- Lidzia! - zawołała - weź mnie na rączki!
Uśmiechnęłam się lekko do niej, ale Lucyna stanowczo nie pozwoliła mi wziąć jej na ręce.
- Zapomnij - powiedziała chłodno.
- O co chodzi? Dlaczego Wy... - zaczęłam, ale Elżbieta mi przerwała.
- Twój ojciec wszystko nam opowiedział - powiedziała surowo.
- Co?! Głupot wam pewnie naopowiadał - powiedziałam zdenerwowana.
Przypomniało mi się przypadkowe spotkanie z ojcem w Berlinie. No tak...
- Uciekłaś z domu - powiedziała Wiktoria - złamałaś serce ojcu, byłaś jego oczkiem w głowie, a Ty tak mu się odwdzięczyłaś?! Życie dla Ciebie poświęcił, żebyś na ludzi wyszła!
Cała rodzina myślała, że mój ojciec jest niesamowicie porządnym człowiekiem, on potrafił być świetnym aktorem. Ale gdy nikt nie widział... na samo wspomnienie łzy mi napływały do oczu.
- Jak widzieliśmy, już sobie znalazłaś jakiegoś gacha - powiedziała wyraźnie oburzona Lucyna - zaraz zapewne zajdziesz w ciążę, a może już jesteś?
- Po niej to wszystkiego się można spodziewać - stwierdziła Elżbieta.
- To nie jest tak! Nie słuchajcie mojego ojca - zaprotestowałam - wszystko, co on Wam naopowiadał, to stek kłamstw! Prawda jest taka, że...
- Dosyć! Wiemy wszystko - powiedziała Wiktoria - twój ojciec jest porządnym, dobrym człowiekiem.
- Właściwie, nie nazywaj go już swoim ojcem - powiedziała Elżbieta - to, co zrobiłaś, jest niewybaczalne! Zepsułaś mu opinię, pokryłaś hańbą rodzinę Millerów.
- Czyżby wyparł się mnie? - zapytałam.
- Nie masz już czego szukać w Polsce - stwierdziła Lucyna - wszyscy w naszej rodzinie są zgodni, że postąpiłaś haniebnie.
- Ucieczki zdarzają się tylko w patologicznych rodzinach, my zawsze byliśmy szanowani, a teraz? Na pewno nas obgadują na każdym kroku - powiedziała Wiktoria.
- Nie należysz już do Millerów - powiedziała Elżbieta - panno puszczalska!
- Wypraszam sobie! - zdenerwowałam się - a ojciec wcale nie jest taki porządny, jak myślicie! To tyran domowy!
A Norbert miał słuchawki na uszach i chyba niczego nie słyszał. Siedział, gapiąc się tępo w ziemię.
- Tyran domowy?! Ty jesteś chora psychicznie, moja droga - powiedziała lodowato Lucyna - czy Ty wiesz, jak on się czuł po Twojej ucieczce?!
- Wiecie co? Mam to gdzieś! Was też! Taka z Was rodzina - powiedziałam łamiącym się głosem. - Nie potrzebuję Was i tych waszych zakłamanych wartości! Poradzę sobie!
Odbiegłam od nich, na odchodne usłyszałam jeszcze, że jestem po prostu bezczelna.
Prawie zaczęłam płakać. Wyciągnęłam zatem z torby okulary przeciwsłoneczne, żeby nie było widać zaczerwienionych oczu. Zauważyłam nagle niedaleko Ewę obserwującą całą sytuację. Łukasza i Marco nie było, pewnie gdzieś razem poszli.
***
- Na litość boską! Lidia? Co oni już Ci nagadali? - zaczęła pytać mnie zaniepokojona Ewa. - Była tam Wiktoria, prawda?
- Prawda - powiedziałam ze smutkiem. Wiktoria, siostra mojej zmarłej matki. Zazwyczaj miałyśmy niezłe relacje, a teraz... odwróciła się ode mnie, podobnie jak cała rodzina, ojciec wszystkich nastawił przeciwko mnie. Znienawidziłam go za to jeszcze bardziej.
- Oni wszyscy się mnie wyparli, cała rodzina - powiedziałam - ojciec im już nagadał głupot! Oni w to święcie wierzą! Powiedzieli, że zhańbiłam całą rodzinę Millerów ucieczką. Nie dali mi nawet dojść do słowa, żeby...
- No nie wierzę! To po prostu absurd - powiedziała zdenerwowana Ewa - Wiktoria też? Przecież jest siostrą twojej świętej pamięci matki Urszuli!
- Tak, ona też - powiedziałam, teraz po policzkach spod okularów spłynęły dwie wielkie łzy. - Nie należę już do nich.
- Czekaj no - powiedziała wkurzona Ewa, zauważyłam, że podchodzi do Wiktorii. Ja otarłam szybko łzy, i również nieśmiało podeszłam do towarzystwa.
- Nie spodziewałabym się po tobie - powiedziała Ewa do Wiktorii. - Jak Ci nie wstyd?!
- O, obrończyni się znalazła - zakpiła sobie Wiktoria. - Ewunia! Ewa Piszczek we własnej osobie!
- Niby taka ważna jest dla Was rodzina, a Lidii się wyparliście - powiedziała Ewa - miała słuszny powód, by uciec! Gdyby nie to, mogłaby nawet umrzeć!
Nigdy nie mówiłam o swojej straszliwej sytuacji w domu, zawsze się bałam ojca. Jednak Ewa uważała, że nie wolno milczeć, należy krzyczeć.
- Ojciec katował ją, bił za byle co! Wielokrotnie przybiegała do mnie, widziałam świeże siniaki na jej ciele - powiedziała Ewa - niech się Mariusz cieszy, że Lidia na niego nie doniosła na policji, chociaż powinna! Zastraszał ją też cały czas, że...
- Jak Ty kobieto śmiesz tak mówić o Mariuszu? - syknęła Lucyna - mój kuzyn jest porządnym obywatelem! Nie chcę już więcej nic słyszeć!
- To, co mówi Ewa, to prawda - powiedziałam.
- Przestań dziecko kłamać - powiedziała lodowato Wiktoria - to, że nie pozwalał ci na wszystko, nie oznacza, że jest tyranem.
- Nie dość, że na nic nie pozwalał, to jeszcze tłukł i niszczył psychicznie - powiedziała Ewa.
- Nie wierzymy w ani jedno twoje słowo, w ogóle, kim ty jesteś? - odezwała się Elżbieta.
- Przyjaciółeczka Lidii - powiedziała Wiktoria - pewnie to po części jej wina, ta ucieczka!
To był koszmar, słuchać takich słów z ust Wiktorii. Moje imię wymawiała z taką pogardą. Ojciec musiał im zrobić prawdziwe pranie mózgów.
- Skoro nie chcecie mnie więcej widzieć ani znać, to okej. Nie potrzebuję takiej pseudorodziny. Pierdolcie się - dodałam cicho. Czułam, jak morze łez zaczyna spływać po moich policzkach. Ewa objęła mnie ramieniem i odeszłyśmy, zauważyłam, że czekają na nas Marco i Łukasz. Czyżby widzieli całą sytuację?
***
Gdy wracaliśmy do domu, Ewa o czymś opowiadała Łukaszowi szeptem, może chodziło o moją "szanowną" rodzinę? Nie wnikałam.
Szłam obok Marco, który wyglądał na zaniepokojonego.
- Lidia, czy coś się stało? Wyglądasz na smutną - powiedział.
- Oj tam, nic. Wydaje Ci się - stwierdziłam.
Udawanie, że wszystko jest w porządku, nie było dla mnie nowością. W końcu całe dzieciństwo musiałam robić zawsze dobrą minę do złej gry.
- Skarbie, może jednak się wyżalisz? Coś Cię trapi, widzę to - powiedział - postarałbym się pomóc, jakbym tylko wiedział o co chodzi...
- Nic mnie nie trapi - wycedziłam. - Zmieńmy temat, dobrze?
- Wiesz, że możesz na mnie liczyć w każdej sytuacji - powiedział.
- Bardzo mnie to cieszy - zdobyłam się przy tych słowach na lekki uśmiech do blondyna.
Cały czas miałam na nosie okulary przeciwsłoneczne, które zakrywały moje zapłakane oczy. Taki bajeczny dzień, a od momentu tragicznego spotkania z krewnymi jego urok prysł jak bańka mydlana.
Ojciec jednak dotrzymał słowa - zrobił wszystko, by rodzina się ode mnie odwróciła. To było niesamowicie bolesne, gdy usłyszałam od nich te gorzkie słowa, a zwłaszcza od ciotki Wiktorii, z którą miałam dobry kontakt. Wprawdzie nigdy jej nie mówiłam o ciężkiej sytuacji w domu, ale zawsze była miła, sympatyczna.
- Tak potraktować swoją siostrzenicę - pomyślałam zrozpaczona - na pewno cała reszta też już mnie nie chce znać, chociaż nie rozumiem, dlaczego. Co ja takiego złego uczyniłam?!
Cały mój dobry nastrój uległ już zniszczeniu, wróciły do mnie bolesne wspomnienia.
- Obcy ludzie są już lepsi od rodziny - pomyślałam zdruzgotana - a rodzinka to tylko dobrze na zdjęciu wygląda!
Gdy pomyślałam o tym, mało co znów nie wpadłam w głośny szloch. Jednak udało mi się upilnować. Marco popatrzył na mnie przez chwilę i wziął mnie za rękę. Nie protestowałam.
Gdy doszliśmy do domu, naturalnie nasi towarzysze byli ciekawi, jak nam się jeździło. Ja nie miałam ochoty rozmawiać, zostawiłam wszystkich i poszłam do pokoju.
Poczułam wielką wściekłość na ojca. To wszystko była jego wina. Zaczęłam się zastanawiać, czy on serio nie ma jakiejś choroby psychicznej. Wszystko możliwe. Ale oczywiście, cała rodzina traktowała go jak króla, a on świetnie grał porządnego człowieka.
Poczułam, że mam chęć mu wszystko wygarnąć. Chociażby przez telefon. Ta mieszanina złości i rozpaczy powodowała, że czułam, iż zaraz wybuchnę.
Ale nie mogłam do ojca zadzwonić z mojego numeru. Mógłby w ogóle nie odebrać. Postanowiłam zatem pożyczyć telefon od Ewy. Wytarłam więc oczy, wyglądałam już przyzwoiciej, i zeszłam na dół.
- Ewa, mogłabyś mi pożyczyć komórkę? Chcę zadzwonić, a sama malutko mam na koncie - powiedziałam.
- Oczywiście, kochanie - powiedziała Ewa i podała mi swój telefon.
- Dzięki - powiedziałam i poszłam na górę.
Wystukałam na komórce Ewki numer, po czym wcisnęłam zieloną słuchawkę. Myślałam, o czym najpierw powiedzieć...
- Słucham? - usłyszałam chłodny głos mojego ojca. Aż zadrżałam.
- Ty potworze, ty debilu skończony! - wyrwało mi się. Tego nie planowałam mówić, ale mi się w złości wyrwało. - Całą rodzinę zbuntowałeś przeciwko mnie! I co, cieszysz się? Lepiej Ci?!
- Ty mała suczko, jeszcze masz czelność dzwonić?! - usłyszałam krzyk - powiedziałem im tylko prawdę o Tobie! Wiktoria dopiero co dzwoniła, że widziała Cię z jakimś kolesiem, i że jesteś na Mazurach. A o twojej ucieczce już chyba wszyscy moi znajomi wiedzą! Zszargałaś mi kompletnie opinię!
- No i dobrze - syknęłam - a niech się wszyscy dowiedzą, jakim sukinsynem jesteś! Zniszczyłeś mi dzieciństwo i dorosłe życie też chciałeś mi ustawić po swojemu! Nienawidzę Cię!
Przez całą tę rozmowę płakałam.
- Zamknij się! - krzyknął - och, jakbym Cię teraz spotkał, to dopiero byś miała powody do płaczu! Nie nazywaj się już moją córką, jasne?!
- Bardzo chętnie - krzyknęłam - nie chcę Cię znać!
Po tych słowach się rozłączyłam, już nie byłam w stanie dalej z nim rozmawiać. Nieco mu wygarnęłam, trochę mi przez to ulżyło... Ale po chwili znów zaniosłam się szlochem. Nie byłam pewna do końca, czy dobrze zrobiłam, dzwoniąc do tego... sukinsyna.
- Bardzo mnie to cieszy - zdobyłam się przy tych słowach na lekki uśmiech do blondyna.
Cały czas miałam na nosie okulary przeciwsłoneczne, które zakrywały moje zapłakane oczy. Taki bajeczny dzień, a od momentu tragicznego spotkania z krewnymi jego urok prysł jak bańka mydlana.
Ojciec jednak dotrzymał słowa - zrobił wszystko, by rodzina się ode mnie odwróciła. To było niesamowicie bolesne, gdy usłyszałam od nich te gorzkie słowa, a zwłaszcza od ciotki Wiktorii, z którą miałam dobry kontakt. Wprawdzie nigdy jej nie mówiłam o ciężkiej sytuacji w domu, ale zawsze była miła, sympatyczna.
- Tak potraktować swoją siostrzenicę - pomyślałam zrozpaczona - na pewno cała reszta też już mnie nie chce znać, chociaż nie rozumiem, dlaczego. Co ja takiego złego uczyniłam?!
Cały mój dobry nastrój uległ już zniszczeniu, wróciły do mnie bolesne wspomnienia.
- Obcy ludzie są już lepsi od rodziny - pomyślałam zdruzgotana - a rodzinka to tylko dobrze na zdjęciu wygląda!
Gdy pomyślałam o tym, mało co znów nie wpadłam w głośny szloch. Jednak udało mi się upilnować. Marco popatrzył na mnie przez chwilę i wziął mnie za rękę. Nie protestowałam.
Gdy doszliśmy do domu, naturalnie nasi towarzysze byli ciekawi, jak nam się jeździło. Ja nie miałam ochoty rozmawiać, zostawiłam wszystkich i poszłam do pokoju.
Poczułam wielką wściekłość na ojca. To wszystko była jego wina. Zaczęłam się zastanawiać, czy on serio nie ma jakiejś choroby psychicznej. Wszystko możliwe. Ale oczywiście, cała rodzina traktowała go jak króla, a on świetnie grał porządnego człowieka.
Poczułam, że mam chęć mu wszystko wygarnąć. Chociażby przez telefon. Ta mieszanina złości i rozpaczy powodowała, że czułam, iż zaraz wybuchnę.
Ale nie mogłam do ojca zadzwonić z mojego numeru. Mógłby w ogóle nie odebrać. Postanowiłam zatem pożyczyć telefon od Ewy. Wytarłam więc oczy, wyglądałam już przyzwoiciej, i zeszłam na dół.
- Ewa, mogłabyś mi pożyczyć komórkę? Chcę zadzwonić, a sama malutko mam na koncie - powiedziałam.
- Oczywiście, kochanie - powiedziała Ewa i podała mi swój telefon.
- Dzięki - powiedziałam i poszłam na górę.
Wystukałam na komórce Ewki numer, po czym wcisnęłam zieloną słuchawkę. Myślałam, o czym najpierw powiedzieć...
- Słucham? - usłyszałam chłodny głos mojego ojca. Aż zadrżałam.
- Ty potworze, ty debilu skończony! - wyrwało mi się. Tego nie planowałam mówić, ale mi się w złości wyrwało. - Całą rodzinę zbuntowałeś przeciwko mnie! I co, cieszysz się? Lepiej Ci?!
- Ty mała suczko, jeszcze masz czelność dzwonić?! - usłyszałam krzyk - powiedziałem im tylko prawdę o Tobie! Wiktoria dopiero co dzwoniła, że widziała Cię z jakimś kolesiem, i że jesteś na Mazurach. A o twojej ucieczce już chyba wszyscy moi znajomi wiedzą! Zszargałaś mi kompletnie opinię!
- No i dobrze - syknęłam - a niech się wszyscy dowiedzą, jakim sukinsynem jesteś! Zniszczyłeś mi dzieciństwo i dorosłe życie też chciałeś mi ustawić po swojemu! Nienawidzę Cię!
Przez całą tę rozmowę płakałam.
- Zamknij się! - krzyknął - och, jakbym Cię teraz spotkał, to dopiero byś miała powody do płaczu! Nie nazywaj się już moją córką, jasne?!
- Bardzo chętnie - krzyknęłam - nie chcę Cię znać!
Po tych słowach się rozłączyłam, już nie byłam w stanie dalej z nim rozmawiać. Nieco mu wygarnęłam, trochę mi przez to ulżyło... Ale po chwili znów zaniosłam się szlochem. Nie byłam pewna do końca, czy dobrze zrobiłam, dzwoniąc do tego... sukinsyna.
***
Leżałam z twarzą wtuloną w poduszkę. Czułam, że przeszłość zawsze będzie się za mną ciągnąć, i może naprawdę wiele lat upłynąć, zanim te piekło naprawdę będzie już za mną, a może nawet do śmierci będę odczuwała bolesne lata młodości.
Nie miałam ochoty z nikim teraz rozmawiać. Na szczęście, wszyscy przesiadywali na dole.
Niebo się zachmurzyło. Zauważyłam, że pewnie będzie padać. Gdy tak leżałam zdołowana, do pokoju ktoś wszedł. Nie podniosłam głowy z poduszki, nie chciałam nikomu ukazywać swojego zapłakanego oblicza.
- Lidia, skarbie... - usłyszałam głos Marco. - Co się stało? Czemu tu tak sama siedzisz? Ty płaczesz?
Poczułam jego dłonie, jak głaszczą moje włosy. Jednak nie miałam ochoty na gadki.
- Marco, nie mam chęci teraz rozmawiać. Może później - odezwałam się.
- Widzę, że coś Cię dręczy - powiedział - mi możesz mówić o wszystkim. Postarałbym się Ci pomóc, ale nie wiem, jak, skoro...
- Na litość boską, nie naciskaj - zdenerwowałam się.
- Przepraszam - powiedział - ale wiesz, kochanie, ja...
- Jak mówię, że nie chcę gadać, to nie, rozumiesz?! - wściekłam się i wybiegłam z pokoju, a potem na dwór. Na szczęście, wszyscy się pochowali w pokojach, nikt tego nie widział. I akurat trafiłam na deszcz, właśnie zaczęło padać. Ale mnie to nie obchodziło, biegłam przed siebie.
Nie wiedziałam, czy powiedzieć Marco o swojej tragicznej przeszłości. To było dla mnie straszliwie trudnym tematem do rozmowy...
Biegłam w tym deszczu, gdy nagle usłyszałam wołanie Marco. Odwróciłam się i zobaczyłam go biegnącego za mną.
- Lidia! Poczekaj! - zawołał.
_________________________________
Taki trochę smutniejszy, no ale cóż, nie może być cały czas różowo :>
Mam nadzieję, że przypadł Wam do gustu!
Czytasz = komentujesz! Pamiętaj o tym! :>
Pozdrawiam ;*