny. 
Marco co chwilę ziewał, w końcu oparł głowę o moje ramię i próbował usnąć. Przytuliłam go do siebie, żeby było mu wygodnie.
Podczas tej drogi powrotnej nic fascynującego się nie wydarzyło. Co jakiś czas robiliśmy postój, aż w końcu dojechaliśmy do Dortmundu. 
- Nareszcie w Dortmundzie - obwieścił tryumfalnie Łukasz. 
- Widzimy - ziewnęła Ewa. 
Kuba, który na przedmieściach Frankfurtu zamienił się z Łukaszem, odwoził wszystkich kolejno do domu. Najpierw odwiózł Roberta i Anię, potem Matsa, na którego ponoć czekała już Cathy, potem Mario i Marco. Potem pojechaliśmy pod dom Kuby i Agaty, którzy również się z nami pożegnali, i wtedy ja, Ewa i Łukasz zmierzyliśmy w stronę naszego domu. 
- Ale szybko zleciało - skomentowała Ewa. 
- Prawda - powiedział Łukasz. - Ewka, pójdziesz po Sarę? 
- Już późno, na pewno już śpi - powiedziała Ewa - więc jutro rano. 
- Dobrze - odparł Łukasz. 
Przyjechaliśmy prędko do domu, wzięliśmy bagaże i od razu poszłam do swojego pokoju. Wyciągnęłam piżamę, poszłam pod prysznic, po czym od razu poszłam spać. 
Gdy już zasypiałam, ktoś wysłał mi SMS. 
- Kto to mnie namierza? - pomyślałam i przeczytałam tego SMSa. Był od Marco. 

Słodkich snów, kochanie! Mam nadzieję, że Ci się przyśnię! 
P.S. Jutro chciałbym się z Tobą spotkać i pokazać Ci mój dom! Jeszcze chyba nigdy w nim nie byłaś. Całuję mocno! 

Uśmiechnęłam się i odpisałam mu. 


Bardzo chętnie! Tylko że popołudniu, bo jutro nie wstanę za prędko, sam rozumiesz. 
Również Ci życzę miłych snów! Buziaczki! 

Odłożyłam komórkę. Zadowolona zamknęłam oczy, powoli zasypiając. 












*** 











Gdy się obudziłam, zegarek wskazywał już godzinę dwunastą. Ale już nie czułam takiego zmęczenia. No i dziś miałam zobaczyć dom Marco! Wstałam z łóżka, zaścieliłam je, z szafy wyciągnęłam koszulę i białe dżinsy i skierowałam swoje kroki do łazienki, żeby doprowadzić się do porządku. Gdy już to zrobiłam, zeszłam na dół, jeszcze nikogo nie było. Dziwne. Ewa miała odebrać rano Sarę, ale widocznie sen ją kompletnie pochłonął, podobnie jak Łukasza. Zajrzałam po cichutku do ich sypialni, drzwi były otwarte - faktycznie, smacznie sobie spali. 
- Trudno, najwyżej ta opiekunka dłużej będzie miała Sarę na głowie - pomyślałam i zaczęłam przyrządzać sobie śniadanie. Zjadłam dwie kanapki z masłem orzechowym oraz wypiłam herbatę. 
Nie było zbytnio co robić, włączyłam laptop, zauważyłam, że Marco jest dostępny na Skype. Niemal od razu do mnie zadzwonił.
- Już wyspana? - przywitał mnie takimi słowami.
- Tak jakby - uśmiechnęłam się. 
- Ja to już tylko czekam na nasze spotkanie - powiedział uśmiechnięty. 
- Może nie będziesz musiał zbyt długo czekać... - powiedziałam tajemniczo.
- To już mogę wpaść po Ciebie? - zapytał podekscytowany.
- Pewnie - odparłam. 
- Fajnie - powiedział - trochę z Tobą spędzę czasu, a później z Mario jestem umówiony.
- Żyć bez siebie chyba nie możecie - zaśmiałam się. 
- W środę wyjeżdża - przypomniał mi Marco.
- Wiem - odparłam. - To do zobaczenia!
- Pa! - odparł, ja wyłączyłam laptop i zostawiłam karteczkę na stole w kuchni z informacją, gdzie jestem. Zresztą, Ewa i Łukasz powinni niedługo się obudzić. 

Hej! Jestem u Marco. Wrócę niedługo. Lidia 

Nałożyłam buty i wyszłam z domu, kręciłam się po drodze biegnącej wzdłuż naszego domu, gdy w końcu nadszedł Marco. 
- Cześć, skarbie - powiedział i przytulił mnie. 
- No witam, witam - uśmiechnęłam się. 
- To co, idziemy do mnie? - zapytał. 
- Pewnie - odparłam, i ruszyliśmy. Nie było to zbyt daleko. 
Dom Marco był faktycznie bardzo ładny. Oprowadził mnie po wszystkich pomieszczeniach, od przedsionka, przez salon, kuchnię, pokój relaksacyjny (z jacuzzi!), łazienkę, pokój gościnny, pokój rozrywkowy, aż po sypialnię. 
- Nie za duży ten dom, jak dla jednej osoby? - zapytałam. 
- Mieszkałem z Caroline - wyjaśnił. - Ale to już przeszłość, dawno zamknięty rozdział w moim życiu - dodał prędko. 
- Rozumiem - odparłam - naprawdę tu ładnie. 
- Chodź, jeszcze pokażę Ci ogród - powiedział i ujął mnie za rękę. 
Poszliśmy. Aż prawie padłam z wrażenia. Ogród był po prostu wspaniały. Najbardziej mnie urzekła stojąca na środku fontanna. 
- I jak? - zapytał Marco.
- Bajecznie - powiedziałam - a kto dba o te wszystkie kwiaty? Masz zatrudnionego ogrodnika? 
- Raz na jakiś czas przychodzi - przyznał - ale ja staram się jak najwięcej sam dbać o te rośliny, bo tak się składa, że bardzo lubię to zajęcie. 
- Rozumiem - odparłam. 
- Mario czasami wpadał do mnie i mi pomagał, miło wspominam, jak razem przycinaliśmy krzewy albo wyrywaliśmy chwasty - powiedział Marco. 
- A co, jak jakiegoś ślimaka czasem znaleźliście? - zapytałam, przypomniało mi się, jak to Mats, jeszcze na wakacjach w Polsce, straszył Mario ślimakiem. 
- Czasem się zdarzyło - powiedział Marco - daj spokój, lepiej nic nie mówić... ma fobię chłopak i tyle w temacie.
Usiedliśmy oboje na skraju fontanny, upajałam się widokiem tego fenomenalnego ogrodu. 
- Mówiłeś, że potem z Mario masz zamiar się spotkać - przełamałam ciszę. 
- Tak... - powiedział Marco, bełtając ręką w wodzie - może pogramy w Fifę albo w bilarda. 
- Papużki nierozłączki - zachichotałam.
- No i co w tym złego? - wzruszył ramionami mój ukochany. 
- Nic, nic - powiedziałam. 
Siedzieliśmy chwilkę w milczeniu, Marco raz po raz na mnie spoglądał. W końcu położył swoją dłoń na mojej, a drugą ręką ujął mnie za twarz. Przybliżył swoją buźkę do mojej i po chwili poczułam, jak nasze usta się stykają. Objęłam go i nie ustawaliśmy w tej przyjemnej czynności, aż nagle poczułam... jak lecę do tyłu! Marco cały czas mnie tulił, nagle stracił równowagę i wpadł do wody, a ja z nim. 
Marco zaczął się śmiać z całej sytuacji, wygramolił się z fontanny i pomógł też mnie z niej wyleźć. Byliśmy oboje całkowicie mokrzy. 
- To ciekawe, jak teraz do domu wrócę - zaśmiałam się. - Będą na mnie wołać na ulicy "Zmokła kura!" 
- Dam Ci coś na przebranie - zaśmiał się Marco. - Jakoś się doczłapiesz. 
- Zimno mi! - jęknęłam. 
Poszliśmy z Marco do domu, dał mi na przebranie koszulkę, dżinsy, sam również się przebrał. Miał naprawdę mnóstwo ubrań. 
Później siedzieliśmy w salonie i popijaliśmy mrożoną herbatę, aż w końcu uznałam, że pora wracać. Marco powiedział, że mnie odprowadzi. Zatem wyszliśmy z jego pięknej posesji, trzymając się cały czas za ręce. 
Gdy dotarliśmy na miejsce, uściskałam Marco na pożegnanie i chciałam wejść do domu, ale drzwi były zamknięte. Zaczęłam szukać moich kluczy w torebce, na szczęście miałam je ze sobą. 
- Może pojechali na jakieś zakupy, czy po Sarę - pomyślałam - spokojna głowa. 
Usiadłam przed TV i oglądałam jakieś programy, Łukasz i Ewa dalej nie wrócili, a minęło już nieco czasu. Postanowiłam zadzwonić do Ewy. 
Udało mi się dopiero za drugim razem się dodzwonić.
- Halo, Ewka? Tu Lidia! Słuchaj, chciałam spytać, gdzie... 
- Lidia? - odezwała się Ewa. Ale jej głos mnie przeraził. Ona z całą pewnością płakała. - Wszystko Ci opowiem, jak wrócimy do domu! - głos jej się całkowicie łamał... - Niedługo wrócimy! 
- Ale co się stało? Ewka... - i tu się rozłączyła. 
Przestraszyłam się. Dlaczego ona tak żałośnie płakała? Co mogło się wydarzyć? Usiadłam przerażona na sofie. Nie miałam pojęcia, co myśleć... 









_______________________ 





No i zaczyna się mieszanie, a to dopiero początek ;>  
Wiem, że uwielbiacie, gdy przerywam w takich momentach! 
Rozdział pozostawiam Waszej ocenie. Dla mnie nawet może być. :) 

Liczę na Wasze komentarze! :> Jest to naprawdę dla mnie olbrzymia motywacja. Powtarzam się, ale cóż, taka prawda :> 

Pozdrawiam ciepło, Sylwia ;* 


+ zapraszam na mojego drugiego bloga Long, terrible dream. tam również komentarze mile widziane. 













czwartek, 6 czerwca 2013

Rozdział 27.

- Ten hamburger chyba był dla mnie za duży... - jęknęłam, gdy zjadłam. 
- A dla mnie nie - powiedział Marco.
- No to niezłą masz pojemność - stwierdziłam. Wyciągnęłam z torebki butelkę wody i ugasiłam pragnienie. 
- Żebyś ty wiedziała, ile Mario potrafi zjeść... - zaśmiał się mój ukochany. 
- Żarłoki wy - zachichotałam. 
- Oj tam - Marco machnął ręką. - Idę trochę Mario powkurzać, idziesz ze mną? 
- Uważaj, bo może się bardzo zdenerwować - zaśmiałam się.
- O to chodzi - Marco wyszczerzył się do mnie i wyszedł z namiotu, ja również to zrobiłam.
Mario siedział sobie z Matsem na ławce, żywo o czymś rozprawiając. 
- O nie - jęknął Mario, gdy zobaczył nadchodzącego Marco.
- Sielanka się skończyła - zaśmiał się Marco. 
- A taki miły wieczór się zapowiadał - skrzywił się Mario.
- Mi też - powiedział Marco - ale ciebie zobaczyłem i wszystko poszło w niwecz. 
- Nie trzeba było wyściubiać nosa z namiotu - stwierdził Mario i skrzyżował ręce na piersi. 
- Lidia, widzisz? On taki trochę jest walnięty - zwrócił się do mnie rozbawiony Marco. 
- Oj jest, jest - powiedział Mats. 
- Dobrze się bawicie? - zapytał niezbyt zadowolony Mario.
- Bosko - uśmiechnął się promiennie Mats. 
- O! Ślimak! - Marco wypatrzył kilka kroków od siebie ślimaka, podniósł go i podszedł z nim do Mario. Ale reakcja Mario naprawdę mnie niewiarygodnie zaskoczyła... 
- Fuj! - wrzasnął. - Zabierz to paskudztwo! Debilu skończony!
- Co ty, Mario, ślimaków się boisz? - zapytałam.
- Gorszego szkaradzieństwa nie ma - powiedział. 
- Od ciebie - uzupełnił Mats. 
- Zamknij mordę - wysyczał Mario.
- Ale po co te nerwy? - zapytał Mats.
- Złość piękności szkodzi - dodał Marco.
- Ja z nimi nie wyrobię... - westchnął Mario. - Ja się stąd zwijam!
Wstał i chciał faktycznie gdzieś odejść, ale Marco mu nie pozwolił.
- Bozia dała tyłek, to siedź na nim - powiedział. 
- Na szczęście Bozia dała też mi nogi - powiedział Mario. - I co, zatkało? 
Marco i Mats tylko się roześmiali. Mario się od nich odwrócił. 
- Ej no! - Marco złapał Mario za ramiona i zaczął nim delikatnie potrząsać. - Chyba się nie obraziłeś?!
- On tak lubi - powiedział Mats - lubi udawać obrażonego.
Mario się nie odezwał ani słowem. 
- Ej no... - zachichotał Marco i usiadł obok Mario. 
- Gdzie tego ślimaka rzuciłeś? - zapytał Mats i zaczął się rozglądać wokół. Wypatrzył ten mały organizm, który wzbudził takie przerażenie u Mario, wziął go do ręki i przejechał nim przed twarzą Mario. Ten aż się wzdrygnął i pisnął. 
- Na litość boską, Mats, zaraz cię chyba zabiję! - krzyknął. 
- Wredni jesteście - powiedziałam do Matsa i Marco. - Zawału zaraz dostanie chłopak! 
- Widzisz? - zwrócił się do mnie Mario - cierpię na ślimakofobię, a oni...
- Już nie denerwuj się - powiedział Marco, poklepał przyjaciela po plecach - już nie będziemy! Mats, wyrzuć gdzieś daleko tego ślimaka!
Mats usłuchał Marco, usiadł obok chłopaków na ławce.
- Dobra, koniec już tych żarcików - powiedział Mats. 
- Ale Mario... skąd u ciebie się wzięła ta ślimakofobia? - zapytałam. 
- Od dziecka przerażają mnie te obrzydlistwa - powiedział Mario. - Po prostu się ich boję i brzydzę. 
- Za to pająka potrafi normalnie wziąć na ręce - powiedział Mats. 
- Pająków się nie boję - przyznał Mario.
- Fuj! Nie mówcie mi nic o pająkach - wzdrygnęłam się. 
Miło było tak z nimi pożartować, pogadać, ale jeżeli Mario miał ślimakofobię, to nie powinni go straszyć tymi zwierzątkami, nawet jeżeli to miałby być tylko żart. 
Co do mnie, naprawdę nienawidzę pająków. Zawsze wywoływały u mnie strach. Chyba mam arachnofobię. 
Poczułam chęć na krótki spacerek. Wprawdzie już dziś trochę sobie połaziłam, ale znów miałam ochotę. 
- Wybiorę się na krótką przechadzkę - obwieściłam.
- Ja tam się nie przyłączę, bo nie mam siły - ziewnął Marco - wybacz, złotko. 
Dla Mario i Matsa również nie chciało się tyłka podnieść. Zatem postanowiłam iść sama. 
- Okej, to ja idę - powiedziałam.
- To idź - powiedział Mario - z Bogiem! 











*** 











Szłam sobie powolnym krokiem, rozmyślając o wszystkim, pilnowałam się jednak, żeby za daleko się nie zapuścić. 
Miałam wielką nadzieję, że już nic złego się nie wydarzy i że te wakacje na Mazurach upłyną w dobrej atmosferze. 
Nagle zauważyłam trzech młodych kolesi popijających piwo na ławeczce. Oni również zapewne przyjechali tu na camping.
- Ej, mała! - zawołał do mnie jeden z nich. 
- Bujaj się - odparłam i poszłam przyśpieszonym krokiem dalej. 
Zapomniałam prędko o tym incydencie. Jednak po pewnym czasie uznałam, że już pora wracać i ruszyłam w drogę powrotną. 
Szłam całkiem wyluzowana, gdy znów przechodziłam obok tej trójki kolesi. Nikogo więcej nie było w pobliżu. Oni błyskawicznie do mnie podbiegli, jeden z nich bezczelnie chwycił mnie za pierś...
- Ej! Co to ma być - zawołałam. - Zostawcie mnie!
Musieli być nieźle pijani, czułam od nich zapach alkoholu, papierosów także. 
- Niezła jesteś - powiedział jeden - chodź do nas!
- Puśćcie mnie! - krzyknęłam.
- Chodź, kicia, nie bądź uparta - zaśmiał się jeden z nich. Chciałam zacząć krzyczeć, wzywać pomocy, ale on ręką zakneblował mi usta. Pozostali dwaj zaczęli mnie ciągnąć w kierunku ich namiotu. Już zrozumiałam, co oni chcą mi zrobić. 
Z moich oczu zaczął płynąć strumień łez...
- Nie płacz, wiemy, że też tego chcesz - wyszeptał przepitym głosem jeden z nich, w jego głosie wyraźnie było słychać niemałe podniecenie...
Nagle zauważyliśmy wszyscy jakąś parę zmierzającą tutaj. Kolesie chyba się przestraszyli na ten widok i mnie puścili, ale nie byli z tego zadowoleni. 
Zapłakana biegiem ruszyłam przed siebie. Wszyscy już chyba siedzieli w namiotach, nikogo na zewnątrz nie było. 
Co by się stało, jakby ci ludzie akurat nie przechodzili tą trasą?! Ci pijani kolesie byli naprawdę niebezpieczni... 
Marco nie było w naszym namiocie, zapewne siedział z chłopakami. 











*** 










Jeszcze miałam zaczerwienione i załzawione oczy, gdy do namiotu wszedł Marco. 
- Co się stało, Lidia? - zapytał.
- Coś mi wpadło do oczu - skłamałam - więc nic takiego.
- Akurat - powiedział. - Powiedz, o co chodzi! 
Nie bardzo miałam ochotę opowiadać o zaistniałej sytuacji. Chciałam o tym jak najszybciej zapomnieć. 
- Naprawdę, nic - powiedziałam drżącym głosem.
- Nie potrafisz kłamać - uśmiechnął się lekko mój ukochany. 
Z moich oczu spłynęły jeszcze po policzkach dwie łzy. Marco od razu to zauważył i drążył temat.
- Kochanie, naprawdę...
- Okej, powiem Ci - westchnęłam. 
Opowiedziałam mu o całym incydencie, chciał znać prawdę, to poznał. 
- Żebym ich tak dorwał... - syknął wściekły, gdy mu wszystko opowiedziałam.
- Sam jeden nie dałbyś im rady - stwierdziłam - sam na trzech?!
- Wziąłbym Mario i Matsa, siły byłyby równe - odparł.
- No chyba że tak - powiedziałam. 
- Już nie płacz - powiedział cicho Marco, podał mi chusteczkę. 
Gdy już zrobiłam z sobą porządek, przytuliłam się do blondyna, który delikatnie głaskał moje plecy. 
- Nie puszczę Cię więcej samej - odezwał się.
- Chyba nie będziesz na łańcuchu mnie trzymał? - zażartowałam, chcąc rozładować nieco atmosferę.
- Jak będzie trzeba... - zachichotał. - Nie no, żartuję kochanie... 
Siedziałam na kolanach Marco wtulona w jego tors, niewiele rozmawialiśmy. Wystarczyło, że jesteśmy blisko siebie. 
Gdy nastała ciemność, Marco zaproponował, żebyśmy wyszli popatrzeć na gwiazdy. 
Niebo było bardzo przejrzyste tej nocy, na niebie świeciły miliardy gwiazd. Panowała cisza, słychać było tylko świerszcze. 
Siedzieliśmy tak na trawie, próbując wypatrzeć jakiś gwiazdozbiór, gdy nagle Marco znienacka przyciągnął mnie do siebie i mocno pocałował. 











__________________________ 








Wątpię, żeby kogoś specjalnie zachwycił ten rozdział. Nie popisałam się znowu. 
Wydaje mi się, że ostatnio coraz gorzej piszę. Nie wiem, czy to przez przemęczenie, czy co jeszcze. Ostatnio trochę jest na głowie -.- 
Niech te wakacje już nadejdą, bo nie wyrabiam. 

Kto przeczytał, niech zostawi komentarz. Bardzo o to proszę! 

Pozdrawiam :> 











wtorek, 4 czerwca 2013

Rozdział 26.

- Kryć się! - zawołała Weronika. - Do piwnicy wszyscy, biegiem!
Wszyscy rzuciliśmy się do drzwi, wybuchła panika. Prędko pobiegliśmy do naszego schronu. Byłam przerażona. Nigdy nie wiadomo, co może wyrządzić tornado. 

- Niech przejdzie kantem - pomyślałam zlękniona. 
Jednak było słychać coraz bardziej potężny wir wiatru. Wszyscy zebrani w piwnicy mieli grobowe miny, w oczach Julki zauważyłam łzy, natomiast pani Halina miała ręce złożone jak do modlitwy, cicho poruszała ustami, może się modliła?
Robert przytulał do siebie Anię, Kuba i Agata również przylgnęli do siebie, Łukasz i Ewa wzięli z nich przykład. 

Marco przyciągnął mnie do siebie, szepcząc, że wszystko będzie dobrze. Mario wczepił się w Matsa. 
Dźwięk szalejącego żywiołu był coraz głośniejszy. 
- Marco, boję się... - wyszeptałam cichutko. 
- Jestem przy Tobie - odpowiedział równie cichym tonem - wszystko będzie dobrze, zobaczysz! 
Nagle usłyszeliśmy, jak żywioł odrywa dach. Zamarłam z przerażenia, cholernie się bałam, że zaraz cały dom zmieni się w kupę gruzu. 
Co najmniej jeszcze pół godziny siedzieliśmy w piwnicy, napełnieni grozą, aż w końcu się wszystko uciszyło i odważyliśmy się wyjść na górę. 
Tak, dach został cały oderwany, można było oglądać niebo. Meble porozrzucane, ale ściany na szczęście stały, jak stały. Ale budynki gospodarcze, obora, stodoła - wszystko to zniszczyło tornado. Tragedia. 
- I tak było dużo szczęścia - stwierdził Kuba - tylko dach oderwało! A cały dom mógł ulec zniszczeniu! 
- A co z budynkami gospodarczymi? - odezwała się Halina - wszystko rozwalone! Boże... 
- A krowy są? - zapytała Julia.
- Cholera! Nigdzie ich nie widać - powiedziała zrozpaczona Weronika - pewnie pouciekały, albo je ta trąba... wciągnęła - powiedziała łamiącym się głosem. 
- Ha, możliwe... - westchnął Robert - chyba przywiązane nie były? 
- A skąd - powiedziała Weronika. 
Nasz minibus leżał przewrócony, szyby naturalnie były wybite. Gdzieniegdzie były wgniecenia. 
- Cholera! Czy on teraz będzie jeździł? - jęknęła Ewa.
- Nie mam pojęcia - wymamrotał Łukasz - tu trzeba wezwać pomoc. Musimy czymś przecież do Niemiec wrócić! 









*** 









Mieliśmy naprawdę mnóstwo szczęścia, zwłaszcza Weronika i jej rodzina. Godzinę później do wioski ściągnęły służby ratownicze, my wyciągnęliśmy nasze manatki z naszego schronu, i siedzieliśmy na zewnątrz. Zastanawialiśmy się, co robić dalej. Nasz minibus wzięli na lawetę i powieźli do naprawy. 
Inne domy w tej wsi były naprawdę w opłakanym stanie. Jeden z nich, w ogóle był wywrócony do góry nogami. Nas trochę jednak ta trąba powietrzna ominęła. 
Mimo, że już było po wszystkim, dalej trzęsły mi się nogi. Próbowałam nieco też pocieszać podłamaną Julkę. 
Siedziałam pogrążona w myślach, gdy nagle z tego zamyślenia wyrwał mnie donośny głos Łukasza.
- Słuchajcie, kochani - odezwał się - idziemy zobaczyć, czy nasza chatka przetrwała.
- Na piechotę? - zapytał Robert.
- A mamy inne wyjście? - westchnął Łukasz. - Chodźcie, bo w końcu się ściemni. A nie możemy tutaj przecież cały czas koczować. 
Rodzina, która pozwoliła nam się u nich schronić, pozwoliła nam zostawić nasze rzeczy, a my ruszyliśmy do naszej chaty. 
Ale gdy już tam dotarliśmy, stwierdziliśmy, że rozsypała się jak domek z kart. Wyglądało to makabrycznie. 
- I gdzie teraz będziemy mieszkać? - westchnęła Agata.
- Nie mam pojęcia - westchnął smutno Kuba. - Tutaj było tak wspaniale, a teraz... 
- Nie łamcie się - próbował pocieszać wszystkich Łukasz - z tego, co mi wiadomo, tu niedaleko jest camping, można wypożyczyć namioty, nawet za niską cenę. Chyba macie ocalone pieniądze? 
- Tak - westchnęła Ewa. - Całe szczęście. Łukasz, co my byśmy bez Ciebie zrobili... 
- Oj tam - Łukasz machnął ręką - wracajmy lepiej. 
Wracaliśmy zatem po nasze bagaże, a potem, mieliśmy zdać się na Łukasza, który wiedział mniej więcej, co i jak. Dotarliśmy na miejsce, na podwórku kręciły się jeszcze służby ratownicze, a Weronika podeszła do nas. 
- Co planujecie teraz uczynić? - zapytała. - Jak wasza chatka? 
- Cała runęła - powiedział Kuba - Łukasz mówił, że tu niedaleko jest camping. Będziemy teraz spali w namiotach. 
- Będziemy się powoli zbierać - pokiwał głową Łukasz. - Dziękujemy za schronienie, naprawdę, ocaleni dzięki temu jesteśmy. 
- Nie ma za co - powiedziała Weronika, uścisnęła nasze ręce. - Naprawdę, to nie był żaden problem. 
Po jeszcze kilku minutach rozmowy, obładowani ruszyliśmy w drogę. Niestety, nie było czym podjechać. Minibus do naprawy przecież podjechał...
Więc trochę nam ta droga zajęła. Gdy już dotarliśmy, na szczęście za bardzo nie błądziliśmy, odetchnęłam z wielką ulgą. Wreszcie będą mogły moje biedne nogi nieco odetchnąć. 












*** 









Wypożyczyliśmy 5 namiotów. W każdym jedna para. Mario musiał swój dzielić z Matsem. Ciekawe, jakby to Cathy skomentowała? 
Weszłam do namiotu, który miałam dzielić z Marco, i położyłam się zmęczona. Analizowałam w myślach wszystko, co się wydarzyło tego dnia. A zdarzyło się bardzo dużo. 
Wpatrywałam się pustym wzrokiem w górę, gdy do namiotu wszedł blondyn. Uniosłam głowę, on spojrzał na mnie czułym wzrokiem.
- Lidia, skarbie... - odezwał się czułym głosem - widzisz, już po wszystkim, już możesz leżeć spokojnie i wypoczywać! 
- Nie masz pojęcia, jak się bałam - powiedziałam - i tak współczuję tym biednym ludziom! Naprawdę, ja... 
- Też mi przykro, że ich coś takiego spotkało - przyznał. - Nogi mnie trochę bolą, trochę połaziliśmy sobie. 
- A co reszta porabia? - zapytałam.
- Kuba i Agata siedzą w namiocie, Ewa i Ania gdzieś poszły, a Robert, Łukasz, Mats i Mario siedzą na ławce i rozmawiają - obwieścił.
- A ty w tej rozmowie nie uczestniczysz? - zapytałam.
- Wolałbym trochę czasu z Tobą spędzić... - powiedział i przytulił się mocno do mnie. 
- Super - powiedziałam - mam nadzieję, że teraz pogoda już będzie dopisywać. 
- Możliwe - powiedział Marco - pomyśl, można by było wychodzić w nocy na zewnątrz i podziwiać gwiazdy na niebie! 
- Jaki Ty romantyczny... - stwierdziłam rozmarzona. 
- Staram się jak mogę - powiedział i złożył pocałunek na moich wargach. 
- Oby już nic złego się nie wydarzyło - powiedziałam.
- Oby! - przyznał zdecydowanym tonem. 
- Hej, Wy tam - usłyszeliśmy nagle głos Ani. - Chcecie po hamburgerze? Bierzcie, póki ciepłe, dopiero co przyniosłyśmy! 
- Chętnie - odparł Marco, otworzył namiot i Ania dała nam po dużym, smakowicie wyglądającym hamburgerze. Z apetytem zaczęliśmy jeść, bo nic w ogóle jeszcze nie konsumowaliśmy tego stresującego dnia. 









______________________ 




Uff! Napisałam. Nie wiem kiedy następny, bo mam troszkę na głowie - poprawianie ocen, do tego przygotowania do bierzmowania. Nie mogę się doczekać weekendu. Czekam z utęsknieniem. 
Ten rozdział to takie trochę masło maślane - postaram się, żeby następny był ciekawszy. 

Kto przeczytał, niech zostawi komentarz, bardzo o to proszę. Z góry dziękuję <3. 

Pozdrawiam, Sylwia ;*