sobota, 14 września 2013

Informacja.

Moje drogie czytelniczki, 
Został wznowiony blog, który prowadzę razem z Andżeliką :) 

http://two-different-worlds-story.blogspot.com/ 

Czytajcie, obserwujcie i komentujcie. :) 

Buziaki! :*** Sylwia 

wtorek, 10 września 2013

Rozdział 63.

*oczami Marco*



No proszę! Arjen udawał niewiniątko. Jednak ja spojrzałem mu w oczy, od razu wyczułem fałsz w tym człowieku. Mario nie okłamałby mnie. Jeżeli powiedział, że Arjen go szykanował, musiało tak być!
- Nie udawaj durnia – odparłem. – Przez Twoje i reszty docinki teraz Mario leży pod respiratorem! On może tego nie przeżyć, zdajesz sobie z tego sprawę, człowieku?! On może umrzeć! – gdy to powiedziałem, aż głos mi się złamał.
- Jesteś taki sam jak on – Arjen się nagle bezczelnie roześmiał. – Chciał się powiesić, bo to zwykły mięczak. Nijak nie pasuje do naszej drużyny. Boi się krytyki i w ogóle wszystkiego. Chyba nie musieliśmy go uwielbiać, co?! Może Wy wszyscy mu buty lizaliście, ale my tacy nie jesteśmy! Bayern to nie Borussia! 
- Sam jesteś mięczak! - odparowałem - nie masz prawa tak o nim mówić! Może i nie musieliście go uwielbiać, ale szanować owszem, a nie cały czas się nabijać i szykanować! 
- Czasem sobie zażartowaliśmy, a Ty... 
- To nie były żadne żarty - przerwałem mu. - Mario potrafiłby rozróżnić żart od złośliwości. On nie jest głupi.
- Przedyskutowałbym to - Robben parsknął śmiechem. 
- I wszystko jasne! - odparłem. 
- Ciekawe co?! Nie masz na mnie żadnych dowodów, więc się zamknij, bo Ci zaraz poprzestawiam tę uroczą buźkę! I nie będę płakał nad tym debilem którego nazywasz swoim przyjacielem od serca! 
- Jedyna osoba, która jest debilem, to właśnie Ty! Widzisz?! Jakbyś miał czyste sumienie, to byś się tak nie denerwował! - odparowałem. 
- Ty szmaciarzu - Robben nagle... zaczął mnie szarpać. Oczywiście nie spękałem i zacząłem się bronić. 
Nagle... poczułem, jak moje ciało wita się z podłogą. Cud, że sobie głowy nie roztrzaskałem o umywalkę. W tej samej chwili do łazienki wbiegła pielęgniarka. 
- Co tu się dzieje?! Co to za hałas?!
- On rzucił się na mnie - powiedziałem, wstając. 
- Wcale że nie - odparł Robben. - Nic nie zrobiłem!
- Uspokoją się panowie albo wezwę ochronę - powiedziała pielęgniarka. - Panie Reus, nic panu nie jest? 
- Na szczęście nic - odparłem. 
Pielęgniarka wyszła, Robben spojrzał na mnie lodowatym wzrokiem. Ten koleś jest serio chory psychicznie. On także nie potrafi panować nad swoimi emocjami. To, iż rzucił się na mnie, oznaczało jedno - Mario mówił prawdę. 
Trzeba przyznać, że Robben naprawdę jest napakowany. Zdarzało się, że ja i Mario pakowaliśmy, ale na pewno żaden z nas nie miał takich mięśni. 
- Nic mi nie zrobisz - powiedział na odchodnym Robben. - Nic na mnie nie masz, ani Ty, ani Goetze. 
Nim zdążyłem odpowiedzieć, wyszedł. 
Wydało się. Zdenerwował się, gdyż bał się zdemaskowania. Czy osoba nie mająca nic na sumieniu rzucałaby się z pięściami? 
A zresztą, prawda się zawsze sama obroni. 
Wróciłem na salę, nie było już tam trenera. Natomiast byli tam piłkarze Bayernu. Czego oni mogli chcieć?! Przecież oni nie znosili Mario. Jakim teraz prawem mogli stać przy jego łóżku?! 
- A teraz usiądziemy sobie przy Mario i popłaczemy razem z Marco - powiedział Arjen. - Chłopaki, bądźmy solidarni! 
- Arjen, dorosły facet, a zachowujesz się jak zbzikowany nastolatek - powiedział Toni. - Jak Ci nie wstyd?! 
- Nie moja wina, że zachciało mu się samobójstwa - powiedział Arjen.
- Toni, czyżbyś był po stronie Marco? - zapytał Dante.
- Tak! Mario niczego złego nie zrobił, a Wy mu żyć nie dawaliście - powiedział Toni. - Najlepiej wiem, co wyprawialiście. 
- Kroos, chcesz oberwać? - zapytał Robben. 
- Ty serio jesteś niezrównoważony - powiedziałem - zostaw go w spokoju! 
- Ej, a może zrobimy małe przestawienie? - zapytał Philipp, przymierzając swoje ręce do aparatury. 
- Zostaw to! - syknąłem i odsunąłem Lahma. Co za idioci, kretyni bez mózgów! Po prostu brak słów. Dorośli faceci, a zachowują się, jak to Toni ujął, jak zbzikowani nastolatkowie. 
- Chłopaki, chodźmy na piwo - powiedział Robben. - Płacz sobie, mięczaku, płacz, a ten cieć niechże zdechnie. 
- Zamknij się! - już chciałem mu strzelić "z liścia" ale na salę weszła pielęgniarka, zobaczyć, co u Mario. 
Chłopaki wyszli, Toni został ze mną. 
- Sam widzisz, jacy oni są - powiedział cicho - Robben może serio mieć psychozę. 
- Możliwe - mruknąłem. 
- A dlaczego Mario chciał popełnić samobójstwo, wie tylko on. My możemy się tylko domyślać - powiedział smutno mój rozmówca. 
- Masz rację - odparłem. 








*** 







Toni w końcu musiał iść, ja zostałem przy łóżku Mario. W każdej chwili mógł otworzyć oczy. 
Zdradził mi, że jednak musi iść na trening. Kto chciał, mógł z rana iść wspólnie z trenerem do szpitala, a potem jednak czekały ich ćwiczenia. 
Z całego serca życzyłem Robbenowi, aby złamał sobie nogę na tym treningu. To, co opowiadał o Mario, przechodziło ludzkie pojęcie. 
On po prostu musiał maczać palce w przyczynie próby samobójczej Mario. 
"Ten cieć niechże zdechnie" - gdy Robben to powiedział, myślałem, że wyjdę z siebie. Mario na pewno go nie skrzywdził ani nie skrzywdziłby. On nie jest taki. On nie szuka zaczepki, nie miesza na siłę. 
Postanowiłem pooddychać nieco świeżym powietrzem, wybrać się na krótki spacer. Zatem opuściłem salę i skierowałem się do wyjścia, jednak oczywiście opuszczałem próg szpitala z myślą, iż jeszcze tu wrócę. 
Miałem ochotę tylko upić się z rozpaczy. Jednak jeśli bym się upił, nie wpuściliby mnie do szpitala, do Mario. 
Pod szpitalem kręcili się dziennikarze. Jedna z tych hien oczywiście podeszła do mnie i zaczęła wypytywać o stan zdrowia Mario...
- Panie Reus, czy jest już coś wiadomo na temat zdrowia Mario? - zapytał. 
- Pozostaje nieprzytomny - odparłem lakonicznie. - Nie mam teraz ochoty na rozmowy. 
- Ale to tylko kilka pytań... 
- Innym razem - odparłem i szybko skierowałem się w drugą stronę. Już się domyśliłem, o co chciałby się zapytać ten dziennikarz. Co mogło być przyczyną próby samobójstwa mojego przyjaciela, o tak. 
Nie będę o tym rozmawiał z mediami. To prywatna i zbyt intymna sprawa. 
Wyjąłem z zaparkowanego przed szpitalem auta okulary pilotki i postanowiłem nieco się przejść i ochłonąć. 








*** 







Siedziałam w swoim pokoju, znudzona i zmartwiona. Łukasz na treningu, Ewa na zakupach. Sara w przedszkolu. 
Jutro zapewne się dowiem, czy zaliczyłam test. Ale to nie to jest teraz najważniejsze. Nie mam teraz ochoty na naukę jazdy. Chciałabym być teraz przy Marco, wspierać go w tych trudnych chwilach. 
Gdy tak sobie pomyślałam o moim ukochanym, on nagle do mnie zadzwonił. Oczywiście natychmiast odebrałam.
- Cześć, kochanie - powiedziałam. 
- Hej, Lidia - usłyszałam głos mojego ukochanego. Był taki strapiony. 
- Co tam słychać? Co z Mario? - zapytałam zatroskana.
- Bez zmian - powiedział smutno Marco. - Jeszcze, jakby mi było mało, dobił mnie dziś Robben. Masz pojęcie, co on wygadywał? Wygarnąłem mu wszystko, powiedziałem mu, iż wiem, jak traktował Mario. Poszarpaliśmy się, cud, że sobie głowy nie rozbiłem. 
- Że co?! Marco, Ty uważaj na siebie i nie dopuszczaj do podobnych sytuacji - powiedziałam zszokowana. - Ten Robben to jakiś psychol! On musiał maczać palce w... 
- Na pewno - przerwał mi Marco. - Z pewnością, kochanie. Ale to wie tylko Mario... 
- Jesteś teraz przy nim? - zapytałam.
- Wyszedłem na krótki spacer - odparł mój ukochany. - Jeszcze przed szpitalem te medialne hieny mnie zaczepiły, ale im uciekłem. Nie będę upubliczniał tak intymnej sprawy. 
- Masz rację - odparłam. 
- Jak Ci test poszedł? - zapytał Marco.
- Nieźle - powiedziałam. - Pewnie jutro się dowiem, czy zaliczyłam. Ale nie to jest teraz najważniejsze. Chciałabym być teraz przy Tobie i Cię wspierać. Domyślam się, jak koszmarnie się czujesz.
- Też bym chciał, żebyś tu była - powiedział Marco. - Bo ja nie wiem, kiedy wrócę do Dortmundu...
Nie chciałam mówić Marco, że Mario może nie przeżyć, sama też nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Mario musi żyć. Przecież ma dla kogo żyć. Tu, w Dortmundzie, ma wielu dobrych znajomych, a co najważniejsze, ma takiego wspaniałego przyjaciela jak Marco, któremu tak bardzo na nim zależy. 
- Oby jak najszybciej. Oby też wszystko skończyło się dobrze - powiedziałam. 
- Jeśli Mario przeżyje... muszę zabrać go ze sobą do Dortmundu. On potrzebuje pomocy - powiedział Marco. - I oczywiście wsparcia, on 
miał należytego wsparcia przez ostatni czas. Rozmowy telefoniczne to jednak nie to samo, co rozmowa w cztery oczy. 
- Dobrze mówisz - powiedziałam. - Nie masz pojęcia, jak się martwię. Podobnie jak Ty. Lekko mnie brzuch przez to boli...
- Skarbie, proszę, tylko się nie nakręcaj - powiedział Marco. - Staraj się pozytywnie myśleć. Bo ja jeszcze bardziej będę zdenerwowany i dobity, jeśli i z Tobą będzie źle. 
- Staram się - westchnęłam - mam nadzieję, że Ty również.
- Nie jest to łatwe, ale próbuję - powiedział Marco. - Muszę kończyć, kochanie. Trzymaj się tam. Kocham Cię. 
- Ty również się trzymaj - odparłam - też Cię kocham, misiu. Do zobaczenia!
- Pa, skarbie - powiedział Marco i się rozłączył. 
Rzuciłam komórkę za siebie, schowałam twarz w dłoniach. Nie udało się mojemu ukochanemu ukryć nerwów. Jego głos drżał, był wyraźnie strapiony i zdenerwowany. Starał się niezbyt narzekać, ale i tak wyczułam, że sytuacja jest naprawdę niewesoła. 
Położyłam się, wtuliłam w poduszkę i tak leżałam. 








*** 

*oczami Marco* 






Dzień tak wolno zlatywał. Nie miałem co ze sobą zrobić. Snułem się smutny po monachijskich ulicach, co chwila ciężko wzdychając. 
Nie było co robić dłużej na tym zimnie. Postanowiłem wrócić do Mario. Tak bym chciał wrócić i zastać go przytomnego...
Niestety, tak się nie stało. Gdy wszedłem na salę Mario, pozostawał nieprzytomny. 
Przysiadłem przy jego łóżku. Na salę weszła pielęgniarka, zaczęła zmieniać kroplówkę mojego przyjaciela.
- Czy pan musi tu cały czas przebywać? - zapytała, jakby rozdrażniona - nie mógłby pan przyjść jutro rano? Już jest wieczór, poza tym...
- Nie! Nie ruszę się stąd, póki Mario się nie obudzi - powiedziałem stanowczo. 
- Ale pan nawet nie jest jego rodziną - powiedziała moja rozmówczyni.
- Jego rodzina nie interesuje się nim - powiedziałem. - Ja jestem prawie jak jego brat. Więc proszę mnie nie wyganiać. Ja chcę dla Mario jak najlepiej.
Co za kobieta. Czemu się na mnie wyżywa i jest tak niemiła? Może ma problemy w swoim życiu prywatnym. Ale czy musi się na mnie wyżywać? Ja tylko chcę być przy moim przyjacielu. Czy to tak wiele? 
Godziny mijały, ja siedziałem, wbijając wzrok raz w podłogę, raz w Mario. 
Nastała dwunasta w nocy. Za oknem świecił księżyc. W sali panował półmrok. 
Poza "pikaniem" aparatury panowała głucha cisza. 
- Robert... - pomyślałem - jeśli gdzieś tam jesteś i czuwasz, nie pozwól Mario umrzeć! 
Gdyby Robert żył, na pewno martwiłby się tak samo jak ja. Ale jego już nie ma. Strach, że Mario do niego dołączy, nie opuszcza mnie ani na moment. 
Z moich oczu nagle zaczęły kapać łzy. Zwyczajnie zacząłem płakać. Wcześniej coś mnie od tego powstrzymywało. 
Na szczęście, nikt nie widział tego ani nie usłyszał. 
- Mario, proszę Cię, obudź się - wyszeptałem. - Wierzę, że mnie słyszysz. Ty musisz przeżyć, po prostu musisz... 

________________________________ 



Kolejny rozdział wyszedł mi beznadziejnie. Grr... -.- 
Taki o niczym. Kolejny nie wiem kiedy. Może w weekend. ;p 

Matma spędza mi sen z powiek. W ogóle jej nie ogarniam, nawet teoretycznie prostych ułamków nie ogarniam. Wyśmiejecie mnie pewnie, no ale to prawda. 
Nawet pracy domowej nie potrafię zrobić. -.- 
Ech, życie ma to do siebie, że zawsze są w nim jakieś problemy. Czemu nie może nigdy być idealnie, chociaż przez jakiś czas? -.- 

Dobra, już nie narzekam i nie zamęczam Was swoimi problemami. Mam nadzieję że każdy kto przeczytał skrobnie jakiś komentarz... dajcie mi motywację i trochę radości... 

Buziaki! Trzymajcie się! :* Sylwia 


czwartek, 5 września 2013

Rozdział 62.

*oczami Marco* 



Całą noc przesiedziałem na szpitalnym korytarzu. Parę godzin jakimś cudem przespałem, leżąc na twardej ławce, która stała w korytarzu. Jedna z pielęgniarek, widząc, że nie mam zamiaru opuścić mojego nieprzytomnego przyjaciela, zlitowała się nade mną i dała mi małą poduszkę. 
Byłem wykończony, i fizycznie, i psychicznie. Tak bym chciał, żeby Mario już otworzył oczy. Jednak gdy o siódmej nad ranem spojrzałem na niego, i gdy zobaczyłem go dalej nieprzytomnego, ogromna gorycz przepełniła mnie na nowo. 
Nawet nie mogłem usiąść przy jego łóżku, jak dotąd, nikt nie pozwolił mi wejść na salę. 
Może dziś będzie to możliwe, zobaczymy... 
Podszedłem do automatu stojącego na korytarzu i kupiłem sobie mocną kawę. Ta noc była koszmarna, pełna stresu i strachu. Kolejna może być wcale nie lepsza. 
Żyję w okropnym strachu. Że już nigdy nie zobaczę Mario. Boję się momentu, w którym któryś z lekarzy mi powie "Mario nie żyje" . 
Jeśli on umrze, to i ja niechybnie umrę. Bez niego moje życie już nie będzie takie same. Nikt nie byłby w stanie zastąpić mi Mario, tego jestem pewien. 
Dziś naturalnie nie wybiorę się na trening. Na pewno trener zadzwoni i będzie miał pretensje. Ale zapewne i on doskonale wie o próbie samobójczej Mario, podobnie jak całe Niemcy, nawet cała Europa. 
Zerknąłem na zegarek w mojej komórce, już było parę minut po ósmej rano. Nagle obok mnie pielęgniarka weszła na salę Mario. Postanowiłem jej podpytać, gdy wyjdzie, o stan zdrowia Mario. Chciałbym się dowiedzieć czegoś pozytywnego, odzyskać nadzieję, i mieć nieco lepszy nastrój...
Ale nie zaznam stuprocentowego spokoju ducha, dopóki Mario się nie wybudzi.
Nagle z sali wyszła pielęgniarka. 
- Przepraszam - zaczepiłem ją - wiadomo już coś więcej na temat zdrowia Mario? Siedziałem tu całą noc i spać nie mogłem. 
- Nie wiadomo jeszcze. Póki co, oddycha za niego respirator - odparła pielęgniarka. - Nie ukrywam, iż sytuacja jest ciężka. 
- Musicie go uratować - powiedziałem łamiącym się głosem. - On musi żyć!
- Zrobimy, co w naszej mocy - odparła moja rozmówczyni. - Proszę być dobrej myśli.
- Żeby to było takie łatwe - mruknąłem.
- Dobrze, że pan tu jest - odparła młoda kobieta. - Jeżeli przeżyje, będzie potrzebował wsparcia. I terapii. 
- On musi żyć! - powtórzyłem. - A na moje wsparcie Mario zawsze może liczyć. 
- Bardzo dobrze - powiedziała pielęgniarka i poszła do pokoju pielęgniarek, a ja przysiadłem znów na ławce. 
O ile dobrze pamiętam, dziś trening miał zacząć się o dziewiątej. 
O tak, jeżeli tylko Mario przeżyje i nic nie będzie zagrażało jego życiu, może liczyć na moje wsparcie i pomoc. Żebym ja tylko wiedział, co mu jest. Przecież on może mi powiedzieć absolutnie o wszystkim. Nigdy bym go nie wyśmiał czy oceniał. 
Ciekawe, jak czuje się Lidia. Może potem się do niej odezwę... Żeby tak ona tu była! Byłaby olbrzymim wsparciem dla mnie. Ona wie, ile znaczy dla mnie Mario. Ten niewysoki, niezbyt śmiały, sympatyczny facet, którego znam od lat. 
Ciekawi mnie również, czy jego rodzina się dowiedziała. Czy ktoś tu z jego krewnych przyjedzie zobaczyć, w jakim jest stanie? 
Siedziałem sobie pogrążony w myślach, gdy nagle z zadumy wyrwał mnie dźwięk dzwoniącej komórki. Na pewno trener. 
Nie myliłem się. Uśmiechnąłem się smutno do ekranu telefonu i odebrałem.
- Halo? 
- Halo? Czy rozmawiam z Marco? 
- Tak, przy telefonie - odparłem.
- Witaj, Marco, mam pytanie, jakiego zapewne się domyślasz - powiedział szkoleniowiec.
- No pewnie. Dlaczego nie ma mnie na treningu - odparłem ponurym tonem. - Nie ma mnie, gdyż jestem w Monachium. Całą noc spędziłem na szpitalnym korytarzu. Trenerze, na pewno słyszałeś o...
- Słyszałem! Domyślam się, jak się czujesz - odparł Klopp. - Z jednej strony, nie mam serca Cię męczyć treningiem, kiedy Ty chcesz być przy łóżku Mario. Ale z drugiej strony, czekają nas ważne mecze! 
- Co tam mecze! Mój przyjaciel może nie przeżyć - powiedziałem łamiącym się głosem. - Nie ruszę się stąd, póki nie będzie wiadomo, co z nim.
- Ale nie wiadomo, kiedy się to wyjaśni - odparł trener. 
- Zobaczymy - odparłem. - Trenerze, proszę, nie poganiaj mnie. Wiesz, kim jest dla mnie Mario. Na pewno znajdziesz kogoś na moje miejsce. 
- Na pewno znajdę. Ale Ty też nie możesz zbyt długo zwlekać z powrotem - odparł trener. - Cóż, ja też jestem człowiekiem, rozumiem, że martwisz się o przyjaciela. Ja Ciebie podziwiam, że jesteś mu taki oddany. Bądź przy nim, ale mam nadzieję, że wrócisz szybko!
- Dziękuję, trenerze. Zobaczymy, jak się sprawy potoczą - odparłem.
- Oby wszystko skończyło się dobrze. Całym sercem życzę Mario, aby wydobrzał - powiedział trener. - Ciekawi mnie jedynie, dlaczego on próbował się zabić?! Nie masz pojęcia, jak mnie to zaskoczyło.
- Żebym ja sam wiedział - westchnąłem - jak wrócę, to porozmawiamy. 
- Dobrze - odparł trener. - Muszę kończyć. Do zobaczenia!
- Do zobaczenia - odparłem i rozłączyłem się.
Klopp to równy gość. Wyrozumiały i bardzo sympatyczny facet. On doskonale wie, że Mario to mój najlepszy przyjaciel. 
Tak bym chciał, żeby Mario już dziś otworzył oczy. 








*** 








- No to dziś zobaczymy - powiedziałam do Ewki, gdy ogarniałyśmy kuchnię po śniadaniu. Łukasz wyszedł już na trening, Sara została zawieziona do przedszkola. - Zobaczymy, czy uda mi się zdobyć tę kartę!
- Uczyłaś się, na pewno dasz radę - powiedziała Ewa, pakując naczynia do zmywarki. 
- Ale martwi mnie, co z Marco. On to tak bardzo przeżywa - powiedziałam. - Chciałabym go teraz jakoś wesprzeć. On tak długi czas wspierał mnie, teraz to on potrzebuje pomocy i bliskości drugiej osoby. 
- Rozumiem, kochana - powiedziała Ewa. - Wierzę, że wszystko skończy się dobrze. Mario z pewnością jest silnym facetem i przeżyje. Trzeba myśleć pozytywnie.
- No niby tak - przyznałam - nie jest to jednak takie proste.
- O jedenastej masz ten test, prawda? - zapytała Ewa. - Już wpół do dziesiątej, więc niedługo będziesz musiała się zbierać.
- Wiem - odparłam. - Pewnie dzisiaj spotkam Alice - dodałam smutno. 
- Trzymaj się z dala od tej szajki - powiedziała Ewa. - Masz mnie, Łukasza, Marco. My Ciebie nigdy nie zawiedziemy, zawsze będziemy przy Tobie. 
- Cieszę się bardzo - powiedziałam. - Nie chcę znać tych idiotek. A ta Alice okazała się straszliwie obłudna. 
- Ludzie niestety już tacy są w tych czasach - westchnęła Ewa. - I takie dziewczyny kibicują Borussii, drużynie, której podstawowymi wartościami są miłość, szacunek, przyjaźń? 
- Też mnie to zadziwia - pokiwałam głową. - A zresztą, niech robią, co chcą. Nie moja to sprawa! Okej, idę się już powoli szykować. Przypomnę sobie coś niecoś. 
Wczoraj wprawdzie się uczyłam, ale mizernie mi to szło. Informacja o próbie samobójczej najlepszego przyjaciela Marco zwaliła mnie z nóg. 
Ubrałam się, włosy spięłam w kok, i zajęłam się powtarzaniem wiadomości. Próbowałam się nie stresować, wierzyć, że ten test dobrze mi pójdzie. 
Wczoraj nici były z mojej nauki praktycznej. Nie dość, że lało, to jeszcze ta sytuacja z Mario... 
Niebawem w końcu musiałam wyjść z domu, jechać do ośrodka. Ewa na odchodnym mi powiedziała, że będzie trzymać za mnie kciuki.
- Wierzę w Ciebie - powiedziała - będzie dobrze! 
- Mam nadzieję - odparłam. - Do zobaczenia później!
- Pa - uśmiechnęła się ciepło Ewa.
Wyszłam. Do ośrodka podjechałam miejskim autobusem. 
Gdy szłam w jego kierunku, z przerażeniem stwierdziłam, że przed wejściem kręci się Alice. 
- O cholera - pomyślałam. - Niech mnie nie zaczepia! Nie chcę z nią gadać! 
Zostało dziesięć minut. Gdy zmierzałam ku wejściu, Alice nagle do mnie podeszła...
- Słuchaj, Lidia, chciałabym z Tobą porozmawiać...
- Nie mamy o czym - powiedziałam chłodnym głosem. 
- Ja nie miałam pojęcia, że Louise i Emilie są zdolne do czegoś takiego. Nie wiedziałam, że one... 
- Tak, tak, nic nie wiedziałaś, jesteś niewinna - powiedziałam ironicznie. - Wystarczy, że trzymasz się z takimi fałszywymi żmijkami. Teraz nikomu nie można ufać - dodałam. 
- Lidia, ja naprawdę... 
- Idę na test - skończyłam rozmowę i szybko weszłam do budynku. Tam pokierowano mnie na salę, w której miałam pisać. 
Jeszcze było oprócz mnie kilka osób, przyszła również Alice. Starannie ją omijałam wzrokiem. 
Na szczęście, pytania nie były zbytnio trudne. Napisałam wszystko. Może nie wszystko będzie dobrze, ale chyba powinnam zaliczyć. Ponoć trzeba być dobrej myśli...
O wyniku testu miałam być powiadomiona telefonicznie. 
Nie miałam co robić na mieście. Wracając do domu zatłoczonym miejskim autobusem, rozmyślałam, co się dzieje w Monachium. Dziś Marco się do mnie nie odzywał. 
Zaniepokoiło mnie jedno zdanie, które mi napisał w jednym ze wczorajszych SMS-ów. 
"Jeśli Mario umrze, to i ja umrę." 
On musi przeżyć! Nie jest mi go tak bardzo żal tylko dlatego, że jest najlepszym przyjacielem Marco, ale po prostu żal mi człowieka, którego znałam, z którym rozmawiałam i żartowałam. Nie potrafię sobie wyobrazić jego śmierci, jest jeszcze taki młody. 
Poza tym... jeśli odpukać Mario by odszedł... Marco mógłby zmienić się nie do poznania. Mógłby traumy nigdy nie wyleczyć. 
Nie! Nie! Nie! O czym ja myślę?! Mario przeżyje i wszystko będzie z nim dobrze! 
- Myśl pozytywnie, myśl pozytywnie... - powtarzałam sobie w myślach, wychodząc z autobusu i kierując się w stronę domu. 
Dotarłam wkrótce do domu, Ewa akurat odkurzała w salonie. Na mój widok wyłączyła sprzęt.
- No i jak, kochana, Ci poszło? - zapytała. 
- Mogę się pochwalić, iż całkiem nieźle - powiedziałam. 
- No widzisz! Na pewno zaliczysz - powiedziała Ewa. - Zdolna z Ciebie dziewczyna.
- Taa... - odparłam. 
Postanowiłam pomóc Ewie w sprzątaniu. Po skończonej pracy zamknęłam się w swoim pokoju, znów zaczęłam intensywnie rozmyślać, co się dzieje w stolicy Bawarii... 










*** 


*oczami Marco* 





Mija czas, jednak żadnych zmian. Pozwolono mi jednak w końcu wejść na salę. Mario leży taki osłabiony, blady, gdyby nie respirator, już dawno poszedłby w zaświaty... 
Nie płaczę, już nie jestem w stanie, siedzę tylko jak kamień przy jego łóżku, wpatrując się w nieprzytomnego przyjaciela oczami przepełnionymi żalem. 
I tak sobie pomyślałem, że nawet jakbym teraz stracił moje miliony, które mam na koncie, niezbyt mnie by to zmartwiło. 
Bo nie pieniądze są najważniejsze w życiu. Przynajmniej dla mnie. Bardzo, bardzo potrzebuję miłości i przyjaźni. Może nie mówię o tym głośno, ale jeśli już ktoś by mnie zapytał, co najbardziej się dla mnie liczy, odpowiedziałbym szczerze. 
Oddałbym wszystko za najbliższe mi osoby. Najbliżsi mi są właśnie Mario i moja ukochana Lidia. 
Jednak nie tylko dla mnie miłość czy przyjaźń są najważniejszymi wartościami. Dla mojego klubu, dla Borussii, te wartości również są najważniejsze. Nie bez powodu naszym hasłem jest "Echte Liebe".
- Mario, obudź się. Otwórz oczy - pomyślałem. - Zrób to dla mnie... 
Siedziałem zdruzgotany, gdy nagle na salę, ku mojemu zdziwieniu, wszedł... trener bawarskiej drużyny, czyli Pep Guardiola, a z nim kilku piłkarzy Bayernu. Przyszedł Toni, Philipp, Bastian, Dante, oraz... Arjen. Ten, który najbardziej dawał się we znaki dla Mario. 
- Dzień dobry - zwróciłem się do Guardioli. 
- Dzień dobry - powiedział Guardiola. 
- Oj, kiepsko, kiepsko, trenerze... - powiedział Dante. - Biedny Mario. 
- Dlaczego on próbował się zabić?! Ja tego nie rozumiem - powiedział szkoleniowiec Bayernu. 
- Żebyś Ty człowieku wiedział - pomyślałem. - Jakim prawem oni teraz tu przychodzą?! Najpierw się wyśmiewają z niego, wystawiają poza nawias drużyny, teraz śmią tu przychodzić i udawać zrozpaczonych?! 
O wszystkich ich mi chodzi, oprócz Toniego. On jeden z nich jest mądry.
Guardiola nie wiedział, jak zachowują się jego podopieczni w stosunku do Mario. 
Wpadł mi do głowy pomysł, żeby poprosić Arjena na osobność. Wtedy mógłbym mu wszystko wygarnąć, powiedzieć mu, co myślę o jego zachowaniu. 
Tylko gdzie? Przed szpitalem stoją zapewne dziennikarze. Kiepsko... 
Poszedłem do toalety. Gdy już myłem ręce, do łazienki wszedł także... Arjen. Ależ mi się trafiła okazja. 
- Arjen, poczekaj - powiedziałem - chciałbym z Tobą porozmawiać o czymś.
- Słucham, o co chodzi? - powiedział Arjen. 
- Nie będę owijał w bawełnę. Nawet nie będę udawał miłego dla Ciebie - sam widok tego okropnego człowieka mnie denerwował. - To Twoja i Twoich koleżków wina, że Mario próbował się zabić. Tak go szykanowaliście, że aż chłopak nie wytrzymał. W czym on wam zawinił?! - starałem się nie krzyczeć, ale było mi tak ciężko powstrzymać emocje. - Teraz przez Twoją i reszty głupotę Mario może nie przeżyć! Jak nie przeżyje, to... 
- Nic mu nie robiliśmy! - burknął Arjen. - Co Ci, człowieku, do łba przyszło?! 

___________________________________ 



Taki krótki i zupełnie o niczym ten rozdział. Masakra... 
Postaram się, aby następny był lepszy. Bo ten powyższy to dno i dziesięć metrów mułu. 

Ten tydzień jeszcze w miarę luźny, co lekcję omawianie PZO. Ale potem się zacznie ostrzejsza jazda... 
Ciężko będzie z pisaniem. 

Kto przeczytał, niech zostawi komentarz. Będę bardzo wdzięczna. Umilcie mi trochę to moje szare życie...
Z góry dziękuję. 



Buziaki! :*** 

poniedziałek, 2 września 2013

Rozdział 61.

*oczami Marco* 



Toni miał taki nerwowy, zaniepokojony głos. Chodzi o Mario?! Co się porobiło?! 
- Co z nim? - zapytałem zlękniony - o co chodzi?!
- Nie wiem, jak Ci to powiedzieć - powiedział Toni - on... się powiesił. - powiedział trzęsącym się tonem.
- Co?! - krzyknąłem. Przysiadłem na schodku. Poczułem, jak robi mi się gorąco z nerwów. Co ten Toni opowiada?! - Niemożliwe! To przecież...
- Marco, posłuchaj - przerwał mi Toni. - Dziś przyszedłem go z rana odwiedzić i zobaczyć, jak się czuje. Pukałem, ale nikt nie otwierał, drzwi frontowe na szczęście były otwarte. Wszedłem do sypialni, a tam... wisiał Mario. Szybko go zdjąłem i wezwałem karetkę. Zabrali go do szpitala i położyli pod respirator. Nie wiadomo, czy uda się go odratować!
- Nie wierzę! Po prostu nie wierzę! - krzyknąłem - ja... muszę tam zaraz pojechać! Dlaczego on to zrobił?! 
- Jest jeszcze jedno. Leżała na łóżku koperta zaadresowana do Ciebie - powiedział Toni. - Mam ją. Jak przyjedziesz, to Ci ją oczywiście przekażę. Poza tym, on wczoraj po meczu był taki przybity, taki smutny, bardzo mi go żal było. Ale nie chciał ze mną rozmawiać, z nikim nie chciał rozmawiać. 
- Pogadamy, jak przyjadę, okej?  - przerwałem mu - do zobaczenia! 
- Okej. Do zobaczenia - powiedział Toni i się rozłączył. 
Nie mogłem w to uwierzyć. Mario chciał... popełnić samobójstwo?! 
Dlaczego? To przez to, że Robben i reszta znęcali się nad nim? Właśnie przez to? Po prostu nie mogę uwierzyć... 
- Oni muszą go odratować! - pomyślałem przepełniony grozą - po prostu muszą!
Zacząłem czuć, że Mario coś ukrywał przede mną. Coś, co go mocno dręczyło, lub może coś, czego się wstydził?! Teraz tysiące myśli krzyżuje mi się w głowie. 
Zebrałem prędko manatki, jeszcze tylko pojadę do Lidii, powiedzieć jej, iż jadę do Monachium... 
Wskoczyłem do auta i odjechałem. 









*** 









- Ha! Wygrałam - powiedziałam zadowolona. 
- Lidia, chyba Cię Marco uczył, co? - zapytała Ewa.
- Właśnie nie - odparłam. 
Po niedzielnym śniadaniu zaczęliśmy grać w Fifę. Stoczyłam przed chwilą bój z Łukaszem. On grał Manchesterem United, a ja oczywiście Borussią. Przedtem zagrałam z Ewą, ona grała Realem Madryt, a ja Legią Warszawa. Nasza potyczka zakończyła się bezbramkowym remisem. 
- Tato, co tak słabo? - zaśmiała się Sara.
- Lidia widocznie była lepsza - odparł Łukasz. - Ewka, zagrasz ze mną? 
- Chętnie - odparła Ewa. - Ja gram znów Realem! 
- Ależ nie ma problemu - odparł Łukasz. Znów wybrał Manchester i zaczęli swój mecz. 
Przyglądałam się ich potyczce, gdy nagle ktoś zadzwonił do drzwi.
- To pewnie Marco - powiedziałam i poszłam otworzyć. 
Faktycznie, to przyjechał mój ukochany. Ale gdy zobaczyłam, w jakim jest stanie, przeraziłam się.
- Marco, coś Ty taki blady?! - zapytałam. - Co to za mina? Coś się stało?!
- Lidia, ja muszę jechać do Monachium - powiedział Marco łamiącym się głosem. W ogóle, wyglądał na roztrzęsionego. 
- Dlaczego?! - zapytałam zaskoczona. 
- Mario chciał się zabić - gdy mój ukochany to powiedział, to pomyślałam, że zaraz padnę trupem. Jak to?! Mario chciał popełnić samobójstwo?! 
- Powiesił się, ale Toni go znalazł i odwieźli go do szpitala. Nie jest pewne, że go odratują - powiedział Marco. 
- Co?! Kto się powiesił?! - do hallu wszedł Łukasz, zaraz za nim przyszła Ewa. 
- Mario! - odparł Marco - on chciał samobójstwo popełnić! Muszę tam zaraz jechać! 
- Że co?! - krzyknęła Ewa. - Niemożliwe! Nie wierzę... 
- Toni do mnie zadzwonił i mi powiedział - powiedział Marco. Wyraźnie był silnie zdenerwowany... 
- Nie wierzę... po prostu nie wierzę... - wydukałam zszokowana. 
- Wybaczcie, ale muszę pędzić. Do zobaczenia - powiedział Marco, cmoknął mnie w policzek i wyszedł. 
Odwróciłam się do Ewy i Łukasza. Oni również wyglądali na przerażonych.
- Ale dlaczego on chciał to zrobić?! - jęknęła Ewa. 
- Nic z tego nie rozumiem - powiedział Łukasz.
- Z tego co mi Marco opowiadał, Mario miał problemy z chłopakami z Bayernu, zwłaszcza z Arjenem. Oni cały czas mu dogryzali i wyrzucali poza nawias. Tylko z Tonim jako tako się dogadywał. 
- I to jest przyczyna? - zapytał Łukasz.
- Nie mam pojęcia. Ale możliwe - powiedziałam. - Oby tylko przeżył, oby go odratowali... przecież Marco się załamie, jeśli Mario nie... - tu głos mi się złamał.
- Spokojnie, Lidia - Ewa objęła mnie ramieniem. - Mario przeżyje. 
- Widzieliście, jaki Marco był roztrzęsiony?! Oby nie miał jakiegoś wypadku na trasie - powiedziałam.
- Spokojnie, nie martw się na zapas - powiedział Łukasz. - Na pewno się jakoś opanuje i szczęśliwie dojedzie.
- Oby - odparłam.
Pobiegłam do swojego pokoju, rzuciłam się na łóżko. Czułam, że to początek jakichś poważnych kłopotów... Podobno kobieca intuicja nie kłamie... 








*** 


*oczami Marco* 





Szybko wyjechałem z Dortmundu, czułem się coraz gorzej. Zaczęło do mnie coraz bardziej docierać, co się stało. Mój przyjaciel chciał popełnić samobójstwo... kto wie, czy mu się nie udało?! I że może już nigdy nie zobaczę go żywego?! 
Muszą go odratować, choćby się miasto paliło. 
Zaczął mnie boleć brzuch ze stresu, i nagle poczułem, jak robi mi się słabo. Jednak w porę zdążyłem zjechać na bok, poczekać, aż nieco ochłonę. 
- Spokojnie - pomyślałem - tylko spokojnie... Marco, bądź silny - powtarzałem sobie w myślach.
Wziąłem kilka łyków mineralnej wody. Odczekałem z parę minut, i znów ruszyłem.
Starałem się opanować, nie myśleć czarno, ufać, że wszystko skończy się pomyślnie i Mario będzie żył... 
Chciałem jak najprędzej dojechać do stolicy Bawarii. Jechałem cały czas ponad sto kilometrów na godzinę. 
Prawie w ogóle nie robiłem sobie przerw. Starałem się skupić na jeździe, ale cały czas miałem przed oczami Mario... 
- Mario, co z Tobą?! Ty musisz żyć - pomyślałem przepełniony ogromną trwogą. 
Po sześciu godzinach, około piętnastej, dojechałem wreszcie do Monachium. Od razu wybrałem numer do Toniego. 
- Halo? Toni? 
- Przy telefonie - odparł Toni. - Marco, jak tam? Dojechałeś? 
- Tak - odparłem - jestem już w Monachium. W którym szpitalu jest Mario? Toni podał mi adres, ulicę, na której jest szpital. Zanotowałem ten adres, podziękowałem i ruszyłem. Toni powiedział mi także, że niebawem również tam przyjdzie i da mi kopertę zaadresowaną do mnie... jak zacząłem przypuszczać, pewnie Mario chciał się pożegnać... 
Nie! Nie! Nie! On musi przeżyć! Ja nie wiem, co zrobię bez takiego przyjaciela. Jesteśmy zżyci jak mało kto. Przyjaźnimy się od tak dawna. Wyprowadzka Mario na drugi koniec Niemiec nie zmieniła tego. 
Kocham go jak brata. On musi żyć. Cały czas nie przestawało nurtować mnie pytanie : dlaczego on chciał odebrać sobie życie?! 
Udało mi się dojechać do szpitala w miarę szybko, dzięki temu, że mam GPS w komórce. 
Przed wejściem kręcił się już Toni. 
- Cześć, Marco - powiedział, gdy mnie zobaczył.
- Cześć, Toni - odparłem i podałem mu rękę na przywitanie. 
- Trzymaj - piłkarz Bayernu podał mi kopertę. Usiadłem na ławeczce stojącej przed szpitalem, otworzyłem kopertę. Był w niej list... 


Kochany Marco! 

Nie mam ochoty dłużej żyć. Życie dało mi ostatnimi czasy w kość. Zmarnowałem sobie życie tym transferem. Żebyś Ty tu mieszkał i widział, co się ze mną dzieje! 
Rodziny żadnej tu nie mam, ani przyjaciół. Odechciało mi się gry w piłkę. 
A klubowi "koledzy" w ogóle nie umilali mi życia. Zwłaszcza Robben. 
Co Ty byś zrobił, jakby Ciebie tak ciągle opluwali, wyśmiewali i dogryzali przez najrozmaitsze sposoby?! Nigdy nie przechodź do Bayernu. Nie popełnij mojego błędu. Mam nadzieję, że zostaniesz w Borussii na zawsze. 
Może uznasz mnie za mięczaka - no ale jak w pojedynkę radzić sobie z tyloma nieprzyjaciółmi?! 
Dziękuję, że zawsze mnie wspierałeś. Zawsze byłeś najcudowniejszym przyjacielem, jakiego mogłem mieć. Byłeś przy mnie w najgorszych chwilach. Prawie nigdy się nie kłóciliśmy, przez co widać, jak bardzo byliśmy sobie bliscy. 
Nie próbuj się obwiniać o moją śmierć. Masz swoje życie, nie mógłbyś rzucić wszystkiego, aby przyjechać do mnie, do Monachium. To moja wina, ten transfer to mój błąd, który teraz przypłacę życiem... 
Rzadko się to zdarza u facetów, zazwyczaj wszyscy są twardzi, a ja jestem cienki. 
Jeszcze raz - dziękuję Ci za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Za te wszystkie lata naszej wspaniałej przyjaźni. 
Mam nadzieję, że zaprzyjaźnisz się teraz z kimś innym... ale jednak zawsze będziesz pamiętał o mnie. 
Żyj dalej dla Lidii, dla której jesteś całym światem. 
Kocham Cię, przyjacielu. 


Mario G. 



Po przeczytaniu tego listu nie mogłem się opanować... łzy stanęły mi w oczach. Więc Mario próbował targnąć się na swoje życie przez szykany Robbena i całej reszty?! 
Schowałem twarz w dłoniach, poczułem, jak robi mi się gorąco z nerwów. Doszło do mnie dziwne wrażenie, że Mario coś może ukrywać przede mną... coś o wiele gorszego, co mogło mieć miejsce w jego ostatnio smutnym życiu. Ale to tylko moje wrażenie. Chociaż może być słuszne. W końcu Mario to moja bratnia dusza. 
Poczułem czyjąś rękę na ramieniu. Należała do Toniego.
- Wszystko w porządku? - zapytał.
- Chodźmy do Mario - powiedziałem i poderwałem się z ławki.
- Może już coś wiadomo - powiedział Toni. - Oby przeżył! 
- Jak dobrze, że go znalazłeś. A co, jakby... - tu głos mi się złamał. Nawet nie chciałem myśleć, co mogłoby się zdarzyć, jakby Toni wtedy nie wpadł na pomysł odwiedzenia mojego przyjaciela! 
Uprosiłem recepcjonistkę, aby pozwoliła mnie i Toniemu pójść na korytarz, na którym znajdowała się sala, w której umieszczono Mario. 
Cóż, nie jest tajemnicą, że przyjaźnimy się z Mario. Akurat to chyba całe Niemcy wiedzą. 
Sala Mario miała numer jedenaście. Oby ta liczba okazała się szczęśliwa dla niego! 
Niestety, pielęgniarka, na którą się natknęliśmy, obwieściła, że nie wolno teraz wchodzić na tę salę. Mogliśmy sobie co najwyżej popatrzeć przez szybę na nieprzytomnego Mario.
Łzy cisnęły mi się do oczu na widok Mario, który leżał pod respiratorem. Wokół niego kręcili się lekarze, robili coś przy nim. 
- Proszę, ocalcie mu życie - pomyślałem - on musi żyć! Jeśli tylko przeżyje, będę cały czas przy nim! 
Jeżeli Mario przeżyje, na pewno nikt mu nie będzie kazał trenować. Zapewne zostanie zawieszony na jakiś czas. Wtedy będzie miał zapewne nakaz terapii. Ale to jeszcze nie jest powiedziane... nie jest to pewne na sto procent, iż on będzie żył...
Gdy tak sobie pomyślałem, nie wytrzymałem, łzy zaczęły cieknąć mi po policzkach. 
Przysiadłem na krześle, ukryłem twarz w dłoniach. Nagle dostałem SMS. Od Lidii. 

Marco, wybacz, że Ci głowę zawracam, ale proszę, napisz, czy już coś wiadomo? Martwię się o Ciebie i niego. 

Lidia doskonale wiedziała, że Mario jest dla mnie jak brat, jak mocno jestem z nim zżyty. Rozumiałem zatem, że ona się również martwi. To taka wrażliwa, delikatna dziewczyna... 


Skarbie, już jestem w Monachium. Siedzę właśnie w szpitalu razem z Tonim. Mario obecnie leży pod respiratorem, dalej nic nie wiadomo. Lekarze robią coś przy nim. Muszą go uratować! Jeśli on umrze, to ja też umrę. 

Lidia mi za chwilę odpisała. 


Marco, nie rób niczego głupiego! Proszę! Mario musi przeżyć! Ja doskonale wiem, jak Ci na nim zależy. Wierzę, iż wszystko będzie dobrze. Kochanie, trzymaj się tam! Kocham Cię. 


Łza spadła na ekran mojego telefonu. Jak dobrze, że mam Lidię. Ta dziewczyna jest jak słońce, które wyłania się zza zachmurzonego nieba. 


Sam również staram się w to wierzyć. Postaram się jakoś trzymać. Dla Ciebie, kochanie... i dla Mario. Ja też Cię kocham, nie masz pojęcia jak mocno. Do zobaczenia. 


Schowałem telefon i jeszcze raz spojrzałem na Mario. Był taki blady, wyraźnie osłabiony. 
Tak bardzo chciałbym z nim porozmawiać, pomóc mu. Może ukrył przede mną i innymi jakiś o wiele gorszy, może bardziej wstydliwy problem? Mario napisał w swoim liście, że jest cienki, ale to jednak nieprawda. On tak bez konkretnego powodu przecież nie podjąłby tej próby samobójczej! Coś musiało się po prostu wydarzyć!
A szykany mogły dodać oliwy do ognia. 
Będę żył teraz przez najbliższy czas w niewiedzy i okropnej niepewności. I jedno jest pewne - nie ruszę się stąd, dopóki nie będzie wiadomo, co z Mario. Niech się trener wścieka. Są ważniejsze rzeczy od treningów i piłki. 
Uparcie siedziałem przy wejściu do sali Mario, Toni spędził trochę czasu ze mną. Jednakże później zadzwoniła jego żona, która w czymś potrzebowała pilnej pomocy i Toni pożegnał się ze mną. 
Ja zostałem w szpitalu, starałem się uwierzyć, że wszystko skończy się dobrze, że lekarze odratują Mario. 
Wpatrywałem się cały czas tępym wzrokiem w podłogę, godzina mijała za godziną... 

______________________________ 


I oto macie 61 rozdział.
Wciąż żyję, jakoś przetrwałam to rozpoczęcie roku. Grr... 
Wy też macie taki beznadziejny plan lekcji? -.- 
Nie mam ochoty na powrót do szkoły i nauki. A tłum ludzi w mojej szkole stanowczo za duży -.- czuję, że będę żyć od weekendu do weekendu. 

Okej, nie żalę się więcej. 
Nie wiem, kiedy kolejny rozdział. Zobaczymy, jak to będzie z nauką (i weną!). Mam nadzieję, że nie będą nam nawalali zbyt dużo nauki i prac domowych na weekendy. 
Jednak to I klasa technikum, więc nic nie wiadomo. ;p 


Bardzo proszę o komentarze i opinie. Będę Wam niezmiernie wdzięczna. :* 

Buziaki! Sylwia 




sobota, 31 sierpnia 2013

Rozdział 60.

Nadeszła sobota. Ostatnie dni zleciały mi spokojnie. Nauczyłam się już prawie wszystkiego na test, który czeka mnie w poniedziałek. 
Dziś dwudziesty szósty października - dziś odbędzie się mecz, na który Marco i cała reszta żółto-czarnej armii czekali od dawna. Mianowicie derby Zagłębia Ruhry z Schalke 04 Gelsenkirchen. 
Akurat leżałam sobie w łóżku, wpatrując się w nieco zachmurzone niebo za oknem. Zegarek wskazywał godzinę ósmą rano. 
Na dziesiątą jestem umówiona z Alice, Emilie i Louise. To samo miejsce, co wtedy. Marco dziś nie może z nami pojechać, czeka go trening przedmeczowy. 
Alice obiecała, że podjadą wszystkie trzy pod mój dom. Znają już mój adres, więc nie będą miały problemu.
A później jadę razem z Ewą i Sarą do Gelsenkirchen na mecz. To tylko trzydzieści kilometrów od Dortmundu. 
- Pora wstawać... - pomyślałam, podnosząc się z łóżka. Wyciągnęłam z szafy brązowe dżinsy, dżinsową koszulę oraz szary podkoszulek, i poszłam do łazienki. Zrobiwszy ze sobą porządek, zeszłam na dół. 
Jeszcze nikogo na dole nie było. Postanowiłam zrobić dobry uczynek i przygotować śniadanie. 
Nastawiłam wodę na herbatę, zajęłam się przyrządzaniem kanapek. Nagle do kuchni przyszła Sara.
- O, Sara, Ty ranny ptaszku - uśmiechnęłam się do małej.
- O! Śniadanie! - ucieszyła się mała. - Jestem głodna jak wilk! A Nutella może jest? 
- Ano, jest - powiedziałam i posmarowałam pajdę chleba czekoladowym kremem. Sara zaczęła z apetytem zajadać.
- To dzisiaj meczyk, co? - zagadnęłam.
- O tak! - ucieszyła się Sara. - Borussia wygra! 
- Może tatuś strzeli gola - powiedziałam. 
- Albo Twój ukochany, Marco - odparła na to Sara.
Roześmiałam się. Sara to jest artystka!
- Może i tatuś strzeli, kto wie? - do kuchni nagle wszedł Łukasz.
- Fajnie by było - powiedziała jego córka. 
- Widzę, Lidia, zrobiłaś śniadanie - ucieszył się Łukasz. - No, trzeba się solidnie najeść przed treningiem. 
Łukasz zaczął konsumpcję, niebawem do kuchni przyszła również Ewa, jeszcze w szlafroku.
- Hej Wam - powiedziała. - Smacznego.
- Dziękujemy - odparła Sara.
- Lidia, to dziś jedziesz z tymi dziewczynami? - zapytała Ewa.
- Tak, o dziesiątej mają tu podjechać - odparłam, jedząc kanapkę z szynką. 
- Lidia, uważaj na nie - powiedział Łukasz. 
- Spokojnie, Łukasz - odparłam zaskoczona.
- I wróć, proszę, około dwunastej - powiedziała Ewa. 
- Do Gelsenkirchen jedzie się może z czterdzieści minut - powiedział Łukasz. 
- Ale wiesz, trzeba się przygotować, zapakować manele, poza tym lepiej wcześniej wyjechać - powiedziała Ewa. - Nie chcę stracić ani minuty z tych derbów. 
- Rozumiem - powiedziałam. - Wrócę na czas.
Po śniadaniu pomogłam Ewie sprzątnąć w kuchni, Łukasz zaczął szykować się na trening. Później cała drużyna Borussii miała pojechać do Gelsenkirchen. 
Zapowiada się ekscytujące, pełne emocji popołudnie. Derby Westfalii. Poprzednie derby wygrało Schalke 2:1. Teraz jest okazja do rewanżu... 
Później zaczęłam grać z Sarą w chińczyka. Pozwoliłam jej wygrać, bardzo się cieszyła. Nie zdążyłam się obejrzeć, a Ewa przyszła i obwieściła, że dziewczyny już tu są.
- Już idę! - powiedziałam. Założyłam moje sportowe obuwie Nike, narzuciłam ciepłą bluzę, włożyłam telefon do pokrowca, który zawiesiłam na szyi i wyszłam. Przed furtką stały już dziewczyny, Alice ciepło się do mnie uśmiechnęła.
- Hej, Lidia - powiedziała - mamy kask i dla Ciebie!
- Cześć Wam - powiedziałam.
- Cześć, Lidia - powiedziały jednocześnie Louise i Emilie. 
- Jedziemy? - zapytała Louise. - Lidia, jedziesz ze mną. 
Pokiwałam głową. Założyłam kask i zaraz ruszyłyśmy na polankę.
Nie było to daleko. Niebawem znalazłyśmy się w tym uroczym zakątku. Wreszcie nieco czystego powietrza, wiadomo, w mieście cały czas jest się skazanym na wdychanie spalin. 
- Lou, to mogę pojeździć? - zapytała Alice. 
- Możesz - odparła Louise i dała jej kluczyki.
- Lidia, Ty pojeździsz, jak Alice skończy. Mój skuter ma ostatnio problemy - powiedziała Emilie. - Cud, że tu dojechałam. 
- Okej, okej - powiedziałam. - Nie ma problemu. 
Nie wiem, czy mi się wydawało, czy Emile ma dziś gorszy humor. Ale okej, to się zdarza każdemu. Ileż to razy sama miałam chandrę... 
- Chodź nad sadzawkę - powiedziała Louise. - Posiedzimy, pogadamy, a Alice niech sobie poszaleje. 
Usiadłyśmy nad płytką sadzawką. Jeszcze na tej polance był stawek, jednak do niego nie poszłyśmy. 
Usiadłyśmy nad wodą, w której rosło mnóstwo roślin, postanowiłam zacząć rozmowę. 
- Idziecie dziś na mecz? - zapytałam.
- Nie musisz się chwalić, że Ty idziesz - powiedziała lodowato Emilie. - Pewnie tylko po to pytasz. 
To, co powiedziała Emilie, zszokowało mnie, i ten ton, jakim się do mnie odezwała... 
- Wcale nie! - powiedziałam - nie miałam takich intencji! Emilie, o co chodzi? 
- Wkurzająca jesteś - powiedziała Emilie. - Ze wszystkich żon i dziewczyn piłkarzy Ty jesteś najgorsza. Cały czas ślinisz się do tego Marco, myślisz, że w gazetach nie ma zdjęć, jak ciągle się do niego tulisz? 
- Podlizujesz mu się, bo lecisz na jego kasę - burknęła Louise. - Myślisz, że tego nie widać? 
- O co Wam chodzi?! - zdenerwowałam się. - Nie poznaję Was! Myślałam, że dobrze się dogadujemy, a Wy nagle wyjeżdżacie z takimi tekstami? Nie spodziewałam się! Wcale nie lecę na kasę Marco, a on wie o tym najlepiej! 
- Nie pasuje do Ciebie jazda skuterem - powiedziała Emilie. - Idź ty lepiej do salonu piękności wymalować pazury. 
- I chyba nie myślałaś, że naprawdę Cię lubimy? Jesteś nudna jak flaki z olejem - powiedziała Louise. 
- Wy żałosne jesteście! To po ch*j się ze mną zadawałyście tyle czasu?! - zdenerwowałam się i podniosłam głos. 
- Ano po to - Louise i Emilie zerwały się... i wepchnęły mnie do sadzawki. 
Wylądowałam w zimnej wodzie. One się podle roześmiały i przybiły sobie piątkę. Ja się szybko podniosłam, byłam cała w błocie. Cud, że telefon mi się nie zamoczył, miałam go w pokrowcu powieszonym na szyi. 
- Wy jesteście nienormalne! - krzyknęłam - jakieś chore psychicznie! 
Uciekłam, nie byłam w stanie dalej się z nimi kłócić. Zauważyłam, że akurat Alice beztrosko sobie jeździ skuterem i nie zauważyła tego, co się zadziało. 
Nie spodziewałabym się, że Emilie i Louise chcą tylko zabawić się moim kosztem, że nie obdarzyły mnie wcale sympatią. Przekonałam się o jednym - że teraz prawie nikomu nie można ufać... 
Po twarzy zaczęły lecieć mi łzy. Może Alice doskonale wiedziała, co planują Emilie i Louise, co naprawdę o mnie myślą? Teraz wiem jedno - nie chcę już ani jednej z nich widzieć na oczy...
- A ja głupia myślałam, że będę mieć koleżanki - pomyślałam, biegnąc. 
Zapłakana i zabłocona przystanęłam w końcu, żeby jako tako oczyścić się z błota. Byłam prawie cała mokra. Wpadłam do tej sadzawki na plecy. 
Jakoś strzepnęłam z siebie większość błota, otarłam łzy, chciałam jakoś przemknąć się przez miasto do domu. 
Miałam nadzieję, że ludzie nie będą się specjalnie gapić...
W końcu, po dość długiej pieszej wędrówce, dotarłam do domu. Gdy Ewa zobaczyła, w jakim jestem stanie, nieźle się przeraziła... 








*** 







- Mój Boże! Lidia! Jak Ty wyglądasz?! - zawołała. 
- Ewa! Właśnie się boleśnie przekonałam, że nie można ufać ludziom - krzyknęłam. - To wszystko sprawka Emilie i Louise! Łukasz miał rację! 
- Co one Ci zrobiły? - Ewa złapała się za serce.
- Wepchnęły mnie do sadzawki - powiedziałam roztrzęsiona. - W ogóle, zaczęły mnie obrażać... A ja, głupia, myślałam, że będą moimi koleżankami. Okazały się fałszywe. Chciały zabawić się moim kosztem. 
- A ta... trzecia? Alice, czy jak jej tam? 
- Jeździła sobie skuterem i niczego nie zauważyła. Ale mogła być w zmowie z nimi - powiedziałam. - Nie chcę już żadnej z nich na oczy widzieć! 
- Co za żmijki! Ktoś powinien je przystawić do pionu - powiedziała Ewa. - Lidia, przebierz się. Obyś tylko się nie zaziębiła. Zaraz Ci przygotuję gorącą herbatę, dobrze? 
- Dobrze - mruknęłam. Pobiegłam na górę, wzięłam ciepły prysznic, przebrałam się w dżinsy i biały t-shirt, po czym wróciłam na dół. 
Usiadłam przy stole, wzięłam łyk herbaty. Ewa patrzyła na mnie zaniepokojona. 
- Brak słów na takich ludzi - powiedziała. - Idiotki jedne... 
- Zaczęły mi wymyślać, że lecę tylko na pieniądze Marco, że ich denerwuję... - opowiedziałam Ewie, co te zołzy mi próbowały wmówić. 
Gdy skończyłam opowiadać, moja rozmówczyni tylko ciężko westchnęła. 
- Po prostu nie wiem, jak to skomentować - powiedziała. - Ludzie są teraz tacy zawistni... 
- A miałam razem z Alice zdawać na kartę - powiedziałam smutno. - Teraz będę zupełnie sama. 
- I tak możesz jeździć - próbowała pocieszyć mnie Ewa. - Poza tym, przecież masz Marco albo Łukasza, oni też jeżdżą skuterami... 
- Teraz to tylko im i Tobie ufam - powiedziałam szczerze. - A Marco, to nie jest tylko mój ukochany, to też mój przyjaciel. 
- To bardzo dobrze - powiedziała Ewa. - Takie połączenie przyjaźni i miłości. Nie myśl już o tych żmijkach, kochana, nie warto takimi zawracać sobie głowy. 
- Niby tak - odparłam. 
Poszłam do swojego pokoju. Zajęłam się powtarzaniem wiadomości na test. Później odpaliłam laptop i zaczęłam przeglądać sobie Internet. Szybko czas zleciał, niebawem Ewa powiedziała, iż czas już jechać.
Wzięłam swój szalik, nałożyłam bluzę z logiem Borussii, zapakowałyśmy się do auta i ruszyłyśmy do Gelsenkirchen. 
Szybko tam dotarłyśmy. Nieco się z Ewą obawiałyśmy, czy kibice Schalke nie będą się rzucali do kibiców Borussii, ale na szczęście obyło się bez przykrych incydentów. Policja czuwała nad wszystkim. 
Ewa zaparkowała samochód pod Veltins Arena, niebawem zasiadłyśmy na trybunie. 
I równo o piętnastej trzydzieści rozpoczęły się derby Zagłębia Ruhry. Oczywiście Marco wyszedł w podstawowym składzie, podobnie jak Łukasz. Całym sercem byłam za Borussią. 
Mecz zakończył się wynikiem 6:1 dla Dortmundczyków. Schalke zostało rozbite. Słodka zemsta za poprzednie derby. Gole strzelili Pierre, Kuba, trzy razy do siatki trafił Marco i Kevin. 
Kibice żółto-czarnych oszaleli z radości, ale również nie szczędzili obraźliwych słów dla drużyny z Gelsenkirchen. 
Siedziałyśmy w pierwszym rzędzie, nagle zauważyłam, że mój ukochany podbiega do nas. 
Jego twarz promieniała. Widać, że bardzo cieszyło go wysokie zwycięstwo oraz to, iż ustrzelił hat-tricka. 
- Lidia, ten hat-trick jest dla Ciebie - powiedział z uśmiechem. - Dedykuję te trzy bramki Tobie! 
- Dziękuję Ci - odparłam - Marco, byłeś świetny! Jestem z Ciebie taka dumna! 
- Słuchaj, skarbie, później do Ciebie zadzwonię, teraz lecę się przebrać - powiedział Marco. - Do zobaczenia!
- Do zobaczenia! - odparłam. 
 Poszłyśmy z Ewą i Sarą do samochodu, ruszyłyśmy w drogę powrotną. Szybko dojechałyśmy do domu.
Gdy już dotarłyśmy, zaczął kropić deszcz.
- Ciekawe, kiedy chłopaki dotrą - powiedziała Ewa. - Oj, Lidia, jak jutro też będzie padać, to raczej nici ze skuterowej wyprawy. 
- Oby nie padało - westchnęłam. 
- Zobaczymy, co dziś w pogodzie powiedzą - powiedziała Ewa.
Weszłyśmy do domu, pogoda zrobiła się szara i ponura. Poszłam do swojego pokoju, położyłam się na łóżku. Nie wiadomo czemu, zrobiłam się senna. Postanowiłam uciąć sobie drzemkę. 
Ku mojemu zdziwieniu, gdy się przebudziłam, była już dwudziesta wieczorem. 
- Ale sobie pospałam - pomyślałam. 
Sięgnęłam po swoją komórkę. W tej samej chwili zaczęła dzwonić. Odebrałam, to Marco mnie namierzał. 
- Halo? Marco? 
- Hej, kochanie - powiedział Marco. - Już jestem w domu. Cholera, ale leje za oknem. 
- Masakra, jak jutro też będzie padać to nici z moich próbnych jazd - powiedziałam. - Bardzo jesteś zmęczony? 
- Trochę - powiedział Marco. - Właśnie pogodę oglądam, zanosi się na to, że niestety jednak będzie deszcz.
- Cholera! Szkoda - powiedziałam smutno. - Liczyłam, że mnie jeszcze trochę podszkolisz. 
- Nie przejmuj się, kochanie. Jeszcze nie raz sobie pojeździmy razem - powiedział Marco.
- Mam nadzieję - odparłam.
- Jak tam dziś rajd z dziewczynami? - zapytał.
Westchnęłam ciężko. Postanowiłam mu wszystko wyznać... 
- One zechciały tylko zabawić się moim kosztem - powiedziałam łamiącym się głosem. - Emilie i Louise zaczęły mnie obrażać, i... wepchnęły mnie do sadzawki. W ogóle się tego nie spodziewałam, liczyłam, że będziemy dobrymi znajomymi. A tu taki numer mi wycięły! Nie chcę ich więcej widzieć na oczy! 
- Co?! - zawołał Marco. - Jak one mogły?! Co za świnie! Łukasz miał rację, mówiąc, że one są jakieś dziwne!
- Właśnie - powiedziałam smutno. - A ja im głupia zaufałam. 
- Dobrze, że Ci nic gorszego nie zrobiły. Co za suczki - powiedział wyraźnie oburzony Marco. - Chciałbym powiedzieć im parę słów do słuchu.
- Jak kiedyś je spotkasz, to śmiało - powiedziałam. - Należy im się. Alice jeździła sobie beztrosko skuterem, niczego nie zauważyła. Ale mogła wiedzieć, co planują jej koleżaneczki. 
- Jacy Ci ludzie bywają podli - powiedział Marco. - Po prostu brak mi słów. Wiesz co, kochanie? Jutro przyjdę do Ciebie. Nawet jeżeli będzie padać, to chyba lepiej we dwójkę się nudzić, co? 
- No pewnie. Marco, zawsze potrafisz poprawić mi humor - powiedziałam. - O której przyjdziesz? 
- A tak przed południem - powiedział mój ukochany. - Pasuje? 
- Pasuje - odparłam. 
- To świetnie - powiedział Marco. - W takim razie do zobaczenia jutro, słoneczko. 
- Do zobaczenia. Kocham Cię - powiedziałam.
- Ja Ciebie też, Lidia. Pa - powiedział Marco.
- Pa - odparłam i rozłączyłam się. 
Super, że Marco jutro przyjdzie. Z nim zawsze jest wspaniale, nawet jak tylko leżymy obok siebie w milczeniu. 
Zanim znów położyłam się spać, poszperałam sobie w Internecie na swoim laptopie, aż w końcu znużona po północy odpłynęłam do krainy Morfeusza. 







*** 



*oczami Marco* 







Obudził mnie intensywnie padający deszcz. Zerknąłem na zegarek - dopiero dziewiąta rano, a już leje jak z cebra. 
Cóż, mówi się trudno. 
Poleżałem jeszcze w łóżku, nie śpieszyłem się z wstawaniem. Bawiłem się moim tabletem, aż w końcu wyszedłem z łóżka i ubrałem się. 
Niebawem wybiorę się do mojej ukochanej. Ten hat-trick, którego wczoraj ustrzeliłem, to w dużej mierze jej zasługa. Chociaż skupiałem się wczoraj podczas meczu tylko na piłce, czułem jej obecność, jej spojrzenie. Chciałem zagrać jak najlepsze spotkanie. Dla niej. I udało się. 
Zszedłem na dół, zjeść coś na śniadanie. Nagle zadzwoniła moja komórka, którą miałem w kieszeni moich dżinsów. Może to Mario? Nie, to nie Mario. Jakiś nieznany numer.
- Tak, słucham? - odebrałem. 
- Halo? Czy rozmawiam z Marco? - zapytał ktoś. - Mówi Toni Kroos. 
- Tak, to ja - odparłem - o, Toni, cześć! Skąd masz mój numer? 
- To nieistotne - powiedział Toni. Wyczułem, że głos mu drży... - Słuchaj, Marco, sprawa jest bardzo poważna! Chodzi o Mario... 

_______________________________ 



Taki krótki i do dupy ten rozdział. Ale odechciewa mi się wszystkiego na samą myśl o poniedziałku. -.- 
To już pojutrze... na samą myśl mnie skręca ze stresu i nerwów... 

Niebawem nieco namieszam w tym opowiadaniu, myślę, że Was zaskoczy to, co wymyśliłam. 
Ach ta moja wyobraźnia. 

Następny nie wiem kiedy... 


Proszę, komentujcie... poprawcie mi trochę humor... 

Buziaki! :* 

+ polecam fantastycznego bloga http://kovma.blogspot.com/